Wersja beta aplikacji

Owoce kasztana jadalnego (Castanea sativa). Fot. Fir0002/Wikimedia Commons, licencja GFDL 1.2.

Kasztany przy monitorze mają chronić przed promieniowaniem, papier do pieczenia ma być toksyczny, a na oparzenie po kontakcie z meduzą ma pomagać mocz. Podobne porady krążą po internecie obok rzetelnych informacji i często wyglądają równie przekonująco. Jak je odróżnić? 

Prof. Katarzyna Siuzdak i prof. Katarzyna Grochowska z Instytutu Maszyn Przepływowych PAN, które prowadzą projekt Science Mission, zaczęły popularyzować naukę w internecie podczas pandemii. Szybko przekonały się, że samo wyjaśnianie wyników badań nie wystarcza. „Naszą rolą, oprócz dzielenia się wiedzą i doniesieniami naukowymi, jest również uczenie odbiorców, jak weryfikować treści i nie dać się złapać na fake newsy” – mówi prof. Siuzdak.

To ważna umiejętność także dlatego, że fałszywa informacja nie musi wyglądać jak teoria spiskowa. Często przypomina zwyczajną poradę dotyczącą zdrowia, jedzenia czy codziennego życia. Jednym z sygnałów ostrzegawczych jest brak sprawdzalnego źródła. Zamiast wyników badań dostajemy opowieść o tym, że coś zadziałało u znajomego albo że w rodzinie robiło się tak od pokoleń. Badaczki nazywają takie historie dowodami anegdotycznymi. Przykładem jest popularna rada, by miejsce po oparzeniu przez meduzę polać moczem. „Ktoś usłyszał w internecie, że to pomaga, bo komuś rzeczywiście pomogło” – mówi prof. Siuzdak.

Źródło jest ważniejsze niż pewny ton

Drugą pułapką jest wybieranie tylko tych danych, które pasują do wcześniej przyjętej tezy. W internecie można znaleźć materiał powołujący się na prawdziwe badanie, który mimo to wprowadza w błąd, ponieważ pomija wyniki prowadzące do innych wniosków. Prof. Siuzdak wskazuje tu na tak zwany cherry-picking, czyli wybiórcze dobieranie dowodów. Dlatego samo stwierdzenie „badania dowodzą” niewiele jeszcze znaczy. Warto sprawdzić, jakie badania autor ma na myśli i czy rzeczywiście potwierdzają jego twierdzenie.

Sprawy nie ułatwiają media społecznościowe. Krótkie filmy muszą natychmiast przyciągnąć uwagę, a o tym, do ilu osób dotrą, decydują między innymi algorytmy. Z tych samych narzędzi korzystają jednak popularyzatorzy nauki. „W rolce musimy nieco zszokować odbiorcę, zasiać w jego głowie coś kontrastowego, porównać jakieś wydarzenie do czegoś nietypowego, pokazać coś, co go zainteresuje” – mówi prof. Siuzdak.

Atrakcyjne otwarcie samo w sobie nie świadczy więc o nierzetelności. Różnica pojawia się później: dobra popularyzacja prowadzi odbiorcę do wyjaśnienia i źródeł, zamiast poprzestawać na efektownym twierdzeniu.

Nie wszystko da się jednak wyjaśnić w półtorej minuty. Dlatego obie badaczki uczestniczą w reaktywacji Wszechnicy Polskiej Akademii Nauk, czyli cyklu dłuższych wykładów popularnonaukowych z możliwością zadawania pytań. „Bardzo często ludzie nie powołują się na żadne źródła, tylko mówią: »Gdzieś usłyszałem, że to i to jest prawdą«. A tu niestety zawsze bardzo ważne są weryfikacja i podawanie źródeł” – mówi prof. Grochowska.

Jak rozpoznać podejrzaną poradę? Dlaczego osobiste doświadczenie nie jest dowodem naukowym? Na czym polega wybiórcze dobieranie wyników badań? I jak naukowcy próbują konkurować z dezinformacją w mediach społecznościowych? O tym Jan Stradowski rozmawia z prof. Katarzyną Siuzdak i prof. Katarzyną Grochowską z Instytutu Maszyn Przepływowych PAN, twórczyniami Science Mission, w podcaście „Człowiek 2.0” Polskiej Akademii Nauk.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści