Co roku GUS publikuje raporty o zasięgu ubóstwa w Polsce, posługując się trzema wskaźnikami: skrajnym, ustawowym i relatywnym. W 2024 r. statystyki przyniosły mieszany obraz: spadło ubóstwo skrajne, ale wzrosło relatywne, a liczba osób zagrożonych niedostatkiem nadal przekracza 40 proc. 

Czy to znaczy, że Polacy żyją lepiej, ale czują się gorzej? A może to sama metodologia przestała nadążać za rzeczywistością społeczną?  O tym, jak czytać te liczby i dlaczego walka z ubóstwem powinna zacząć się od edukacji i zmiany myślenia o polityce społecznej, rozmawiamy z prof. Sławomirem Kalinowskim z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN.

Academia: W 2024 r. spadł zasięg zagrożenia ubóstwem skrajnym, ale wzrósł ubóstwa relatywnego. Jak interpretować ten pozorny paradoks – czy oznacza to, że więcej osób czuje się „biednymi” mimo poprawy ogólnej sytuacji materialnej?

Dr hab. Sławomir Kalinowski, prof. IRWIR PAN: Spadek zasięgu ubóstwa skrajnego przy jednoczesnym wzroście ubóstwa relatywnego w 2024 r. nie jest w istocie paradoksem, lecz wynikiem działania dwóch odmiennych mechanizmów mierzenia ubóstwa. Ubóstwo skrajne odnosi się do minimum egzystencji – biologicznej granicy przetrwania i rozwoju psychofizycznego człowieka. Jego spadek oznacza, że mniej osób żyje w warunkach, które zagrażają ich życiu i zdrowiu. Natomiast ubóstwo relatywne pokazuje odsetek osób, których poziom konsumpcji jest znacząco niższy od przeciętnego w danym społeczeństwie – w tym przypadku poniżej 50 proc. mediany wydatków ekwiwalentnych gospodarstw domowych.

Co istotne, żaden z tych wskaźników nie mierzy poczucia biedy, ponieważ poczucie to jest domeną ubóstwa subiektywnego, które bada, czy ludzie sami siebie postrzegają jako biednych. Już Wolfgang Zapf w swoich badaniach powojennych Niemiec zauważył, że miary obiektywne i subiektywne ubóstwa nie muszą iść w parze. Mówimy wówczas o tzw. paradoksie satysfakcji, gdy ludzie żyjący w trudnych warunkach deklarują wysoką satysfakcję z życia lub odwrotnie, o dysonansie niezadowolenia, gdy poprawa sytuacji materialnej nie zmniejsza poczucia ubóstwa, ponieważ rosną aspiracje i zmieniają się wzorce konsumpcji w otoczeniu społecznym.

W przypadku Polski w 2024 r. mamy więc do czynienia z sytuacją, w której poprawiły się warunki egzystencji najuboższych (spadek ubóstwa skrajnego), ale jednocześnie wzrosły nierówności dochodowe (wzrost ubóstwa relatywnego). Oznacza to, że chociaż mniej osób doświadcza ubóstwa w sensie biologicznym, więcej osób nie nadąża za standardem życia większości. Taki obraz ubóstwa relatywnego – bliski definicji Petera Townsenda i pojęciu deprywacji relatywnej Roberta Runcimana – przypomina, że ubóstwo w społeczeństwach rozwiniętych staje się coraz częściej doświadczeniem wykluczenia społecznego i dystansu kulturowego, a nie tylko materialnego przetrwania.

Progi ubóstwa ustawowego nie były zmieniane od 2022 r. Czy w takiej sytuacji można w ogóle traktować ten wskaźnik jako wiarygodny pomiar ubóstwa, czy raczej jako administracyjny artefakt?

Można faktycznie uznać, że ubóstwo ustawowe staje się artefaktem politycznym. Progi nie były podnoszone od 2022 r., co w praktyce oznacza, że ten wskaźnik coraz mniej odzwierciedla rzeczywistość ekonomiczną. Brak waloryzacji w warunkach rosnących kosztów utrzymania (wysoka inflacja) prowadzi do sytuacji, w której coraz mniej osób spełnia kryteria uprawniające do świadczeń, chociaż ich realna sytuacja wcale się nie poprawia.

Niepodnoszenie progów ubóstwa ustawowego wiąże się więc z kilkoma poważnymi konsekwencjami. Po pierwsze, zamyka dostęp do wsparcia publicznego tym osobom, które realnie tego potrzebują, ponieważ ich dochody – choć rosną tylko minimalnie i nie pozwalają na godne życie – przekraczają administracyjnie ustalony próg. Po drugie, zaniża statystyczny obraz ubóstwa ustawowego, co w narracji politycznej może być przedstawiane jako sukces, choć jest to sukces wyłącznie „na papierze”. Po trzecie, osłabia legitymizację polityki społecznej, ponieważ wskaźnik oderwany od realiów życia traci swoją funkcję diagnostyczną i nie stanowi rzetelnej podstawy do kształtowania działań publicznych. I w tym znaczeniu, to pewien artefakt.

Prowadzi to do niebezpiecznej sytuacji, gdy osoby, które nie realizują potrzeb, nie są uprawnione do pomocy.

Tak, a odsetek osób, które są skrajnie ubogie, a nie mają szans na pomoc niebezpiecznie rośnie. Jednak warto jednak pamiętać, że także granica ubóstwa skrajnego, mimo swojej pozornej obiektywności, nie jest w pełni miarą obiektywną. To raczej miara quasi-obiektywna, ustalana przez ekspertów w oparciu o koszyk minimum egzystencji, który ma swoją metodologię i założenia, ale nie uwzględnia ważnych różnic terytorialnych. Minimum egzystencji jest liczone w skali kraju, bez różnicowania według miejsca zamieszkania – a przecież koszty życia w małej wsi peryferyjnej, na wsi podmiejskiej, w małym miasteczku czy w Warszawie są diametralnie różne. Brak tej wrażliwości przestrzennej ogranicza użyteczność wskaźnika zarówno w diagnozach lokalnych, jak i w planowaniu polityki społecznej, która powinna uwzględniać zróżnicowanie kosztów życia i realnych potrzeb mieszkańców w różnych częściach kraju.

Granice zagrożenia różnymi rodzajami ubóstwa w gospodarstwach 1-osobowych. źródło: stat.gov.pl

Co może tłumaczyć wysokie i utrzymujące się poziomy zagrożenia ubóstwem (i niedostatkiem) na wsi, zwłaszcza pozaaglomeracyjnej? Czy to efekt strukturalnego wykluczenia, nieefektywności wsparcia czy innych czynników?

Jeśli chodzi o utrzymujące się wysokie poziomy ubóstwa i niedostatku na wsi, zwłaszcza na terenach pozaaglomeracyjnych, zwanych też peryferyjnymi, to jest to przede wszystkim efekt utrwalonego strukturalnego wykluczenia tych obszarów. Ubóstwo na wsi to nie tylko brak środków finansowych na podstawowe potrzeby, ale także brak możliwości realizacji innych potrzeb życiowych – edukacyjnych, zdrowotnych, kulturalnych, komunikacyjnych czy społecznych. To oznacza, że ludzie często nie tylko mają mniej pieniędzy, ale także żyją w przestrzeniach, w których nie ma dostępu do usług publicznych na odpowiednim poziomie, co pogłębia poczucie izolacji i ogranicza ich szanse rozwojowe.

Zjawisko to wynika z kilku nakładających się czynników. Po pierwsze, wieś wciąż charakteryzuje się mniejszą dostępnością pracy najemnej o wyższych dochodach – dominuje drobne rolnictwo, samozatrudnienie i prace niskopłatne, co ogranicza możliwości awansu ekonomicznego. Po drugie, mamy do czynienia z niższym poziomem wykształcenia mieszkańców, co bezpośrednio przekłada się na szanse zawodowe i zarobki. Po trzecie, dochodzi niewystarczająca infrastruktura transportowa i społeczna, utrudniająca mobilność edukacyjną i zawodową.

Nie bez znaczenia jest także nieefektywność wsparcia publicznego na tych obszarach. Często polega ona na stosowaniu narzędzi niedostosowanych do realnych potrzeb mieszkańców, na przykład  programów aktywizacji zawodowej, które są projektowane według schematów miejskich, bez uwzględnienia lokalnego rynku pracy, słabej dostępności transportu czy dominacji pracy w drobnym rolnictwie. Czasami problemem jest także brak odpowiednich narzędzi wsparcia – zarówno w zakresie infrastruktury społecznej (przedszkola, opieka senioralna, transport publiczny), jak i narzędzi umożliwiających długofalowe inwestowanie w kapitał ludzki i społeczny tych obszarów.

W efekcie, ubóstwo na wsi peryferyjnej nie jest wyłącznie efektem biedy w sensie ekonomicznym, ale rezultatem ograniczonych możliwości rozwojowych. To właśnie ta kombinacja braku środków i braku dostępu do zasobów rozwojowych utrwala marginalizację tych terenów i pogłębia ich dystans społeczny i cywilizacyjny wobec miast oraz obszarów wiejskich lepiej zintegrowanych z aglomeracjami.

W danych GUS wyraźnie widać zależność między wykształceniem a ryzykiem ubóstwa skrajnego i niedostatku. Czy to oznacza, że walka z ubóstwem powinna być przede wszystkim walką o edukację? Jeśli tak, to jaką?

Dane GUS bardzo wyraźnie pokazują, że poziom wykształcenia jest jednym z kluczowych czynników różnicujących ryzyko ubóstwa skrajnego i niedostatku. W gospodarstwach domowych, w których osoba odniesienia ma wykształcenie co najwyżej gimnazjalne, zasięg ubóstwa skrajnego wynosi aż 10,8 proc., podczas gdy w gospodarstwach z wykształceniem wyższym spada do zaledwie 2,2 proc. Oznacza to, że walka z ubóstwem powinna być przede wszystkim walką o edukację. Nie chodzi jednak tylko o podnoszenie wskaźników formalnego ukończenia szkół, ale przede wszystkim o realne wyposażanie młodych mieszkańców wsi w kompetencje, które umożliwią im funkcjonowanie w nowoczesnej gospodarce i społeczeństwie.

Problem w tym, że dzieci na wsi często później zaczynają wychowanie przedszkolne lub w ogóle w nim nie uczestniczą, a jeśli już, to jedynie w ostatnich jego latach. To sprawia, że start edukacyjny dzieci wiejskich jest opóźniony w stosunku do dzieci miejskich, co ma ogromne znaczenie dla rozwoju poznawczego, społecznego i językowego. Do tego dochodzi kwestia likwidacji gimnazjów, która spowodowała, że dzieci z terenów wiejskich znacznie później trafiają do większych miast, gdzie szkoły średnie zazwyczaj oferują wyższy poziom kształcenia. Oczywiście, nie jest to regułą, ale w wielu małych oddalonych od miast szkołach podstawowych edukacja jest na niższym poziomie, bo brakuje nauczycieli przedmiotowych, często funkcjonują klasy łączone, a dzieci mają ograniczony dostęp do zajęć rozwijających ich pasje i kompetencje.

Dlatego, jeśli mówimy o edukacji jako narzędziu walki z ubóstwem, to powinna to być edukacja ogólna i zawodowa, by zwiększać szanse na rynku pracy, edukacja wczesnodziecięca, czyli rozwój systemu wychowania przedszkolnego na wsi, edukacja społeczna i kulturowa, by budować aspiracje edukacyjne i przełamywać dziedziczone poczucie niższości, a także edukacja cyfrowa, by przeciwdziałać wykluczeniu technologicznemu i edukacyjnemu. Bez realnego inwestowania w edukację wiejską – zarówno w ludzi, jak i w infrastrukturę oświatową – trudno będzie przerwać spiralę ubóstwa, niskiego wykształcenia i ograniczonych szans życiowych, która wciąż charakteryzuje znaczną część obszarów wiejskich w Polsce.

Warto też pamiętać, że wchodzimy w epokę, w której młodzi ludzie będą musieli zdobywać zupełnie nowe kompetencje związane z rozwojem sztucznej inteligencji i automatyzacji. Będą potrzebować nie tylko umiejętności obsługi nowych technologii, ale także krytycznego myślenia, elastyczności poznawczej, umiejętności współpracy z systemami AI i zdolności do szybkiego uczenia się i zmiany ścieżek kariery. Bez zapewnienia mieszkańcom wsi dostępu do edukacji w tych obszarach, różnice między miastem a wsią mogą się jeszcze bardziej pogłębiać, a młodzi ludzie z terenów wiejskich będą skazani na marginalizację w nowym, cyfrowym i zautomatyzowanym świecie.

GUS szacuje, że w 2024 r. aż 41,3 proc. Polaków było zagrożonych niedostatkiem. Czy Pana zdaniem ten wskaźnik jest społecznie i politycznie niedoceniany? Jaką rolę mógłby odegrać na przykład w ocenie skuteczności polityki społecznej czy kampaniach wyborczych?

GUS szacuje, że w 2024 r. aż 41,3 proc. Polaków było zagrożonych niedostatkiem. To bardzo wysoki odsetek, który jednak rzadko przebija się do debaty publicznej. Jednak trzeba podkreślić, że sfera niedostatku to nie to samo co zagrożenie ubóstwem. Ubóstwo, w szczególności skrajne, oznacza życie poniżej minimum egzystencji, czyli granicy biologicznego przetrwania. Tymczasem niedostatek definiowany jest w oparciu o minimum socjalne, które obejmuje nie tylko zaspokojenie potrzeb egzystencjalnych, ale także potrzeby związane z pracą, kształceniem, utrzymywaniem więzi społecznych, kontaktami towarzyskimi czy skromnym uczestnictwem w kulturze i rekreacji. Minimum socjalne określa więc poziom wydatków pozwalających na minimalnie godne życie i realizację podstawowych potrzeb integracyjnych człowieka.

Warto zauważyć, że grupa osób zagrożonych niedostatkiem nie jest statyczna. Z tej sfery następuje migracja w obu kierunkach – część osób poprawia swoją sytuację i wychodzi ponad próg niedostatku, ale część pogarsza i przechodzi do sfery ubóstwa. Problem polega na tym, że trudno jednoznacznie wskazać, których grup dotyczy ta mobilność, ponieważ w Polsce brakuje badań panelowych umożliwiających obserwację losów tych samych osób i gospodarstw w czasie. Dopiero takie badania pozwoliłyby stwierdzić, czy zmiany te są trwałe, czy jedynie przejściowe.

Wskaźnik zagrożenia niedostatkiem jest społecznie i politycznie niedoceniany, ale nie wynika wyłącznie z braku zainteresowania tematem, lecz także z tego, że jego definicja jest trudna do uchwycenia i komunikowania opinii publicznej. Minimum socjalne to bowiem koszyk dóbr i usług, wyznaczany przez ekspertów Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, obejmujący nie tylko potrzeby biologiczne, ale również potrzeby społeczne i kulturowe, przy czym zawsze pojawia się pytanie, czy taki koszyk w pełni oddaje rzeczywiste potrzeby różnych grup społecznych w różnych częściach kraju. Jest to miara, która w założeniu ma charakter obiektywny, ale w praktyce – podobnie jak w przypadku minimum egzystencji – jest miarą quasi-obiektywną, ustalaną ekspercko, nieuwzględniającą zróżnicowania przestrzennego kosztów życia czy preferencji konsumpcyjnych poszczególnych społeczności.

Warto również podkreślić, że udział w życiu społecznym zależy nie tylko od możliwości ekonomicznych, ale także od osobistych aspiracji poszczególnych osób. To, co dla jednych jest standardem godnego życia, dla innych może być celem aspiracyjnym, a jeszcze dla innych – czymś nieosiągalnym lub wręcz niepożądanym. Te różnice aspiracyjne komplikują interpretację samego pojęcia minimum socjalnego i wymagają uwzględnienia w polityce społecznej zróżnicowanych motywacji i strategii życiowych ludzi.

Trudności definicyjne i interpretacyjne sprawiają, że wskaźnik zagrożenia niedostatkiem rzadko staje się przedmiotem zainteresowania polityków czy mediów, a przecież to właśnie on najpełniej oddaje realny poziom życia w sensie społecznym i kulturowym pokazując, ilu osobom w Polsce brakuje środków, by uczestniczyć w życiu społecznym na minimalnie godnym poziomie. W tym sensie mógłby być niezwykle ważnym miernikiem skuteczności polityki społecznej, a także narzędziem prowadzenia kampanii wyborczych, jeśli rzeczywiście chcielibyśmy rozmawiać o jakości życia Polek i Polaków, a nie tylko o wskaźnikach makroekonomicznych.

Ubóstwo w Polsce coraz rzadziej oznacza biologiczne przetrwanie, a coraz częściej wykluczenie ze społecznego i kulturowego życia.

Przejdź do treści