Medialna nienawiść, strach przed uchodźcami i obsesja na punkcie kalorii – to nie żadna nowość. W rozmowie o książce Matka wynalazków prof. Maciej Górny pokazuje, że wiele zjawisk uznawanych za znaki współczesności ma korzenie w realiach sprzed stu lat. A historia – choć nie daje gotowych odpowiedzi – odsłania mechanizmy, które nadal nami rządzą

W swojej nowej książce „Matka wynalazków. Jak Wielka Wojna urządza nam życie” prof. Maciej Górny z Instytutu Historii im. Tadeusza Manteuffla PAN nie snuje klasycznej opowieści o froncie zachodnim czy maszynie wojennej. Przedmiotem jego uwagi są idee, emocje i mechanizmy społeczne, które narodziły się w czasie pierwszej wojny światowej i których echo słychać do dziś. Czasem bardzo wyraźnie.

W swojej książce pokazuje pan, że świat sprzed stu lat pod wieloma względami bardzo przypominał nasze czasy. 

To było nowoczesne społeczeństwo. Ludzie już wtedy na przykład funkcjonowali w nowoczesnej przestrzeni medialnej i są nam znacznie bliżsi, niż chcielibyśmy przyznać. Czasem odnoszę wrażenie, że nawet bliżsi niż ci żyjący w czasach PRL. 

Dlaczego? 

Weźmy na przykład plemienność mediów. Dziś mamy silnie spolaryzowane media, każde z własną klientelą, która rzadko się przenika. W PRL-u media były kontrolowane centralnie. Tymczasem ta „wolna Amerykanka” połączona z bardzo agresywnymi kampaniami to zjawisko, które wprowadził do polskiej debaty Roman Dmowski w 1912 r. po tym, jak przegrał wybory do Dumy. Jego środowisko przeprowadziło pierwszą w Polsce zorganizowaną kampanią medialnej nienawiści – brutalnie antysemicką. 

To wtedy pojawia się styl działania, który dziś jest normą – emocje stawały się walutą polityki. To był początek bojkotów, radykalizacji przekazu, zamknięcia się we własnej bańce. To jest właśnie kultura oburzenia – emocjonalna mobilizacja, która nie potrzebuje bezpośredniego powodu, tylko odpowiednio skonstruowanego przekazu.
Ci sami ludzie 10 lat później robili kampanię przeciwko Narutowiczowi. Celem było podgrzanie emocji we własnej bańce i udało się. Eligiusz Niewiadomski sam mówił, że nie miał nic do Narutowicza osobiście, ale czuł się narzędziem narodu. To efekt właśnie tej kultury: radykalizacji, która unieważnia zasady współżycia wobec wskazanego wroga. 

W swojej książce pokazuje pan, że w kwestii uchodźców reakcje społeczne z lat 1914-1918 na uchodźców są zadziwiająco podobne do dzisiejszych.

W Czechach, Austrii, Polsce – przez kilka lat żyły duże grupy uchodźców. Głównie Polaków, Żydów i Ukraińców. I obserwowaliśmy zmiany stosunku do nich, które bardzo przypominają to, co widzieliśmy w ostatnich latach. Najpierw współczucie, potem zmęczenie, aż wreszcie – wykorzystywanie ich tematu w polityce. Ówczesna kampania do parlamentu czechosłowackiego odbywała się pod hasłem odzyskania mieszkań zajętych przez uchodźców. 

Obserwując reakcje społeczne tamtego czasu, można było przewidzieć, że w pewnym momencie pojawi się polityka na hasłach antyuchodźczych. Tak się stało wtedy i znów się dzieje. Dziś w prasie można przeczytać: Ukraińcy zabierają PESEL-e, zabierają miejsce w kolejce do lekarza. To dokładnie te same mechanizmy.

Czyli historia zatacza koło?

Nie chodzi o powtarzanie tych samych wydarzeń. Istnieją jednak pewne głębokie mechanizmy społeczne, które powracają w różnych kontekstach. Ludzie i społeczeństwa stosunkowo wolno ewoluują. I dlatego warto się przyglądać przeszłości, nawet jeśli nie daje ona gotowych odpowiedzi.

W książce pojawia się też wątek racjonowania żywności, jako źródła nowoczesnej dietetyki.

Żywność racjonowano już wcześniej, ale żeby przeliczyć ludzi na kalorie i traktować ich jak silniki, którym dostarczamy paliwo – do tego potrzebna była teoria termodynamiki. To, jak dziś rozmawiamy o kaloriach, o odchudzaniu, o zdrowym stylu życia – to jest spuścizna pierwszej wojny. Wtedy połączono naukę z polityką, a eksperci zyskali niespotykaną wcześniej pozycję.

Konferencja wersalska to jeden z takich momentów?

Zdecydowanie. Wersal to był festiwal ekspertów. Politycy zaczynali entuzjastycznie, ale z każdym tygodniem coraz więcej spraw oddawano zapleczu eksperckiemu. Tam byli geografowie, etnografowie, językoznawcy – i to oni wpływali na decyzje. Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi przywieźli całe zespoły badaczy – geografów, etnografów, językoznawców. Co ciekawe, wielu z nich nie znało realiów Europy Środkowo-Wschodniej. I wtedy zwracali się do miejscowych specjalistów. 

To była droga, którą ekspertyzy Polaków – kartografa prof. Eugeniusza Romera i innych – trafiały do uszu Clemenceau czy Wilsona. Nie przez Paderewskiego czy Dmowskiego, którzy nie zawsze byli mile widziani. Przez wiedzę naukową, którą politycy traktowali poważnie.

Czyli polska niepodległość była w dużej mierze efektem dobrze przygotowanej ekspertyzy?

Tak, i to jest element często pomijany. Eksperci pracujący na rzecz Polski mieli łatwiejszy dostęp do ucha Wilsona niż politycy. Ale później politycy – jak Dmowski – pisali wspomnienia, w których przypisywali sobie wszystkie sukcesy. To bajdurzenie, które wpisuje się w mitologizację polityki.

Na koniec – jaka jest jedna lekcja z pierwszej wojny światowej, którą powinniśmy zapamiętać?

Może taka, że historia wprost niczego nas nie uczy. Jeśli coś nam się wydaje znajome, to często znaczy, że się mylimy. Ale to nie znaczy, że nie warto szukać powtarzalności, choć nie powierzchownej. Mechanizmy społeczne, które działają w nas dzisiaj, powstawały stopniowo – i wiele z nich narodziło się właśnie wtedy.

Maciej Górny, „Matka wynalazków. Jak Wielka Wojna urządza nam życie”, Warszawa: Agora, 2024

Prof. Maciej Górny – historyk, profesor w Instytucie Historii PAN, specjalizuje się w historii Europy Środkowo-Wschodniej i historii nauki. Autor m.in. Polski bez cudów (nagroda „Polityki”, 2022) i Naszej wojny (z Włodzimierzem Borodziejem). Jego książki ukazały się w przekładach m.in. na niemiecki, angielski, rosyjski i czeski. Współpracuje z prasą krajową i zagraniczną, m.in. „Polityką” i „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

Przejdź do treści