Źródło: Adobe Firefly
Apokalipsy od wieków mają swoich wielbicieli. Od hrabiego von Iggelheima, który w 1524 roku budował luksusową arkę na zapowiadaną wielką powódź, po współczesnych ekspertów wieszczących rychły bunt sztucznej inteligencji – wizje końca świata zawsze znajdowały wiernych odbiorców
Książka Co to będzie? Krótki przewodnik po końcach świata wraca do tych scenariuszy, by sprawdzić, ile w nich sensu, a ile zbiorowej paniki. Punkt wyjścia jest prosty: większość tego, co straszy nas na co dzień, ma znikome podstawy naukowe, ale doskonale działa na wyobraźnię. Tymczasem prawdziwe zagrożenia bywają pozornie nieoczywiste.
Przewodnik prowadzi przez apokaliptyczne wizje, które na dobre zadomowiły się w kulturze – od inwazji zombie (na którą, jak się okazuje, istnieje oficjalny amerykański plan obronny) po klimatyczne „atrakcje z dostawą do domu”. Zamiast katastroficznej fantastyki dostajemy wgląd w badania naukowe opisujące granice prawdopodobieństwa i realne skutki zjawisk, o których zwykle myślimy w kategoriach filmowych klisz.
Są tu opowieści o ekstremalnych zjawiskach pogodowych, wędrówce komarów przenoszących tropikalne choroby, o awariach prądu wywołanych rozbłyskami słonecznymi i o tym, jak w takich sytuacjach naprawdę zachowują się ludzie. Wszystko wskazuje, że Homo sapiens w momentach granicznych potrafi nas zaskoczyć – i to bardzo pozytywnie. Nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku za większość katastrof odpowiada nasza własna głupota i krótkowzroczność.
Poniższy przedruk to fragment większej opowieści o tym, co może pójść źle, ale też o tym, jak bardzo nie potrafimy realistycznie oceniać zagrożeń. Co to będzie? korzysta z danych, przykładów i badań, by oddzielić fakty od medialnych legend i pokazać, dlaczego częściej boimy się asteroid niż własnych decyzji. A przy okazji podaje też kilka praktycznych porad – jak na apokalipsę się przygotować i, co równie istotne, skąd ją najlepiej oglądać.

Tysiące piechurów maszerowało w równych kolumnach, a kawalerzyści dziarsko kłusowali przed armią, wypatrując tureckich zwiadowców. Armaty z mozołem ciągnione przez konie połyskiwały w słońcu. Monarchę na ten widok musiała rozpierać duma.
Tyle że to było kilkanaście godzin wcześniej. Teraz, nocą, Józef II Habsburg (z Bożej łaski wybrany Cesarz rzymski zawsze August, król Niemiec, Czech, Węgier, Dalmacji, Chorwacji, Slawonii, Galicji i Lodomerii, arcyksiążę Austrii, książę Burgundii, Brabancji, Luksemburga, Limburga, hrabia Flandrii, Tyrolu, Hainaut, Kyburga, Gorycji i Gradiscy, margrabia Moraw) wygrzebywał się z lodowatego błota. Spadł z konia, gdy jego armia uciekała w popłochu. Monarcha musiał zadawać sobie pytanie: co się właściwie stało, co poszło nie tak?
Odpowiedź była dość prosta: alkohol. Wydarzył się alkohol.
Do zdarzenia, które przeszło do historii, jako Bitwa pod Karánsebes, doszło podczas jednej z 12 wojen, jakie Austria stoczyła z Imperium Osmańskim. I ta akurat bitwa dość powszechnie uważana jest za najbardziej absurdalną w dziejach. Doszło do niej wkrótce po tym, jak wojska Józefa II Habsburga zatrzymały się w pobliżu rumuńskiego miasta, znanego dziś jako Caransebeș.
Zgodnie z procedurami, podczas gdy piechurzy rozstawiali obozowisko, kawalerzyści rozjechali się po okolicy sprawdzić, czy w pobliżu nie czają się wrogie oddziały. Wroga nie znaleźli. Spotkali za to Cyganów, którzy mieli na sprzedaż kilka beczułek przyzwoitego sznapsa. Zmęczeni i spragnieni kawalerzyści chętnie z okazji skorzystali. Tyle że wkrótce do biesiady na skraju obozu, spróbowali się dołączyć równie zmordowani piechurzy. Kawalerzyści, którzy zapłacili za napitek ciężko zarobionym żołdem, nie mieli zamiaru się dzielić. I zrobiło się nieprzyjemnie. Podczas awantury ktoś – zapewne dla podkreślenia argumentów – wystrzelił z pistoletu. Słowny spór zmienił się w bitkę. Możliwe jednak, że wszystko to skończyłoby się na paru przetrąconych nosach i powybijanych zębach, gdyby na scenę nie wkroczyła główna bohaterka tego rozdziału.
Ktoś, nie wiadomo kto dokładnie, zaczął krzyczeć „Turcy, Turcy!”. A głos musiał mieć donośny, bo uczestnicy bójki natychmiast przestali się okładać i przekonani o nieuchronnym ataku wroga, ruszyli biegiem do obozu. Nie pomogło to, że austriaccy oficerowie, próbując opanować sytuację krzyczeli: „Halt! Halt!”. Spanikowany tłum usłyszał „Allah! Allah!”.
Żeby zrozumieć powód i skalę tego nieporozumienia wróćmy do tytułów Józefa II Habsburga, monarchy najbardziej wielonarodowego państwa ówczesnego świata. W jego armii służyli żołnierze co najmniej 15 narodowości (m.in. Niemcy, Węgrzy, Czesi, Polacy i Włosi), a że na Duolingo i automatyczne translatory ludzkość miała jeszcze jakiś czas poczekać, większość wojaków posługiwała się wyłącznie językiem ojczystym. Kiedy więc w stronę obozowiska zaczął się zbliżać tłum uzbrojonych ludzi pokrzykujących w niezrozumiałych narzeczach, żołnierze go strzegący zareagowali bez wahania, otwierając ogień do „atakujących Turków”.
W ten sposób wielka armia Józefa II wdała się w bitwę z samą sobą. I przegrała. Gdy wojska imperium osmańskiego pojawiły się na miejscu dwa dni później, po cesarskich zostało pobojowisko i ciała zabitych (historycy spierają się, ilu żołnierzy Józefa II poległo, ofiary mogły iść w kilka tysięcy).
Ta historia, w zależności od potrzeb, może być przestrogą o zgubnych skutkach picia alkoholu, słabej dyscypliny lub nieznajomości języków obcych. Ale bez wątpienia demonstruje też moc jednej z najbardziej destrukcyjnych sił natury – głupoty.
Włoski profesor Carlo Cipolla, z głupotą miał do czynienia na co dzień, bo dziedziną nauki, w której się specjalizował była historia gospodarki, a ta – jak za chwilę pokażemy – jest niewyczerpanym wprost rezerwuarem idiotyzmów. Frustrację profesor postanowił przekuć w coś konstruktywnego i w 1976 r. napisał esej „Le leggi fondamentali della stupidità umana”, czyli „Fundamentalne Prawa Ludzkiej Głupoty”. W niespełna stustronicowym dziele (które naszym zdaniem powinno był lekturą obowiązkową już w podstawówce, w szkole średniej i na studiach powtarzaną dla utrwalenia) podkreślał, że głupota to nieodłączna część ludzkiej natury, a ludzi głupich, z którymi mamy do czynienia, jest wokół nas zawsze więcej, niż nam się wydaje. Głupota nie jest jednak warunkowana płcią, narodowością, majętnością czy wykształceniem. To najbardziej demokratyczna cecha występująca na świecie.
„Za każdym razem, gdy analizowałem grupy robotników fizycznych, odkrywałem, że pewien ułamek – nazwijmy go å – był głupi. Ponieważ wartość å okazała się wyższa, niż się początkowo spodziewałem, myślałem idąc za panującą modą, że przyczyny leżą w segregacji, ubóstwie czy braku wykształcenia. Jednak prowadząc badania na coraz wyższych szczeblach drabiny społecznej stwierdziłem, że ten sam odsetek głupich występuje wśród pracowników umysłowych oraz wśród studentów. Jeszcze bardziej uderzające były wyniki w gronie profesorów. Niezależnie od tego, czy rozpatrywałem duży uniwersytet czy mały, słynną uczelnię czy mało znaną placówkę, zawsze odkrywałem, że ten sam ułamek å profesorów jest głupi. To tak bardzo mnie zadziwiło, że zdecydowałem się poszerzyć badania o specjalnie dobraną grupę – o prawdziwą elitę, mianowicie laureatów Nagrody Nobla. Wynik potwierdził wszechmoc Natury: å spośród noblistów jest głupich” – pisał Cipolla.
Tylko co to właściwie znaczy „głupi”? Profesor dokładnie to zdefiniował. Podzielił ludzkość na cztery grupy: osoby inteligentne, które swoimi działaniami poprawiają sytuację swoją i innych, ludzi bezradnych – pogarszających sytuację własną, lecz przyczyniających się do korzyści kogoś innego, bandytów dla własnego zysku wyrządzających krzywdę innym ludziom oraz głupków. Ci ostatni swoimi działaniami przysparzają strat otoczeniu i sobie.
Zdaniem Cipolli, o ile większość ludzi nie jest w swoich zachowaniach konsekwentna (nawet bandycie zdarza się zrobić coś z korzyścią dla innych), głupi charakteryzuje się zatrważającą stałością. Na tym jednak nie koniec, bo – jak zauważa profesor – „głupcy zawsze mają większy potencjał wyrządzania szkód, niż sądzą osoby niegłupie. Co więcej, osoby niegłupie nieustannie zapominają, że w każdych warunkach, miejscu i czasie jakiekolwiek relacje czy interesy z ludźmi głupimi zawsze okazują się kosztownym błędem”. Stąd głupcy są najniebezpieczniejszymi ludźmi świata i są w stanie doprowadzić do upadku każde państwo. Często pod dyktando bandytów, którzy przebierają się w piórka polityków.
Świadkiem takiego upadku był niemiecki luterański teolog i filozof Dietrich Bonhoeffer. Gdy bandyci – nazywający się Narodowosocjalistyczną Niemiecką Partią Robotników – porwali tłumy, on starał się zachować przyzwoicie i stawiał nazizmowi opór. Przypłacił to życiem – został stracony, podobno na osobisty rozkaz Hitlera, w obozie koncentracyjnym Flossenburg na dwa tygodnie przed jego oswobodzeniem przez Amerykanów. W listach z więzienia Tegel (zostały wydane po śmierci Bonhoeffera w zbiorze „Widerstand und Ergebung”) pisał: „Głupota stanowi bardziej niebezpiecznego wroga dobra niż zła wola […] przeciwko złu można bowiem protestować, można je zdemaskować, a w razie konieczności powstrzymać siłą. Zło zawsze nosi w sobie zalążek własnego upadku, bo pozostawia w ludziach choćby cień niepokoju. Przeciwko głupocie jesteśmy bezbronni”.
Bonhoeffer, podobnie jak Cipolla, twierdził że głupota nie ma nic wspólnego z inteligencją. W przeciwieństwie do Włocha niemiecki teolog uważał jednak, że nie jest to cecha wrodzona, a ściśle powiązana z życiem społecznym. „Ludzie, którzy odizolowali się od innych lub żyją w samotności, rzadziej wykazują ten defekt niż osoby czy grupy skłonne lub skazane na towarzyski tryb życia”. Bonhoeffer podkreślał, że „każdy gwałtowny wzrost potęgi w sferze publicznej, czy to o charakterze politycznym czy religijnym zaraża głupotą znaczną część ludzi. Można wręcz powiedzieć, że stanowi to niemal prawo socjologiczno-psychologiczne. Potęga jednych potrzebuje głupoty drugich”. Słowem, bandyci łakną ludzkiej głupoty. I sami ją potęgują.
Zauważył to także filozof Bertrand Russell, który w 1933 r. pisząc o ekscesach nazistowskich rządów stwierdził: „Stało się coś dość prostego. Te grupy w społeczeństwie, które są jednocześnie brutalne i głupie (a te cechy zazwyczaj idą w parze) połączyły siły przeciw pozostałym. Za pomocą morderstw, tortur, uwięzień oraz terroru sił zbrojnych podporządkowały sobie inteligentne i humanitarne części narodu i przejęły władzę, rzekomo w imię większej chwały Ojczyzny”.
Należy jednak podkreślić, że Niemcy w tym, jak dali się ogłupić, nie są wyjątkowi. Wystarczy wspomnieć miliony, które uwierzyły Stalinowi, że czystki i głód są niezbędne do budowy komunizmu. Mao Zedong przekonał współobywateli, że ich obowiązkiem jest zniszczenie „reakcyjnych” elementów społeczeństwa. Pol Pot wmówił rodakom, że każdy intelektualista i mieszkaniec miasta to wróg ludu. I lud masowo mordował lekarzy, nauczycieli i urzędników, często tylko za to, że nosili okulary. 2 mln osób, jedna czwarta populacji kraju, zapłaciła za to życiem.
Dlaczego tłumy są niebezpiecznie głupie? Bo głupotą można się zarazić. Tym łatwiej, im więcej ludzi już przejawia jej objawy. Jesteśmy istotami społecznymi i – bez względu, czy chcemy się do tego przyznać czy nie – opinia innych jest dla nas ważna. A za tłumem idzie się łatwo.
W latach 50. psycholog Solomon Asch postanowił sprawdzić, do jakiego stopnia ludzie są konformistami. Badał, czy w sytuacji, gdy odpowiedź na pytanie jest oczywista, ugną się pod presją i zmienią odpowiedź tak, by zgadzała się ze zdaniem większości. W czasie eksperymentu grupa, w której znajdował się jeden rzeczywisty badany oraz kilku współpracowników naukowca, miała porównać długości trzech linii. Celem było wskazanie tej, która ma taką samą długość jak linia wzorcowa. Uczestnicy odpowiadali jeden po drugim, a prawdziwy badany zwykle był jednym z ostatnich. Na początku eksperymentu podstawieni uczestnicy podawali prawidłowe odpowiedzi, ale z czasem stawały się one coraz bardziej odklejone od rzeczywistości. Efekt? 75 proc. badanych uległo presji grupy przynajmniej raz, choć gdy odpowiadali sami nie mylili się ani razu. Im większa była grupa podjudzaczy, tym silniejszy był efekt konformizmu.
Mniej więcej w tym samym czasie podobne eksperymenty na Uniwersytecie Kalifornijskim prowadził Read Tuddenham. Studenci tej uczelni podawali absurdalne odpowiedzi – na przykład, że średnia przewidywana długość życia nowonarodzonego chłopca to 25 lat – jeśli tylko sądzili, że takiej właśnie odpowiedzi udzielają inni uczestnicy badania.
Tu zaczyna się nasz współczesny problem. Żyjemy w świecie, w którym presji grupy poddawani jesteśmy w zasadzie bez przerwy. To właśnie robią nam media społecznościowe. Gdy wokół nas pełno ludzi wyrażających jakąś opinię, z czasem możemy zacząć przyjmować ją, jako własną. Tak zwany astroturfing polega na zalewaniu przestrzeni informacyjnej – komentarzy i forów – opiniami, które mają wpłynąć na kształtowanie światopoglądu czytających je ludzi. To z tego powodu podczas operacji propagandowych odpalane są boty – to setki, nieraz tysiące automatycznych szczekaczek powtarzających na różne sposoby ten sam przekaz. A my łapiemy się na to, jak badani przez Ascha czy Tuddenhama.
Na tym się jednak nie kończy. Zasadniczy problem z tak zwanymi „bańkami informacyjnymi” w mediach społecznościowych polega na tym, że lubimy się otaczać ludźmi, którzy myślą, jak my. Ta naturalna tendencja do szukania zrozumienia jest wzmacniana przez algorytmy, które podsuwają nam to, co może się nam spodobać. I choć zwykle zaczynamy z poglądami dość umiarkowanymi (nikt nie rodzi się nazistą), to nie mając szans na poznanie opinii innych niż te, które nam się spodobają, które już raz „polubiliśmy”, zaczynamy się radykalizować. Powstają „alternatywne rzeczywistości epistemiczne”, w których ludzie powtarzają sobie w kółko już nie tylko opinie, ale własne „fakty” i przyjmują je za pewnik. Tak powstaje idealny zaczyn pod irracjonalne idee i teorie spiskowe.
Paradoks naszych czasów polega na tym, że choć nosimy w kieszeni urządzenia pozwalające w każdym miejscu i o każdym czasie dotrzeć do dowolnej informacji, te same urządzenia sprawiają, że wiele osób wybiera łatwe pseudo-wyjaśnienia podsuwane przez algorytmy, a myślenie krytyczne jest w odwrocie. Skutki? Od ofiar pandemii, spośród których wiele uwierzyło w antyszczepionkowe bzdury, po przemoc motywowaną teoriami spiskowymi. Przykładem może być atak z 6 stycznia 2021 r. – zapewne większość ludzi, która szturmowała wówczas amerykański Kapitol szczerze wierzyła, że bronią demokracji i doszło do oszustwa wyborczego. Paliwem dla tego pożaru były kłamstwa o rzekomych fałszerstwach szerzone m.in. przez Donalda Trumpa, który nie chciał się pogodzić z porażką oraz teoria spiskowa QAnon, według której Partia Demokratyczna to pedofile, sataniści i kryptokomuniści. To oczywiście nie był pierwszy raz, gdy kłamstwa i bezmyślność doprowadziły do wybuchu przemocy. Od polowań na czarownice przez antysemickie brednie po lincze na albinosach w Afryce tłumy łykają bzdury z przygnębiającą regularnością.
Nie trzeba jednak oczu zwracać ku aż tak brutalnym przypadkom. Stadna głupota ma też łagodniejsze oblicza. Doskonałym przykładem służy „tulipomania”, której ulegli stateczni zazwyczaj Holendrzy. W 1637 r. cebulka odmiany Semper Augustus była wyceniana na giełdzie na 10 tys. guldenów, co wystarczyłoby – według książki „Tulipomania” Mike’a Dasha – na „wyżywienie i ubranie całej holenderskiej rodziny przez pół jej życia albo na kupienie za gotówkę jednego z najpiękniejszych domów w Amsterdamie”. Choć do dziś naukowcy nie są zgodni, jaka rzeczywiście była skala tamtego zjawiska, pewne jest, że wielu Holendrów uznało kupowanie tulipanowych cebulek za okazję na szybki zarobek. Gdy bańka spekulacyjna pękła, jedni zostali z fortunami, ale znacznie większa grupa – z niczym.
Podobnych baniek były w historii setki i wszystkie były bliźniaczo podobne: ktoś sprzedaje marzenie o lepszym losie, kilka osób zarabia, a tysiące innych – ogarniętych lękiem, że coś je ominie, głupim owczym pędem – rzuca na szalę często całe oszczędności życia. Tłum rośnie, a im więcej chętnych, tym większe nadzieje, bo „przecież wszyscy nie mogą się mylić”. Ale zawsze, za każdym razem, kończy się tak samo. Dokładnie w ten sposób tysiące ludzi straciły oszczędności na udziałach francuskiej Compagnie d’Occident w 1719 r. i rok później na akcjach brytyjskiej Kompanii Mórz Południowych, na dot-comach w 2000 r. i na inwestycjach w nieruchomości w USA w 2008 r. Obecnie niezawodnym sposobem na zarobienie pieniędzy mają być kryptowaluty i akcje firm rozwijających programy sztucznej inteligencji (wszyscy tak mówią, więc to musi być prawda. Prawda?).
Polecane:
-
Wywiad
Antropologia internetu Przejdź do publikacji: Antropologia internetu
-
Czy AI może być mądrzejsza niż my – i co z tego wynika? Przejdź do publikacji: Czy AI może być mądrzejsza niż my - i co z tego wynika?
-
Artykuł
László Krasznahorkai: mistrz apokalipsy i nadziei Przejdź do publikacji: László Krasznahorkai: mistrz apokalipsy i nadziei
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Cyfrowi przyjaciele, realne tragedie. Ciemna strona relacji z chatbotami
Cyfrowi przyjaciele, realne tragedie. Ciemna strona relacji z chatbotami Przejdź do publikacji: Cyfrowi przyjaciele, realne tragedie. Ciemna strona relacji z chatbotami
Przejdź do publikacji: Astrologia w czasach niepewności
Astrologia w czasach niepewności Przejdź do publikacji: Astrologia w czasach niepewności
Przejdź do publikacji: Czy lęk klimatyczny to forma syndromu stresu przedurazowego? Psycholog wyjaśnia