Alegoria prawdy. Rycina Christopha Murera z początku XVII wieku przedstawiająca prawdę jako kobietę osaczoną przez prześladowania, przesądy i przemoc.
Wellcome Collection, CC BY 4.0

Demokracja znalazła się  w pułapce. Z jednej strony broni faktów i wiedzy, z drugiej coraz wyraźniej przegrywa z polityką emocji, tożsamości i poczucia sensu. Kryzys, którego doświadczają współczesne społeczeństwa, nie jest wyłącznie kryzysem prawdy. To także kryzys znaczenia

Żyjemy w stanie kryzysu prawdy. Zaufanie do publicznych instytucji wiedzy – szkół, tradycyjnych mediów, uniwersytetów i ekspertów – jest dziś rekordowo niskie, a jawni kłamcy zdobywają polityczne poparcie na całym świecie. Wygląda na to, że jako społeczeństwa przestaliśmy kolektywnie przejmować się prawdą.

Niepokój obrońców demokracji wobec tego kryzysu epistemicznego wynika po części z rozpowszechnionego przekonania, że sama idea demokracji opiera się na prymacie prawdy. To założenie ma jednak swoją cenę. Nadmierne eksponowanie znaczenia prawdy zaczyna bowiem kolidować z innymi demokratycznymi wymaganiami. W rezultacie demokracje wikłają się w sprzeczności, które stają się pożywką dla przeciwników otwartych społeczeństw.

Filozofowie od dawna przedstawiali różne argumenty na rzecz ścisłego związku między prawdą a demokracją. Najbardziej rozpowszechniony jest zarazem najprostszy: demokracja symbolizuje wszystko to, co uznajemy za dobre, a prawda jest jedną z tych wartości.

Istnieją jednak bardziej wyrafinowane sposoby uzasadniania tej relacji. Jürgen Habermas twierdzi, że zdrowa demokracja opiera się na kulturze deliberacji, a deliberacja wymaga formułowania „roszczeń do ważności”. Gdy rozmawiamy o polityce, powinniśmy podejmować wysiłek, by to, co mówimy, było prawdziwe.

Podobnie argumentuje filipińska dziennikarka i laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Maria Ressa. Jej zdaniem demokracja potrzebuje prawdy, ponieważ „bez faktów nie ma prawdy. Bez prawdy nie ma zaufania. Bez tych trzech rzeczy nie mamy wspólnej rzeczywistości, a demokracja, jaką znamy, i wszelkie sensowne ludzkie działania, umierają”.

Ale czy rzeczywiście potrzebujemy prawdy, by dzielić wspólną rzeczywistość? 

W praktyce większość naszych doświadczeń wspólnotowych nie opiera się na prawdzie. Wystarczy pomyśleć o mitach, sąsiedzkich więziach, poczuciu wspólnoty, religii, a przede wszystkim o najważniejszej wspólnej rzeczywistości: kulturze. Trudno byłoby twierdzić, że uczestniczymy w rzeczywistości kulturowej dlatego, że jest ona prawdziwa – albo że wierzymy w jej prawdziwość.

Niektórzy argumentują jednak, że demokracja musi być związana z prawdą, ponieważ prawda ma charakter neutralny. Populistyczna nieufność wobec ekspertów często przybiera  język demokratyczny: odwołanie do prawdy ma rzekomo legitymizować „tyranię ekspertów”.

Kluczowa różnica polega jednak na tym, że eksperci dążący do prawdy – w przeciwieństwie do kłamców czy populistów epoki postprawdy – muszą podlegać rozliczalności. Obowiązują ich bowiem reguły prawdy. Demokracja może więc być silniej związana nie z samą prawdą, lecz z odpowiedzialnością za wypowiadane słowa i podejmowane decyzje.

Problem jednak pozostaje. Jak zauważają zarówno Ressa, jak i Habermas, celem demokracji jest wspieranie „sensownych ludzkich działań”. Demokracja ma budować świat, w którym ludzie mogą żyć po ludzku. A tego, co kluczowe, nie da się osiągnąć samą prawdą.

W pełni ludzkie życie wymaga nie tylko wiedzy o faktach, lecz także subiektywnego rozumienia świata i własnego w nim miejsca. Często zapominamy, że choć te dwa porządki zazwyczaj idą w parze, mogą również wchodzić ze sobą w konflikt. Dzieje się tak dlatego, że prawda operuje faktami, podczas gdy sens opiera się na interpretacjach.

Rozumienie – w przeciwieństwie do wiedzy – dotyczy sposobu, w jaki patrzymy na świat: naszych nawyków myślowych i konstrukcji kulturowych, a przede wszystkim tożsamości, wartości i instytucji. Elementy te pozwalają nam czuć się „u siebie” w świecie, nie roszcząc sobie przy tym prawa do prawdy.

Zbyt często jednak duch demokracji uznaje je za uprzedzenia lub przesądy. Tymczasem orędownicy demokratycznej prawdy powinni pamiętać, że świat, który demokracja próbuje budować, jest światem sensownych ludzkich działań, a nie jedynie suchych faktów i procedur poznawczych.

Wydarzenia ostatnich lat pokazują, że lekceważenie tego faktu niesie poważne konsekwencje polityczne. Nacisk na prawdę przy jednoczesnym deprecjonowaniu sensu doprowadził do dobrze znanego zjawiska współczesnej depresji, często opisywanej jako poczucie alienacji: zerwania więzi społecznych, historycznych i tradycyjnych – zarówno z innymi, jak i z samymi sobą.

Ta alienacja stworzyła podatny grunt dla populistów i przeciwników demokracji, którzy przedstawiają się jako odpowiedź na kryzys sensu. Nieprzypadkowo powracającymi motywami współczesnego populizmu są przynależność, tradycja, tożsamość, pochodzenie i nostalgia.

Doświadczamy kryzysu prawdy, ale jednocześnie mierzymy się z kryzysem sensu. Gdy nadmiernie wynosimy prawdę ponad znaczenie, wzmacniamy poczucie wyobcowania i oddajemy społeczeństwo w ręce jego wrogów. Być może warto przypomnieć sobie, że przywiązanie do prawdy jest tylko jednym – i to bardzo częściowym – warunkiem w pełni ludzkiego życia, i w ten sposób budować nasze demokracje.

Źródło:
Oryginalny tekst opublikowany 23 grudnia 2025 r. w serwisie „The Conversation” dostępny tutaj

FC

Frank Chouraqui

wykładowca filozofii, Leiden University

Przejdź do treści