Henryk Arctowski w prowizorycznym laboratorium na pokładzie statku Belgica podczas pierwszej zimowej wyprawy na Antarktydę (1897–1899). To właśnie w takich warunkach rodziły się pionierskie badania, które położyły podwaliny pod nowoczesną naukę o Antarktyce. Autor nieznany, domena publiczna.
Henryk Arctowski to jedno z najważniejszych nazwisk w historii polskich badań polarnych. Uczestnik legendarnej wyprawy statku na Belgica z lat 1897–1899, współtwórca fundamentów polskiej geofizyki, patron Polskiej Stacji Antarktycznej na Wyspie Króla Jerzego. Nowa biografia Henryk Arctowski. W świecie myśli autorstwa Dagmary Bożek i Katarzyny Dąbkowskiej pokazuje jednak, że jego historia nie kończy się na Antarktydzie
Arctowski był jednym z bohaterów wyprawy Belgica – pierwszej ekspedycji, która przetrwała zimę w lodach Antarktydy. Na pokładzie znajdował się również młody oficer Roald Amundsen, późniejszy zdobywca bieguna południowego.
Podczas wyprawy polski uczony odpowiadał za badania meteorologiczne i geofizyczne. Prowadził systematyczne pomiary temperatury i ciśnienia oraz obserwacje magnetyczne. W epoce, gdy Antarktyda była niemal białą plamą na mapie, dostarczał danych, które stały się podstawą nowoczesnych badań klimatu. Dagmara Bożek podkreśla, że była to dopiero część jego naukowej drogi.
– To pierwsza tak obszerna biografia tego badacza i polarnika, która ukazała się zarówno po polsku, jak i po angielsku – mówi. Prace nad książką trwały pięć lat i obejmowały kwerendy w archiwach Polskiej Akademii Nauk, Polskiej Akademii Umiejętności, Archiwum Państwowego w Bydgoszczy Oddział w Inowrocławiu oraz w instytucjach zagranicznych, takich jak Smithsonian Institution i New York Public Library.
Arctowski był jednym z pionierów polskiej geofizyki. Pracował w Belgii, Francji i Stanach Zjednoczonych, zajmując się m.in. fizyką Słońca i klimatem. Funkcjonował w międzynarodowym obiegu naukowym, a jednocześnie konsekwentnie podkreślał swoją polską tożsamość.
Po pierwszej wojnie światowej został powołany do komisji działającej przy konferencji pokojowej w Wersalu. Jej zadaniem było opracowanie raportu geograficznego i geopolitycznego dotyczącego ziem, które miały wejść w skład II Rzeczypospolitej.
– Ten raport był olbrzymi. Liczył ponad sto stron, zawierał ryciny, mapy i wykresy, a Henryk Arctowski był przewodniczącym tej komisji – przypomina Bożek. Jego wiedza była wykorzystywana w procesach decydujących o granicach przyszłego państwa.
Z pamiętników, które pisał w Belgii w latach 1901–1909, wyłania się obraz człowieka obsesyjnie skoncentrowanego na badaniach. Wielokrotnie podkreślał, że potrzebuje spokoju, że chce się „zamknąć” i pracować. Jednocześnie prowadził intensywne życie towarzyskie, rozumiejąc, że nauka nie rozwija się w izolacji.
– Wiedział, że trzeba bywać w towarzystwie, żeby móc realizować swoje pomysły – opowiada Bożek. W ten sposób zabiegał o wsparcie: budował relacje, przekonywał, rozmawiał. Planował m.in. drugą belgijską wyprawę antarktyczną, która ostatecznie nie doszła do skutku. Bez kontaktów, zaplecza środowiskowego i wsparcia instytucjonalnego nie dało się wówczas zorganizować takiego przedsięwzięcia.
Ten rozdźwięk między potrzebą samotności a koniecznością funkcjonowania w centrum życia naukowego widać także w relacjach z wyprawy Belgica.
Wśród załogi był rumuński zoolog Emil Racoviță. To on stworzył satyryczny komiks, w którym pojawia się postać Artocho – alter ego Arctowskiego. Artocho przedstawiony jest jako „mag”, postać nieco przerysowana, momentami karykaturalna, uwikłana w humorystyczne sytuacje. To dowód, że Arctowski był osobowością silną i wyrazistą, budzącą emocje. W zamkniętej społeczności zimującej w lodach Antarktydy trudno było pozostać neutralnym.
Jeszcze wyraźniej jego charakter ujawnił się w latach wojny i tuż po niej. W 1939 roku przebywał w Waszyngtonie. Miał 68 lat i de facto nie miał już do czego wracać. Polska była okupowana, instytucje naukowe zniszczone, środowisko rozproszone. A jednak nie wycofał się z życia naukowego.
– Przez wszystkie lata, które mu pozostały, robił wszystko, by pomóc Polsce w czasie wojny, a później polskiej nauce – mówi Bożek. Wraz z żoną wysyłał do kraju paczki z książkami, utrzymywał kontakty ze środowiskiem naukowym i próbował odbudowywać zerwane więzi. – Jeszcze dwa miesiące przed śmiercią przez polską ambasadę w Stanach Zjednoczonych wysyłał do Warszawy książki – dodaje Bożek.
I przywołuje szczegół, który w książce ma wymiar symboliczny: – Żeby uświadomić sobie, jak bardzo był oddany polskiej sprawie, warto wspomnieć, że jego żona, informując o jego śmierci, napisała, że książki, na które czekano w Polsce, są już gotowe do wysyłki. Nawet w ostatnich chwilach życia najważniejsze były dla niego wiedza i jej przekazywanie.
Poniżej publikujemy fragment biografii Henryk Arctowski. W świecie myśli.

Wypłynięcie
– W ostatnich dniach przed wypłynięciem nasi dwaj najlepsi żeglarze – Norwegowie, Knutsen i Johansen – byli zatrudnieni w miejsce dwóch innych, którzy opuścili statek. Teraz rozwiązano również kwestię lekarza, gdyż w ostatniej chwili zostaliśmy bez opieki medycznej na pokładzie – ostatni z trzech zaręczanych nam lekarzy belgijskich spokojnie pozostał w domu po dojrzałym namyśle. To za pomocą telegrafu doktor Cook z Brooklynu zaaranżował wyjazd z nami, a ponieważ nie miał czasu na przyjazd do Europy, dołączył do nas w Rio de Janeiro. Te i wiele innych faktów, które mógłbym przytoczyć, pokazują, jak trudno jest zorganizować wyprawę przy ograniczonych zasobach. Prawdą jest, że wolontariuszy nie brakuje. Każdego dnia naszego pobytu w Antwerpii przychodzili ludzie, prosząc, żebyśmy zabrali ich ze sobą, a de Gerlache otrzymywał listownie kilkaset podań, ale były to w większości pisma od osób, które nie miały pojęcia o ciężkiej pracy i nie były w stanie wyświadczyć nam najmniejszej usługi¹.
Tak pisał Henryk we wspomnieniach z wyprawy, które ukazały się w październiku 1901 roku na łamach brytyjskiego pisma naukowego „The Geographical Journal”, wydawanego przy Królewskim Towarzystwie Geograficznym. Czasopismo ukazywało się od 1831 roku, a relacja Arctowskiego jeszcze nie doczekała się tłumaczenia na język polski.
Kłopoty kadrowe były stałym elementem rejsu „Belgiki” – pragnienie przeżycia przygody nie mogło zastąpić okazji do zarobku, zwłaszcza że część załogi otrzymywała wynagrodzenie mniej niż skromne, a pozostała część (w tym Henryk) zupełnie z niego zrezygnowała. Na razie wydawało się jednak, że wszystkie problemy zostały zażegnane, szczególnie brak lekarza na statku, o czym nawet pisały polskie gazety, zamieszczając oczekiwania Arctowskiego dotyczące poszukiwanego medyka. „Musi być zdrów, silny, sympatyczny” – deklarował Henryk.
Czy te wymogi spełniał doktor Frederick Albert Cook? To się miało okazać w czasie podróży, ponieważ lekarz dołączył do ekspedycji w Ameryce Południowej w październiku 1897 roku. Będąc osobą pochłoniętą marzeniami o wielkich polarnych wyczynach, jednocześnie zaś umiejącą budować wokół siebie atmosferę sensacji, Cook zadbał, aby o jego udziale w wyprawie było głośno. Zapoluje na biegun południowy – zapewniał heroicznie nagłówek wzmianki w „New York Journal” z 2 sierpnia 1897 roku. Sam kontynent, Antarktydę, nazwano „krainą czarów” (Wonderland), do której kapitan de Gerlache „zaprowadzi odkrywców”. Hasło „biegun” miało medialny potencjał, ale pozostawało w sferze marzeń uczestników wyprawy – celem była eksploracja tajemniczej Terra Australis Incognita dalej na południe niż poprzednicy, co pod koniec XIX wieku sprowadzało się do okolic Półwyspu Antarktycznego.
Plany mimo to były ambitne, podróż planowano bowiem na dwa lata (w drugim roku wyprawy cztery osoby pozostałyby w Antarktyce na zimowanie). W tym czasie okręt pod dowództwem Georges’a Lecointe’a miał zawrócić do Australii, aby uzupełnić zapasy, i w kolejnym sezonie letnim odebrać pozostawionych na antarktycznym lodzie śmiałków.
Czy ekspedycja się uda, zależało od wielu czynników, ale bez wątpienia jednym z najważniejszych pytań było to, jak poradzi sobie wielorybniczy statek w czasie tak trudnej i długiej trasy. Czy wytrzyma sztormy, wiatry, lody? Henryk tak opisał „Belgikę”, która na najbliższe miesiące miała być ich domem:
– Statek był trzymasztową barką o długości 100 stóp [około 30 metrów] i wyporności 250 ton, z silnikami pomocniczymi o mocy 150 koni mechanicznych. Kadłub zabezpieczono obudową z twardego drewna, aby zwiększyć wytrzymałości i zapewnić ochronę przed tarciem lodu. Na rufie umieszczono na pokładzie kabiny oficerów i personelu naukowego, a w części dziobowej, pod mostkiem, ustawiono laboratorium. Podczas tych przygotowań w Sandefjord w Norwegii zamówiono kompletną aparaturę naukową u najlepszych producentów w Europie, a nasze instrumenty sprowadzono z Paryża, Wiednia, Kopenhagi, Londynu, Berlina, Jeny².
Henryk nie wspomina o tak zwanym kubryku, a więc wspólnym, wieloosobowym pomieszczeniu mieszkalnym załogi w forkasztelu pod pokładem. Pod względem warunków bytowych było ono najgorsze, a ci, którzy mieli tam mieszkać przez długie miesiące antarktycznych wojaży, plasowali się najniżej w hierarchii uczestników wyprawy.
Jedno ze zdjęć w zbiorach belgijskiej Biblioteki w Hasselt, stolicy prowincji Limburgia, przedstawia „Belgikę” w pełnej gali banderowej, w momencie opuszczania antwerpskiego portu rzeką Skaldą 16 sierpnia. Z komina unosi się dym, a na drugim planie widać ciasno zabudowane nabrzeże. Wiwatujący i żegnający śmiałków tłum możemy sobie jedynie wyobrażać, gdyż na zdjęciu uchwycono zaledwie kilka osób na mniejszych jednostkach towarzyszących okrętowi.
Przyszli polarnicy czuli zapewne ekscytację graniczącą ze zmęczeniem – gwar pożegnań rozpoczął się o ósmej rano, kiedy zagrzmiała kanonada w Yacht Clubie, którego biało-czerwona flaga dumnie powiewała na topie „Belgiki”. De Gerlache, jego zastępca Georges Lecointe, przyjaciel Emile Danco, który podczas wyprawy miał prowadzić obserwacje geofizyczne, i Arctowski, stojąc z pozostałymi członkami załogi na pokładzie, przyjmowali dochodzące z każdej strony owacje i uśmiechy. O trzeciej nad ranem zakończyło się oficjalne pożegnanie w rodzimym Yacht Clubie z przedstawicielami władz miasta i admiralicji.
Po spotkaniu z inicjatorem ekspedycji redaktor zanotował:
– Zastałem Gerlache’a nieco zmęczonego; oczy miał zaczerwienione, spadł z ciała, mimo to pozostał takim, jakim był dawniej. Poważny to, zupełnie dojrzały mąż, mimo że liczy dopiero lat trzydzieści. Nic w nim nie zdradza marynarza, który od chłopca okrętowego wybił się na stopień kapitana. Jego postać średniego wzrostu jest bardzo elegancka, na pozór wiotka, lecz znać tam muskuły silne i nerwy wyrobione, jako też i duszę odważną badacza, który się nie ulęknie żadnego niebezpieczeństwa. Po kilku nawet minutach rozmowy osiąga się natychmiast wrażenie: ten człowiek małomówny dokona podjętego zadania, jeżeli szczęście będzie mu choć trochę sprzyjało. Pokazał sam mi okręt „Belgica”⁶.
„Gazeta Lwowska” w relacji z 27 sierpnia 1897 roku podawała z kolei dokładną relację z odwiedzin na statku:
– Okręt »Belgica« pomalowany jasno, jak tego teraz moda marynarska wymaga, robi wrażenie budowy lekkiej a silnej. Kadłub dość wąski, jak wszystkie statki mórz północnych; pomost niezbyt wysoki; prócz pary są jeszcze maszty, wyposażone w cały żaglowy aparat; dwie armatki harpunowe na przednim pokładzie. Kajuty i magazyny są bardzo małe, lecz do szczętu spożytkowane. Ściany wewnętrzne obite są filcem, aby zatrzymać ciepło. Naładowano statek masami węgla w cegłach i antracytu; zgromadzono też wielki zapas łojówek, celem oświetlenia statku podczas zimy. Laboratorium już samo przez się zasługuje na podziw; statek posiada sporą bibliotekę naukową, jako też i dużą szkatułę grającą, która ma umilać nieuniknione godziny nudy i melancholii. Wszystko błyszczy nadzwyczajną czystością. Kajuta kapitana, przyozdobiona licznymi obrazami, przedstawia się jako bardzo miły, zaciszny kącik. – Niczego nam nie zabraknie – mówił do korespondenta p. Gerlache – niech tylko szczęście dopisze⁷.
Notatka w „Kurjerze Warszawskim” z 20 sierpnia 1897 roku uzupełnia wspomniane fotograficzne przedstawienie momentu wypłynięcia „Belgiki”:
– Cała Antwerpia wyruszyła na wybrzeża Skeldy – przeszło 2000 obcych, okrzykami żegnających odważnych podróżników, którzy poświęcić pragną życie na ołtarzu wiedzy. Od godz. 9-ej z rana słychać wystrzały z dział na wszystkich parowcach portu, flagi wszystkich narodów powiewają na nich i żegnają tryumfalnie młodych misjonarzy, którzy przy schyłku tego stulecia zachowali wiarę w postęp nauki⁸.
W ferworze pożegnań Henryk „ściska dłoń sławnego geografa, Elizego Reclusa, z którym długą prowadził rozmowę”.
Élisée Reclus był autorem dziewiętnastotomowego dzieła La Nouvelle géographie universelle, nagrodzonego w 1892 roku złotym medalem Francuskiego Towarzystwa Geograficznego. W tym samym roku rozpoczął pracę na Uniwersytecie w Brukseli. Nie wiemy, o czym rozmawiali ani co myślał Henryk, stając na pokładzie „Belgiki” i patrząc na wiwatujące tłumy. Wielu nie wierzyło, że jego podróż ku białemu, tajemniczemu kontynentowi w ogóle się rozpocznie.
Mimo to nie stracił entuzjazmu i wiary w sens swoich działań, czego wyrazem był manifest opublikowany w styczniu 1897 roku na łamach tygodnika „Wszechświat”:
– Koło bieguna południowego istnieje przestrzeń olbrzymia, której dotychczas jeszcze nie tknęła stopa człowieka cywilizowanego. Czy domyśla się kto ogromnej doniosłości, jaką miałoby dla nauki zbadanie tych obszarów, tworzących białą plamę na mapach ziemi z końca XIX wieku? […] Mimo wszystkie trudności kwestya Antarktyku zostanie podjętą i zagadnienie będzie rozwiązane – musi być, gdyż tego chce nieuchronność postępu.
Polecane:
-
Artykuł
Pol(s)ka na czele Antarktyki Przejdź do publikacji: Pol(s)ka na czele Antarktyki
-
Podcast
Praca w Antarktyce: Przygoda życia czy wyzwanie na granicy wytrzymałości? Przejdź do publikacji: Praca w Antarktyce: Przygoda życia czy wyzwanie na granicy wytrzymałości?
-
Artykuł
Badaczki w terenie: ryzyko, odkrycia i codzienność nauki Przejdź do publikacji: Badaczki w terenie: ryzyko, odkrycia i codzienność nauki
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Antarktyczna historia Polski
Wideo
Antarktyczna historia Polski Przejdź do publikacji: Antarktyczna historia Polski
Przejdź do publikacji: Między pingwinami a zakazami. O turystyce w Antarktyce
Podcast
Między pingwinami a zakazami. O turystyce w Antarktyce Przejdź do publikacji: Między pingwinami a zakazami. O turystyce w Antarktyce
Przejdź do publikacji: Na lodzie, ale nie sami. Polska Stacja Antarktyczna od kulis