AI na Zachodzie ma się sprzedawać. W Chinach – ma się rozwijać. To różnica, która decyduje nie tylko o tym, jak działają modele, ale też o tym, jaki świat pomogą stworzyć. O polityce, ideologii i technologii rozmawiamy z dr. Dawidem Rogaczem, prodziekanem ds. nauki Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i członkiem Akademii Młodych Uczonych PAN

Academia: Czy w ogóle jest sens mówić o sztucznej inteligencji made in China jako o czymś odrębnym? W końcu technologia to technologia, działa tak samo wszędzie.

Dr Dawid Rogacz: O samej technologii i różnicach w działaniu konkretnych aplikacji nie wypowiem się  kategorycznie, ale wydaje się, że różnice pojawiają się już na poziomie tego, jak ta technologia jest profilowana, w co się inwestuje, czy modele są dostępne w sposób otwarty i czemu właściwie mają służyć. Podkreślają to także raporty osób i instytucji badających to zagadnienie, nawet jeśli nie wchodzą one głęboko w kwestie polityczne, ideologiczne czy kulturowe. Może nie są to dwa całkiem odrębne światy, ale różnice na pewno istnieją.

W maju ubiegłego roku pojawił się raport Morgan Stanley Research o AI w Chinach, w którym widać wyraźny kontrast już na poziomie samej inwestycyjnej otoczki wokół AI. Jedna z głównych różnic polega na tym, że Chiny stawiają na systemy dostępne w sposób otwarty (open source/open weight), dopuszczając też dostosowywanie (customize) tych aplikacji.

Zauważmy zresztą, że Chiny co jakiś czas wypuszczają kolejne narzędzia, trochę jakby złośliwie w ramach tego wyścigu, żeby rozchwiać amerykański rynek. Pojawił się darmowy potężny DeepSeek i od razu było załamanie. Ostatnio świat zszokował niezwykle realistyczny generator wideo Seedance. Wiralowy stał się film przedstawiający walkę Toma Cruisa z Bradem Pittem. Hollywood zadrżało, bo aplikacje amerykańskie nie tylko nie dorównują tym chińskim, ale musiałyby jeszcze być w tym celu o wiele droższe.

Druga różnica jest taka, że Chiny, jak się wydaje, nie mają większych oporów przed budowaniem jak najmocniejszych zdolności AI. Z tego raportu wynika wręcz, że są mniej zaniepokojone tym, dokąd taki rozwój może prowadzić. I powiedziałbym może trochę prowokacyjnie, że w przypadku Stanów Zjednoczonych, a zwłaszcza Doliny Krzemowej, kapitalizm bywa hamulcowym postępu. To znaczy: rozwiązania muszą dać się doraźnie monetyzować, w przeciwnym razie nie są tak mocno rozwijane.

Czyli chińska AI wymyka się logice zysku? 

Na pewno logika ta kieruje amerykańskim BigTechem, co widać choćby po dużych modelach językowych.Są one nastawione na zadowolenie klienta do tego stopnia, że wpływa to na ich niewiarygodność. Jeżeli firma ma do wyboru wiarygodność modelu albo strategię w rodzaju: „tak, oczywiście masz absolutną rację”, to często wybiera to drugie. W Chinach kontekst polityczny jest inny. Pozwala abstrahować od doraźnej stopy zwrotu i skupić się na samej produktywności. Zachód nie może sobie na to na razie pozwolić. W Stanach dochodzi jeszcze specyficzny mariaż pomiędzy Doliną Krzemową a władzą polityczną.

Do tego w Chinach najpierw buduje się warunki dla AI, a dopiero potem same produkty.

W dużej mierze tak. Chiny inwestują również w zaplecze energetyczne. Od dawna budują infrastrukturę, która ma zasilać moce obliczeniowe. To działanie uprzedzające: najpierw infrastruktura, zaplecze polityczne i prawne, a dopiero w tych ramach rozwijane są technologie. Na Zachodzie wygląda to częściej jak Dziki Zachód: coś się pojawia, dochodzi do nowego fenomenu i dopiero potem prawo, infrastruktura i, niestety, środowisko próbują za tym nadążyć.

To kolejna wielka różnica. Chiny stawiają też na badania związane z AI. Oczywiście walka o talenty dotyczy i Stanów, i Chin. Celowo mówię o tych dwóch krajach, bo Europa uczestniczy w tym wyścigu w dużo mniejszym stopniu. Próbuje, przygląda się, wyciąga wnioski, ale zasadniczo to rywalizacja dwóch potęg. I Chiny w tym wyścigu naukowym prowadzą. Ponad połowa patentów związanych z AI na świecie przypada na Chiny, a niemal połowa czołowych naukowców w tej dziedzinie pracuje właśnie w Chinach i coraz częściej odpływa tam ze Stanów Zjednoczonych.

Mówi pan też o pewnej spójności kulturowej, politycznej i technologicznej. Dlaczego to takie ważne?

Bo ona pozwala trenować modele na ogromnej, względnie jednolitej bazie. Władze chińskie, zlecając czy stymulując rozwój aplikacji i rozwiązań opartych na AI, mają do dyspozycji ponad miliard użytkowników! Chińczycy są jeszcze głębiej zanurzeni w świecie smartfonów niż Europejczycy. Płatności gotówką odchodzą do historii, rachunki, rezerwacje, nawet e-commerce obsługuje zwykle jedna aplikacja: WeChat (Weixin). Cyfryzacja ma większą skalę niż w Europie i jest bardziej ujednolicona.

Mówimy więc o sytuacji, w której ponad miliard ludzi korzysta z jednej dominującej aplikacji albo z usług tej samej grupy technologicznej. Oczywiście to umożliwia także cenzurę i przesył danych, ale z punktu widzenia przewagi technologicznej oznacza również dostęp do gigantycznej bazy. Przetrenowanie modelu na danych pochodzących od miliarda użytkowników to ogromna przewaga.

Do tego dochodzi jeszcze otwartość na roboty humanoidalne. Kiedyś były ciekawostką, dziś znajdują coraz większe zastosowanie. W świetle raportu Morgan Stanley Research około 30 proc. humanoidalnych robotów używanych na świecie pracowało w Chinach. To dane sprzed roku, więc dziś ten odsetek zapewne jest jeszcze większy. Tych różnic naprawdę jest bardzo dużo, a mówimy na razie tylko o technologii i strategiach inwestycyjnych, nie wchodząc jeszcze w kwestie polityczne, prawne, ideologiczne i kulturowe.

Czy rozwój AI jest tam projektem komercyjnym, czy politycznym i społecznym?

Zdecydowanie tym drugim. I warto zauważyć, że Chiny są też liderem w jego prawnej regulacji, wbrew pewnym stereotypom. Te rozwiązania są tam bardzo mocno uregulowane prawnie, zarówno na poziomie licencji i kontroli startupów na wejściu, jak i na poziomie ogólniejszych zasad. Istnieją regulacje przejściowe, które formułują pewne wartości dotyczące choćby antropomorficznych interakcji ze sztuczną inteligencją i robotami.

Te przepisy zakazują na przykład generowania i promowania treści obscenicznych, promujących hazard, obraźliwych albo naruszających relacje społeczne za pomocą “fałszywych obietnic”. Nie mogą też zachęcać do wyrządzania sobie krzywdy, samobójstwa ani prowokować do nierozsądnych, impulsywnych decyzji. Oczywiście to są sformułowania dość ogólne, które potem są konkretyzowane w praktyce, ale sam model jest zupełnie inny. To model centralistyczny.

Xi Jinping regularnie spotyka się z politbiurem w sprawach związanych z AI, żeby wskazywać odgórnie kierunki rozwoju. To nie jest model okrągłego stołu, przy którym władca siedzi z technologicznymi bossami. To raczej model paternalistyczny, w którym coś się nakazuje, czegoś się zakazuje, coś wyklucza, a do czegoś stymuluje.

Polityka pozostaje tam twardym rdzeniem systemu.

Tak. Cokolwiek myślimy o Chinach, to państwo było gotowe radykalnie zmienić rozwiązania gospodarcze, ale władza polityczna pozostała niezmienna. W Stanach wydaje się odwrotnie: jeśli istnieje jakiś amerykański deep state, to jest nim raczej Dolina Krzemowa, podczas gdy władza polityczna się zmienia.

AI jest w Chinach zbyt newralgiczną sferą, by władza mogła powiedzieć: kierujcie się wyłącznie zyskiem. Zwłaszcza że w retoryce Xi Jinpinga postęp i dobrobyt społeczny stały się właściwie główną misją Komunistycznej Partii Chin. Oddanie tej sfery technologicznej firmom oznaczałoby oddanie części władzy, także realnej. Dlatego firmy są trzymane na pewnej smyczy, choć kiedy zaakceptują warunki, ich swoboda działania jest niemała.

Jednym z obszarów wskazanych jako priorytetowy jest edukacja. Na Zachodzie nie jestem pewien, czy rzeczywiście tak się dzieje. Mamy ChatGPT, ale to nie jest narzędzie stworzone dla systemu edukacyjnego. Nie mamy powszechnych aplikacji do nauki historii czy innych przedmiotów, które byłyby włączone systemowo do szkoły.

W Chinach wydano rozporządzenie, zgodnie z którym edukacja ma być oparta na wykorzystaniu AI. Nauczyciele mają przejść odpowiednie szkolenia, zresztą w dużej mierze już je przeszli. Wynika to z samego rozumienia edukacji. Z perspektywy chińskiej edukacja nie jest odtwarzaniem kanonu, tylko przysposobieniem do życia społecznego. Jeżeli nie przygotowuje do funkcjonowania w społeczeństwie, to jest wadliwa jako edukacja.

Tego nie da się dobrze wytłumaczyć logiką komercyjną. Nikt nie pyta, czy uczniowie będą za to płacić, bo nie będą. To ma być dostępne szeroko, na otwartej licencji. Kiedy więc mówimy o konkurencyjności, to w chińskim przypadku jest ona przeniesiona poziom wyżej. To konkurencyjność globalna.

Wiele osób zakłada, że modele językowe są neutralne, a przecież niosą światopogląd swoich twórców. Czy chińskie modele mają w sobie chińskie wartości?

Nie wiem, czy sięgają aż tak daleko, przynajmniej jeśli chodzi o tradycyjną kulturę chińską. Sam fakt korzystania z języka chińskiego już coś z pewnością ze sobą niesie. Natomiast jeśli chodzi o klucz polityczny, to tu wątpliwości nie ma. Gdy pojawił się DeepSeek, w Polsce przetoczyła się fala satyrycznego wypytywania modelu o Tiananmen i podobne tematy. Więc tak, to jest widoczne.

Polityczny i ideologiczny “klucz” istnieje. I wydaje mi się, choć to trzeba by jeszcze dokładnie sprawdzić, że dla użytkowników krajowych, z chińskim IP, jest on jeszcze ostrzejszy. Ta pewna dwutorowość chińskich rozwiązań jest zresztą dość stała. To nie znaczy, że wersje dostępne dla Europejczyków są od tych ograniczeń całkowicie wolne. Przykłady pytań o 1989 pokazują, że nie są. Ale zakres swobody jest jednak większy niż w przypadku użytkowników natywnych.

Generalnie wygląda to tak, że Chiny rozwijają te modele przede wszystkim z myślą o własnej populacji. Oczywiście jeśli Europejczycy też z nich korzystają, to jest to jakaś forma triumfu, ale na razie nie wydaje się, żeby celem była komercyjna kolonizacja świata. Raczej chodzi o wygranie wyścigu technologicznego: mamy najlepsze modele, najlepsze programy. Model amerykański jest odwrotny: trzeba szybko wypuścić produkt, zrobić marketing, zdobyć jak najwięcej użytkowników i subskrypcji na świecie i rozsiąść się na tronie.

Za chińskimi technologiami cyfrowymi idzie ponura sława totalnego cyfrowego autorytaryzmu. Systemy punktacji społecznej, kamery z rozpoznawaniem twarzy, pełna kontrola. To realny obraz czy raczej czarna legenda?

Powiedziałbym tak: to nie jest prawda, że scenariusz chiński jest taki czarny i zamordystyczny, bo cały scenariusz światowy jest czarny i zamordystyczny. Różnica jest raczej różnicą stopnia. W pewnym momencie Zachód zaczął naśladować Chiny. Zacznijmy choćby od mariażu Doliny Krzemowej z władzą i od kwestii dostępu do informacji. Nasza prywatność istnieje głównie z subiektywnej perspektywy. Szereg regulacji, także u nas, umożliwia w razie potrzeby dostęp do danych. Profilowanie i mikrotargetowanie cały czas mają miejsce.

Gromadzona jest ogromna ilość informacji na nasz temat, a algorytmy znają nas lepiej niż nasi bliscy. My wyrażamy zgodę trochę in blanco, ale nie śledzimy dalszych losów tych danych. Do czego są używane? Przede wszystkim po to, żeby je sprzedawać. To jest dziś cyfrowe złoto.

Oczywiście nie mamy wszędzie kamer działających tak jak w Chinach, ale spójrzmy choćby na okulary Mety. Pozwalają skanować otoczenie, a cała ta informacja jest gromadzona. Gdzie, komu i na jakich zasadach potem służy, na to nie mamy już wpływu. Nie bronię Chin, tylko przestrzegam przed prostym obrazem: tu kraj wolności, a tam kraj totalnej kontroli. To tak nie wygląda.

Ale autorytaryzm cyfrowy w Chinach jednak istnieje?

Tak, oczywiście. Jest tam obecna pełzająca dyktatura cyfrowa. Tyle że zmiękcza ją między innymi stabilność systemu. Nie ma tam realnej rotacji władzy, politycy nie prześcigają się w obietnicach wyborczych, kontrola nie służy rozprawianiu się z poprzednikami; cele państwa są ustawione bardziej długoterminowo. Władza, państwo i partia wzajemnie się konsolidują.

Z perspektywy przeciętnego Chińczyka wygląda to trochę inaczej, niż może to sobie wyobrażamy. Jest władza gdzieś w Pekinie, człowiek mieszka na południu Chin (Chiny są wielkości Europy), żyje swoim życiem. Jeśli bardzo chce być krytyczny, to może próbować, ale jeśli może funkcjonować w danych ramach, to po prostu w nich funkcjonuje. Z naszego punktu widzenia może to wyglądać jak niedopuszczalne ograniczenie, ale z perspektywy wielu Chińczyków subiektywny zakres wolności i tak bardzo wzrósł w porównaniu choćby z np. epoką Mao.

Widać też, że istnieje granica kompromisu. Gdy podczas końcówki polityki zero COVID w Szanghaju całe miasto pozostawało zamknięte mimo pojedynczych przypadków, ludzie zaczęli protestować przeciwko drakońskim restrykcjom. Została naruszona pewna niepisana umowa. Między innymi można było zadbać w pełni o rodziców, skontaktować się z nimi fizycznie. I wtedy partia się cofnęła. To pokazuje, że Chińczykom nie jest wszystko jedno. Po prostu myślą o wolności bardziej kompromisowo.

Politologicznie, określenie „autorytaryzm” da się rzecz jasna obronić: mamy tu do czynienia z jakąś postacią monowładzy.  Ale kiedy jako Polacy słyszymy to słowo, od razu uruchamiają nam się własne skojarzenia, choćby ze stanem wojennym. Potem jedziemy do Chin i popadamy w drugą skrajność: skoro nie wygląda to dokładnie tak, jak sobie wyobrażaliśmy, to może cały obraz był fałszywy. Rzeczywistość jest bardziej złożona. To są pewne ramy, a nie system uniemożliwiający wszelkie swobodne funkcjonowanie.

Do czego to wszystko zmierza? Jak wygląda przyszłość tego systemu?

Tu warto wskazać polityczno-ideologiczne korzenie tego modelu. Te dalsze, kulturowo-filozoficzne, też są ważne, ale bliższe są związane po prostu z marksizmem chińskim i ideologią Komunistycznej Partii Chin. Te wszystkie dokumenty dotyczące AI są głęboko zakorzenione w tej terminologii. Czasem trzeba się przedrzeć przez nieznośny żargon, ale kiedy się to zrobi i cofnie do korzeni, choćby do Deng Xiaopinga, widać pewną strategię długofalową.

Jednym z głównych elementów myśli Denga było postawienie na rozwój sił wytwórczych, czyli produktywność. To była korekta wobec maoizmu. Mao wierzył, że przearanżowanie społeczeństwa samo z siebie przyspieszy gospodarkę. Deng uznał to za idealizm i stwierdził, że trzeba rozwijać technologię i produktywność. Dlaczego? Bo ten rozwój ma prowadzić do socjalizmu, docelowo komunizmu, więc nie może być podporządkowany maksymalizacji doraźnego zysku.

Produktywność oznacza, że można sobie pozwolić na straty, jeśli dzięki temu maksymalnie rozwija się siły wytwórcze społeczeństwa i wyciska maksimum z dostępnych zasobów. Maksymalizacja nie dotyczy więc zysku, tylko stopnia wykorzystania zasobów. Nic nie może się zmarnować: każdy wiatr, każda rzeka, każdy bajt. Na krótką metę to może się nie opłacać, ale jeśli spojrzeć na wskaźniki produktywności i inwestycji, Chiny zmierzają do pozycji światowego lidera.

To myślenie przekłada się też na politykę globalną?

Tak. Wcześniej Chiny pozwalały sobie na dumping, żeby zasypać świat swoimi produktami. Dziś to już bardziej złożone, ale logika pozostała. Żeby zbudować w Chinach społeczeństwo umiarkowanego dobrobytu i zrealizować „chiński sen”, kraj nie może być całkowicie samowystarczalny. Musi wykorzystać, a nawet częściowo przechwycić globalny łańcuch dostaw i rynek światowy. Mówiąc brutalnie: Chiny chcą kontrolować świat po to, żeby zbudować zamożną klasę średnią u siebie. To nie jest eksport rewolucji w stylu trockistowskim. To raczej model, w którym świat ma służyć Chinom. Widać to także w podejściu do Afryki i w nieinterwencjonizmie: chodzi o to, by nie zakłócać łańcuchów zależności, z których Chiny korzystają.

Najbliższa historyczna analogia to kolonializm gospodarczy. Oczywiście w Chinach nikt tego tak nie nazwie, bo Xi Jinping lubi przedstawiać się jako lider globalnego Południa. Ale logika jest taka: świat ma służyć realizacji celów rozwojowych, które jednocześnie wzmacniają legitymizację partii i jej przywódców.

Na razie nie wydaje się, żeby poza tym Chiny szczególnie intensywnie realizowały jakieś dodatkowe cele polityczne. Będą raczej wzmacniały produktywność i podtrzymywały światowy ład na tyle, na ile im to służy. Jednocześnie będą cierpliwie czekały na okazję w sprawie Tajwanu, bo to pozostaje największym wyjątkiem. Ten chiński kolonializm ma i miał w dużym stopniu charakter wewnętrzny: Tybet, Ujgurzy, Tajwan. To logika odzyskiwania imperium. Poza to, przynajmniej na razie, ich ambicje nie sięgają np. do państw Azji Centralnej. Chociaż i tak sięgają bardzo daleko.

A więc stawką nie jest tylko to, kto zbuduje lepszy model, ale to, jaki porządek polityczny i gospodarczy ten model będzie wspierał?

Dokładnie tak. I dlatego mówienie o chińskiej sztucznej inteligencji jak o prostym odpowiedniku zachodnich rozwiązań jest mylące. To nie jest tylko inny zestaw narzędzi. To część szerszego projektu państwowego, gospodarczego i ideologicznego. Dopiero w tej skali widać, o co naprawdę toczy się gra.

Przejdź do treści