Mary Anning na portrecie z ok. 1842 r.; w tle klify Golden Cap w Lyme Regis – miejsce jej przełomowych odkryć skamieniałości.

„Zuchwałe. Kobiety, które chciały więcej” to książka poświęcona bohaterkom XIX w., które działały w świecie formalnie dla nich zamkniętym. Katarzyny Wężyk opisuje kobiety z różnych klas społecznych i środowisk, które brały udział w przemianach politycznych, naukowych i kulturowych, choć historia rzadko przypisuje im sprawczość

Academia: Czym jest tytułowa zuchwałość?

Katarzyna Wężyk: To niezgoda na to, co ówczesne normy kulturowe i społeczne – wyobrażenia o kobiecości, przypisywane jej cechy i role – dawały kobietom. I odwaga, by wyszarpać dla siebie większy kawałek tortu.

Mówimy o czasach, kiedy kobiety były pozbawione praw. Czy te cechy są dziś nadal potrzebne?

Zuchwałość – jak najbardziej. Nie chcę, żeby brzmiało to jak potoczne „walczenie o swoje”. I o ile faktycznie, mamy nieporównywalnie więcej praw niż moje bohaterki – możemy głosować, zarabiać, iść na studia, rozwieść się, dysponować własnym majątkiem – to, żeby daleko nie szukać, w Polsce wciąż nie mamy prawa decydowania o własnym ciele. Chciałabym, żeby zuchwałość nie była potrzebna, ale wciąż jest.

Co było kluczem do wyboru postaci, które tworzą oś książki?

Nie ma tam samych feministek, a część moich bohaterek pewnie obraziłaby się na to określenie. Piszę o XIX w., tym długim – od rewolucji francuskiej do pierwszej wojny światowej. To czas ogromnych przemian społecznych, technologicznych i kulturowych. Świat się kurczył, stawał się bardziej poznany. A jednocześnie dominuje narracja, że wszystkie te zmiany i przygody były udziałem mężczyzn.

To był też okres wyraźnego podziału ról: mężczyzna miał kształtować świat, a kobieta  siedzieć w domu i czekać. Szukałam więc takich kobiet, które brały udział w tych przemianach. To był mój klucz. Oczywiście są to postaci o ciekawych biografiach – jestem przede wszystkim opowiadaczką historii – ale przede wszystkim takie, które realnie uczestniczyły w zmianie. Są wśród nich naukowczynie, aktywistki, aktorki, bizneswoman, czyli kobiety, które robiły rzeczy, których teoretycznie robić nie powinny.

To książka bardziej o bohaterkach czy o mechanizmach i epoce?

Jedno i drugie – nie da się tego oddzielić. Jestem fanką biografii i najbardziej cenię te, przez które widać epokę. Bohaterka żyje w konkretnych warunkach, w określonej kulturze i społeczeństwie, ale czytamy o niej dlatego, że te warunki przekroczyła. Żeby ją zrozumieć, trzeba zrozumieć ograniczenia – i cenę ich przekroczenia.

Jak wyglądało odkrywanie tych historii?

Im głębiej wchodzi się w temat, tym więcej rzeczy przestaje pasować do początkowych wyobrażeń. Jedną z moich bohaterek jest królowa Wiktoria, symbol epoki kojarzonej z pruderią, gorsetami i tłumieniem seksualności. Tymczasem jej dzienniki pokazują coś zupełnie innego. Idealna matka wcale nie przepadała za dziećmi, za to bardzo lubiła seks. To było dla mnie zaskakujące odkrycie.

Mamy też bohaterki, które nie miały takich przywilejów. Która z nich jest tego najlepszym przykładem?

Mary Anning, jedna z pierwszych paleontolożek, choć wtedy ten zawód jeszcze nie istniał. Żyła w czasach, gdy zaczynano odchodzić od przekonania, że świat powstał w sześć dni. Jej odkrycia przyczyniły się do zmiany tej wizji.

Pochodziła z małego miasteczka na angielskim wybrzeżu, gdzie znajdowano szkielety dinozaurów i morskich stworzeń. I Mary je odnajdywała i opisywała. Jako kobieta z klasy robotniczej nie mogła zdobyć wykształcenia ani uznania środowiska naukowego, traktowano ją jak podwykonawczynię. Szkielety, które znajdowała, kupowali mężczyźni i wystawiali w muzeach pod własnymi nazwiskami.

Dziś uznaje się ją za pionierkę paleontologii. Poruszyła mnie historia jedenastoletniej dziewczynki, która odkryła, że w Wielkiej Brytanii właściwie nikt o Anning nie pamięta, i zorganizowała kampanię na rzecz postawienia jej pomnika. Sam pomnik jest może nieszczególnie piękny, ale fakt, że w ogóle powstał, ma znaczenie.

Na ile te historie jeszcze dziś rezonują?

Z tego, co mówią czytelniczki – bardzo. Wciąż istnieje głód opowieści o kobietach, które robiły interesujące rzeczy i zmieniały świat. W klasycznej opowieści o drodze bohatera nadal dominują przecież mężczyźni. Nie pozbyliśmy się też całkowicie XIX-wiecznych wyobrażeń o kobiecości, a część środowisk próbuje do nich wracać, powołując się na rzekomo „naturalne” role.

Dlaczego warto sięgnąć po tę książkę?

Bo jest dobrze napisana! To po prostu dobre opowieści i interesujące biografie. To książka dla osób, które interesują się historią kobiet i chcą ją lepiej poznać.

Poniżej przedrukowujemy fragment książki „Zuchwałe. Kobiety, które chciały więcej”.

Ta książka wyrosła z podobnych emocji. Z gniewu na to, że herstoria wciąż jest mniej ważna niż historia mężczyzn, pomijana w podręcznikach, bagatelizowana. Ale też z radości znalezienia kobiet, którym starczyło uporu, ambicji, talentu, pracowitości, tupetu, szczęścia oraz – często – punktów za pochodzenie, żeby się nie dać wymazać i uciszyć.

Przypominam trzynaście takich kobiet. 

Listę otwiera francuska rewolucjonistka, która domagała się prawa wyborczego także dla obywatelek i która za radykalizm swoich postulatów zapłaciła głową. Zamyka brytyjska sufrażystka, która to prawo wywalczyła – a potem wstąpiła do Partii Konserwatywnej. Między nimi znalazły się: pierwsza dama, pisarka, królowa, naukowczyni, aktywistka, lekarka, podróżniczka, aktorka, reporterka, socjalistka i kapitalistka. Różniło je wiele: klasa społeczna, rasa, wykształcenie, majątek, stan cywilny, poglądy polityczne, stosunek do emancypacji kobiet, doświadczenie życiowe. Łączył, nie zawsze świadomy i wypowiedziany, bunt przeciwko obowiązującej wersji kobiecości, ambicje wykraczające poza strefę domową oraz zdrowa dawka egoizmu, dzięki której je zrealizowały. A także odwaga pójścia pod prąd i poniesienia konsekwencji tej decyzji.

Wszystkie przynajmniej zahaczyły – choć Olympe de Gouges ledwo – o „długi wiek XIX”, jak brytyjski historyk Eric Hobsbawm nazwał okres między rewolucją francuską (1789) a wybuchem I wojny światowej (1914). Obowiązywały wówczas – w klasach od średniej wzwyż – binarny podział płci i idea oddzielnych sfer, w których mężczyźni i kobiety powinni się realizować. Płeć miała zaś determinować niemal każdy aspekt charakteru i potencjału jednostki oraz jej miejsce w społeczeństwie.

Sfera publiczna, jak z uporem godnym lepszej sprawy przekonywali ówcześni intelektualiści, przywódcy polityczni i religijni oraz lekarze, była domeną mężczyzn. To im bowiem Najwyższy – później biologia – dał intelekt, zdolność do racjonalnego myślenia, wolę, bezwzględność oraz siłę fizyczną wymaganą, by skutecznie realizować wyzwania stawiane przywódcom, przedsiębiorcom czy naukowcom. Kobiety zaś, istoty z natury płoche, bierne, słabe, emocjonalne, moralne i aseksualne, należały do strefy prywatnej. Ich królestwem był dom i rodzina, trybem domyślnym – troska i poświęcenie, a jedynym celem życiowym – rola anioła domowego ogniska.

Owe sfery przenikały się wyłącznie przy kolacji, w łóżku i przy śniadaniu. Ale jednokierunkowo: mężczyzna wracał do domu, by odpocząć, ale drzwi do sfery publicznej przed kobietą były zamknięte. Na wypadek gdyby zachciało jej się ów próg jednak przekroczyć, wiktoriańskie społeczeństwo miało na podorędziu wiele środków zniechęcających. Prawo odmawiało kobietom głosowania i wstępu na uniwersytety, a mężatkom jeszcze posiadania własności. Autorytety dowodziły, jak bardzo wyjście z domu byłoby destrukcyjne dla społeczeństwa i samej kobiety, a garderoba – ściskające talie gorsety i szorujące po ziemi ciężkie suknie – utrudniała nie tylko ruch, ale też wzięcie głębszego oddechu. Ideologia „prawdziwej kobiecości” mocno przypominała realny socjalizm. Ustrój oficjalnie najlepszy z możliwych, ale granice zamykano głównie przed tymi, którzy z niezrozumiałych doprawdy powodów chcieli go opuścić.

Ta książka to opowieść o kobietach, które nie dały się zniechęcić.

Nie wszystkie były feministkami – ba, niektóre wręcz oburzały się na myśl, że kobieta mogłaby być równa mężczyźnie. Ale wszystkie, nawet jeśli mimowolnie, udowadniały, że obowiązująca wówczas definicja kobiecości jest za ciasna.

Olympe de Gouges i Emmeline Pankhurst podział na męską sferę publiczną i kobiecą domową odrzucały całkowicie, domagając się wolności i równości. Caroline Norton i Abigail Adams uważały, że idea jest zasadniczo słuszna, ale detale – takie jak podważające fundamenty całego systemu przyznanie kobietom własności – należy poprawić. Elizabeth Blackwell, Nellie Bly i Isabella Bird uważały, że są wyjątkami potwierdzającymi regułę. Królowa Wiktoria i Sojourner Truth samym swoim istnieniem ową regułę podważały. Mary Anning nie miała czasu, by się zastanawiać nad definicją kobiecości i jej podrzędnym wobec męskości statusem – choć parę gorzkich uwag jej się wyrwało – bo musiała zarabiać na życie. Helena Modrzejewska i Hetty Green stawiane im wymogi po prostu ignorowały, realizując swoje niezbyt „kobiece” pasje. A Róża Luksemburg uważała, że są ważniejsze rzeczy niż równouprawnienie, konkretnie – światowa rewolucja.

Swój bunt przeciwko akurat je uwierającemu aspektowi patriarchatu realizowały różnie: przez wygłaszanie płomiennych przemówień i pisanie manifestów, wykorzystywanie dziur w systemie, wsuwanie stóp między drzwi, zajmowanie przyczółków w męskich dziedzinach, spełnianie się poza domem, odmowę poświęcenia ambicji i granie na siebie. I stopniowo, krok po kroku, przesuwały granice tego, co kobietom wolno i co wypada. 

Nie dostały miejsca przy stole, więc przyniosły składane krzesełka. Otworzyły przed kobietami drzwi wcześniej na głucho zamknięte. I zostawiły je co najmniej uchylone.

Przejdź do treści