„Najgorsze byłoby milczenie”. Tomasz Rożek o nadużyciach w nauce
Reklama papierosów z lat 50 wykorzystująca postać naukowca. Filtr tych konkretnych papierosów zawierał azbest.
„Władza, Pieniądze, Nauka” to nowa książka Tomasza Rożka o sytuacjach, w których badania, dane i autorytet nauki były wykorzystywane przez biznes, politykę albo ideologię. Autor opisuje m.in. aferę Volkswagena, działania przemysłu tytoniowego, kryzys opioidowy, Theranosa, eugenikę, łysenkizm, katastrofę Challengera i fałszywą pracę Andrew Wakefielda dotyczącą szczepionek. W rozmowie z Academią opowiada o tym, jak pisać o nadużyciach w nauce tak, by nie wzmacniać antynaukowych mitów, lecz pokazywać mechanizmy kontroli, błędu i naprawy
Academia: Wszedłeś na zdradliwy teren. Napisałeś książkę o polityce, pieniądzach i wypaczeniach w nauce. Jak zrobić to tak, żeby od razu nie nakarmić wszystkich antynaukowych szurów?
Tomasz Rożek: Pytanie brzmi, czy ja w ogóle muszę ich karmić. Mam poczucie, że oni są już nakarmieni. Żyją w świecie pełnym rzekomych dowodów na to, że nauka jest kupiona, oszukana i skorumpowana. Książka, w której pokazuję konkretne przykłady i dużo miejsca poświęcam mechanizmom, nie jest im do niczego potrzebna.
Największym problemem byłoby raczej milczenie. Jeśli ukrywamy takie sytuacje, nie próbujemy ich zrozumieć i opowiadamy o nauce tak, jakby była całkowicie wolna od trudnych przypadków i nagannych procesów, robimy dwie złe rzeczy jednocześnie. Po pierwsze, niczego się nie uczymy. Żeby coś naprawić, trzeba to najpierw opowiedzieć, rozłożyć na czynniki pierwsze i zrozumieć. Dopiero wtedy można uszczelnić system. Po drugie, zostawiamy odbiorców z wrażeniem, że skoro pojawiła się jakaś afera, to problem dotyczy całego środowiska.
Żadna z historii, które opisuję, nie jest historią insajderską. Wszystkie były już obecne w przestrzeni publicznej, choć często w bardzo uproszczonej formie. Dobrym przykładem jest sprawa Andrew Wakefielda i szczepionek. To był jeden człowiek. Jeden. Nie połowa immunologów świata, nie połowa mikrobiologów ani lekarzy. Przeciwnie – pokazuję, ilu ludzi, w ilu laboratoriach, przez ile miesięcy, a czasem lat, sprawdzało jego twierdzenia, by wykazać, że był oszustem. Dla mnie ta historia nie pokazuje, jak bardzo nauka jest skorumpowana. Pokazuje raczej, jak intensywnie nauka próbuje takie przypadki weryfikować. Jeśli okazuje się, że nie ma tam nawet ziarnka prawdy, to go nie ma. Sam proces sprawdzania świadczy o sile nauki, a nie o jej słabości.
Tyle że w przypadku Wakefielda słabość mechanizmów też była widoczna. Jego praca została wycofana przez The Lancet dopiero po 12 latach.
To prawda, ale dla mnie nauka jest procesem, a nie pojedynczym wydarzeniem. Procesem działającym na wielu poziomach – również prawnym i proceduralnym. W książce opisuję choćby kryzys opioidowy i lukę w procedurach amerykańskiej Agencji Żywności i Leków. Przez pewien czas decyzja jednego człowieka wpływała na to, co znalazło się na ulotce leku, a czego tam nie było. Kiedy ten człowiek został skorumpowany, skutki okazały się ogromne.
Lekarze przepisywali określone leki w dobrej wierze, ponieważ ulotki zawierały nieprawdziwe informacje. Później sprawa wyszła na jaw i lukę załatano. Tak działa system. Potykamy się, sprawdzamy, o co się potknęliśmy, a potem próbujemy naprawić chodnik.
Twoja książka ma tytuł „Władza, Pieniądze, Nauka”. Pieniądze są oczywiste. Chciwość jest stara jak świat. A gdzie w tych historiach pojawia się władza?
Władza bardzo często pojawia się tam, gdzie są duże pieniądze. Spójrzmy na Theranosa – firmę, która obiecywała urządzenie wykonujące dziesiątki, a nawet setki badań z jednej kropli krwi. W tej historii były miliardy dolarów, ale byli też ludzie władzy. Wśród inwestorów i osób wspierających firmę znajdowali się ludzie o ogromnych wpływach politycznych, m.in. Henry Kissinger.. A jednak dali się nabrać. Tak bardzo chcieli uwierzyć w opowieść Elizabeth Holmes, że uwierzyli. Tymczasem urządzenie, które miało spełniać te obietnice, nawet nie przypominało technologii zdolnej je zrealizować.
Władza pojawia się również tam, gdzie celem manipulacji nie jest bezpośredni zysk finansowy, lecz osiągnięcie celów politycznych. Dla mnie jednym z najtrudniejszych rozdziałów była eugenika. Zaczynała się od fragmentarycznej wiedzy o genetyce. Bardzo szybko okazało się, że zero-jedynkowe myślenie o dziedziczeniu cech – z pominięciem środowiska, stylu życia, edukacji czy warunków życia – nie ma podstaw naukowych. Mimo to eugenikę praktykowano przez dekady, ponieważ była wygodnym narzędziem politycznym i społecznym.
Kiedy słyszymy „eugenika”, myślimy przede wszystkim o nazistach. I słusznie, ale oni korzystali z rozwiązań wcześniej testowanych między innymi w Stanach Zjednoczonych. Co więcej, o nazistowskiej eugenice dzieci uczą się dziś w szkołach, podczas gdy jeszcze w latach 80. w niektórych stanach USA nadal funkcjonowały przepisy eugeniczne. Podobne praktyki istniały także w krajach nordyckich, zwykle kojarzonych z dobrobytem, demokracją i otwartością.
W książce opisuję również historie, w których władza wykorzystywała technologie – na przykład technologie jądrowe – do realizacji celów politycznych. Władza i pieniądze bardzo często idą obok siebie.
Mam wrażenie, że te problemy mają jeden wspólny mianownik. Paradoksalnie jest nim wiara w naukę albo raczej w to, co za naukę uważamy. Traktujemy dzisiejszą wiedzę jak ostateczną odpowiedź. Od eugeniki po Theranosa wszędzie pojawia się obietnica cudownego rozwiązania.
I koniecznie rozwiązania prostego. Nakładają się tu dwie rzeczy. Pierwsza jest taka, że szkoła nie uczy, jak naprawdę działa nauka. Dziecko nie wie, czym jest proces naukowy. Druga rzecz tkwi w nas samych. Nasze mózgi lubią proste wyjaśnienia. Jeśli na stole leży odpowiedź zniuansowana, skomplikowana i wielowątkowa oraz prosta, żeby nie powiedzieć prostacka, mózg chętniej wybierze tę drugą. Łatwiej ją zrozumieć. Dlatego kiedy ktoś obiecuje małe, wygodne urządzenie wykonujące natychmiast 100 albo 200 testów z jednej kropli krwi, bardzo chcemy w to uwierzyć. Nakłada się tu niezrozumienie procesu naukowego i nasza naturalna skłonność do upraszczania rzeczywistości.
Dlaczego warto sięgnąć po twoją książkę?
Pozwala zrozumieć mechanizmy stojące za historiami, o których wielu ludzi słyszało jedynie fragmentarycznie. Jeśli czytelnik zrozumie ich mechanizmy, mam nadzieję, że w przyszłości będzie mniej podatny na ich wykorzystywanie w innych obszarach. Bo większość tych historii opiera się na bardzo podobnych schematach.
Poniżej drukujemy fragment książki Tomasza Rożka „Władza, Pieniądze, Nauka. Jak chciwość, ideologia i szaleństwo wypaczyły badania naukowe”, wydanej nakładem wydawnictwa Nauka. To Lubię.

14 grudnia 1953 roku w luksusowym nowojorskim hotelu Plaza doszło do potajemnego spotkania szefów sześciu amerykańskich koncernów tytoniowych (tzw. Big Six) z Johnem W. Hillem, guru public relations. Big Tobacco, bo tak nazywano wspomniane firmy, miało poważny problem… parę tygodni wcześniej w niezwykle poczytnym amerykańskim czasopiśmie „Reader’s Digest” ukazał się artykuł dowodzący, że substancje zawarte w dymie papierosowym powodują raka. Według badań opublikowanych w tym artykule palenie było odpowiedzialne za sporą część przypadków raka płuc w Stanach Zjednoczonych (późniejsze z kolei badania wskazały, że za blisko 70 procent przypadków). Sprzedaż papierosów, po raz pierwszy od wielkiego kryzysu z lat międzywojnia, zaczęła spadać. Trzeba było szybko coś z tym zrobić. I zrobiono. Skutki tego spotkania i kolejnych okazały się – dla ówczesnych i przyszłych palaczy – tragiczne. W następnych dekadach miliony ludzi zmarły wskutek palenia papierosów. Na spotkaniu byli obecni prezesi lub wysocy przedstawiciele: American Tobacco Company, R.J. Reynolds Tobacco Company, Philip Morris, P. Lorillard Company, Brown & Williamson Tobacco Corporation oraz Liggett & Myers Tobacco Company. Te firmy w 1953 roku kontrolowały ponad 95 procent rynku papierosów w USA, wprowadzając na rynek prawie 500 mld sztuk papierosów rocznie. Zsumowany przychód firm z Big Six szacowano wtedy na 2–2,5 mld dolarów. Te historyczne przychody odpowiadałyby obecnie kwocie około 25–30 mld dolarów. To wielka suma pieniędzy. Ogromna. Nie ma wątpliwości, że niewielka grupa ludzi, która w zasadzie dzierżyła w rękach cały amerykański rynek tytoniowy, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że substancje smoliste w wyrobach tytoniowych dewastują zdrowie, a nikotyna uzależnia. Badania przeprowadzone przez instytucje badawcze w latach 30. i 40. XX wieku prowadziły do wniosków na temat szkodliwości palenia. Koncerny tytoniowe dobrze o tym wiedziały i ukrywały ten fakt przed opinią publiczną przez całe dekady, czując się zupełnie bezkarne. Pierwsze ciemne chmury zaczęły się nad nimi zbierać dopiero w latach 50., ale szefowie Big Tobacco w porę dostrzegli zagrożenie i postanowili mu przeciwdziałać. Jednym z pierwszych kroków było utworzenie grupy roboczej, która miała opracować odpowiedź na publikacje medialne dotyczące szkodliwości palenia. I zrobiono to wyjątkowo skutecznie.
Zatrudniono najlepszych PR-owców i potajemnie opracowano długofalową strategię, która miała zabezpieczyć niebotyczne zyski, jakie przynosiła sprzedaż papierosów. Postanowiono m.in. zacząć finansować sfingowane badania, które miały na celu podważanie lub zniekształcanie wyników badań łączących palenie z rakiem i innymi chorobami. Powołano nawet TIRC – Tobacco Industry Research Committee, czyli Komitet Badawczy Przemysłu Tytoniowego, którego celem miała być obrona przed dowodami naukowymi na szkodliwość palenia. Obrona przed dowodami – samo w sobie brzmi to kuriozalnie, ale okazało się niezwykle skuteczne. W latach 60. z kolei przemysł tytoniowy zainwestował około 50 mln dolarów (dzisiaj to byłoby około pół miliarda!) w takie badania. Wszystko po to, by stworzyć wrażenie, że wnioski o szkodliwości produktów tytoniowych są kontrowersyjne – bo niby istnieje też inny punkt widzenia, czyli podejście innych naukowców. Chodziło o stworzenie naukowego sporu i utrzymanie wątpliwości co do bezpośredniego związku między paleniem a groźnymi chorobami.
Sporu pozornego, bo w tamtym czasie o żadnym sporze rzeczywistym nie było już mowy: ogrom naukowych dowodów wskazywał bardziej niż wyraźnie na wspomniany związek. Dym papierosowy zawiera ponad 7 tys. substancji chemicznych, w tym co najmniej 70 rakotwórczych, takich jak benzo[a]piren, arsen, benzen czy kadm, które kumulują się w organizmie i powodują nieodwracalne uszkodzenia. Palenie tytoniu przede wszystkim dewastuje układ oddechowy, prowadząc do przewlekłej obturacyjnej choroby płuc, rozedmy płuc, przewlekłego zapalenia oskrzeli oraz astmy oskrzelowej. Jest odpowiedzialne za aż 90 procent przypadków raka płuc, a także nowotwory krtani, tchawicy, gardła, jamy ustnej, języka czy jamy nosowej. Nie mniej groźne są jego skutki dla układu krążenia – palenie zwiększa ryzyko choroby niedokrwiennej serca, zawału mięśnia sercowego, nadciśnienia tętniczego oraz tętniaka aorty. Nikotyna i tlenek węgla uszkadzają śródbłonek naczyń krwionośnych, przyspieszając rozwój miażdżycy i podnosząc ciśnienie krwi, co prowadzi do udarów mózgu i innych zdarzeń sercowo-naczyniowych. Palacze są nawet dwukrotnie bardziej narażeni na te problemy niż osoby niepalące. A to wciąż nie wszystko. Palenie tytoniu wywołuje również liczne nowotwory poza układem oddechowym, w tym raka przełyku, żołądka, trzustki, nerki, pęcherza moczowego, jelita grubego, odbytnicy, jajnika, trzonu macicy oraz białaczkę szpikową. Średnio 35 procent wszystkich zgonów z powodu nowotworów można przypisać temu nałogowi.
U mężczyzn palenie powoduje impotencję, obniżoną płodność i zaburzenia jakości nasienia, a u kobiet zwiększa ryzyko poronień, przedwczesnych porodów i komplikacji ciążowych. Nałóg przyspiesza też starzenie się skóry, powodując wcześniejsze zmarszczki, opóźnione gojenie się ran i zaostrzenie się schorzeń dermatologicznych. To wszystko przed 60–70 laty już wiedziano. I? I nic. Jedna z PR-owych zagrywek polegała bowiem na budowaniu wizerunku papierosów jako produktu bezpiecznego czy wręcz korzystnego dla naszego samopoczucia. W tym czasie wiele reklam ukazywało palenie jako sposób na redukcję stresu i poprawę relacji społecznych. To wtedy wymyślono m.in. kampanie, w których palenie miało być kojarzone z prestiżem, wolnością oraz relaksem. W ramach strategii medialnej zaplanowano również wykorzystanie celebrytów i sponsorowanie wydarzeń kulturalnych oraz sportowych. Wszystko po to, by wzmacniać pozytywny obraz papierosów. Przez dekady przemysł tytoniowy sponsorował m.in. Formułę 1 oraz inne sporty samochodowe i motocyklowe. Marki takie jak Marlboro czy Camel były silnie związane z wyścigami motoryzacyjnymi. Dlaczego akurat z nimi? Bo palenie miało się kojarzyć z romantycznym sportowym ryzykiem czy brawurowym stylem życia. W 1984 roku Marlboro zainwestowało około 30 mln dolarów w sponsoring Formuły 1.
W podobny sposób wykorzystano popkulturę – już od lat 40. XX wieku najwięksi twardziele kina i najbardziej pożądane aktorki regularnie paliły w filmach. W latach 70. i 80. reklamy papierosów były obecne w większości filmów emitowanych w amerykańskich kinach. To nie był żadną miarą przypadek. W ten sposób Big Tabacco wychowywało kolejne pokolenie klientów. A koordynacją tego rodzaju działań zajmowały się m.in. takie instytucje jak wspomniany już TIRC. Powoływano je do życia jako rzekomo niezależne od przemysłu. W ich ramach jedni koordynowali lobbing, inni starali się budować pozytywne skojarzenia z paleniem, jeszcze inni zajęli się finansowaniem badań naukowych, które kwestionowały związek pomiędzy papierosami a chorobami. Opłacani eksperci występowali w mediach, na konferencjach naukowych i podczas debat publicznych, gdzie wygłaszali opinie sprzyjające interesom Big Tobacco. Na przykład w jednym z badań finansowanych przez lobby tytoniowe stwierdzono, że palenie nie wpływałoby na zdrowie, o ile ludzie nie robiliby tego w nadmiarze. Dzisiaj, gdy po latach analizuje się dokumenty i powiązania, łatwo w gąszczu organizacji wspierających przemysł tytoniowy się pogubić. Fundacje, stowarzyszenia, instytucje… zmieniały nazwy, łączyły się, dzieliły. Ale w tym szaleństwie była metoda. Chodziło (wciąż chodzi) o mylenie tropów i zaciemnianie obrazu.
Weźmy jeden z wielu przykładów. TIRC znika ze sceny w 1964 roku i przekształca się w Council for Tobacco Research (CTR). Poza nazwą niewiele się zmienia, CTR dalej funkcjonuje jako organizacja pozornie badawcza, mająca na celu finansowanie badań nad paleniem i zdrowiem (a w rzeczywistości służąca głównie celom PR-owym i podważaniu dowodów na szkodliwość tytoniu). Ta zmiana została jednak wykorzystana, by od pierwotnego TIRC oddzielić działania z zakresu public relations i przesunąć je do jeszcze innej organizacji. CTR aktywnie działał przez ponad trzy dekady aż do rozwiązania w 1998 roku. W sumie przemysł tytoniowy finansował pseudonaukowe publikacje i badania przez prawie 50 lat! Poszczególne operacje dezinformacyjne były planowane jak najbardziej precyzyjne tajne działania CIA. Miały one nawet kryptonimy, ujawnione w odtajnionych dokumentach amerykańskich firm tytoniowych (np. Whitecoat, Operation Berkshire, Project Down Under, Trojan Horse, Sound Science). Chyba najbardziej znany jest Project Sunrise, w ramach którego modyfikowano przekaz medialny dotyczący szkodliwości palenia. Wszystkie te operacje miały jeden cel: utrzymanie wątpliwości w społeczeństwie i zachęcenie do dalszego palenia, zwłaszcza młodych ludzi.
Dlatego jeżeli ktoś zaczął się zaciągać papierosowym dymem w drugiej połowie XX wieku, to niekoniecznie był to jego wyłącznie świadomy czy przypadkowy wybór. Potencjalni palacze i uzależnieni od nikotyny konsumenci byli praktycznie bezbronni w konfrontacji z machiną marketingową Big Tobacco. Przemysł tytoniowy celował głównie w młode pokolenie, czyli dzieci i młodzież, by wychować sobie miliony uzależnionych na całe życie konsumentów. Targetowanie kampanii na osoby dorastające ma głębokie uzasadnienie fizjologiczne. Dzieci, nastolatki i młodzi dorośli do około 25. roku życia znacznie łatwiej i szybciej uzależniają się od nikotyny niż dojrzalsze osoby dorosłe.
Polecane:
-
Artykuł
Multitasking sprzyja cyberoszustwom. Sprawdź, jak się ochronić Przejdź do publikacji: Multitasking sprzyja cyberoszustwom. Sprawdź, jak się ochronić
-
Czy lęk klimatyczny to forma syndromu stresu przedurazowego? Psycholog wyjaśnia Przejdź do publikacji: Czy lęk klimatyczny to forma syndromu stresu przedurazowego? Psycholog wyjaśnia
-
Jak sztuczna inteligencja wzmacnia miękką propagandę Przejdź do publikacji: Jak sztuczna inteligencja wzmacnia miękką propagandę
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Czy konserwanty w kosmetykach naprawdę są złe?
Czy konserwanty w kosmetykach naprawdę są złe? Przejdź do publikacji: Czy konserwanty w kosmetykach naprawdę są złe?
Przejdź do publikacji: Granice eksperymentu. Etyka badań przedklinicznych
Granice eksperymentu. Etyka badań przedklinicznych Przejdź do publikacji: Granice eksperymentu. Etyka badań przedklinicznych
Przejdź do publikacji: Biologia długowieczności. Ile życia zapisane jest w genach