Płonący amerykański lotniskowiec USS Lexington (CV-2) podczas bitwy na Morzu Koralowym 8 maja 1942 roku. Okręt został opuszczony przez załogę po trafieniach japońskich samolotów i wkrótce potem zatonął.

To nie jest tylko opowieść o jednej bitwie. To historia ludzi podejmujących decyzje w warunkach niepewności, źle odczytujących intencje przeciwnika i próbujących działać pod presją czasu. O tym, czego wojna na Pacyfiku może nauczyć nas o współczesnym świecie, rozmawiamy z Michałem A. Piegzikiem, autorem książki „Bitwa na Morzu Koralowym. Japońska ofensywa i pierwsza w dziejach bitwa lotniskowców”

Academia: Minęło 80 lat i Amerykanie znów patrzą przez ocean na rosnące azjatyckie mocarstwo,  trwa wyścig zbrojeń,  mówi się o ryzyku wojny. Historia rzeczywiście się powtarza?

Michał A. Piegzik: Powtarza się może nie historia, ale pewne mechanizmy. Oczywiście nie można stawiać prostego znaku równości między Japonią lat 40. a współczesnymi Chinami, bo to zupełnie inne państwa, społeczeństwa i realia geopolityczne, ale niektóre procesy wyglądają zaskakująco znajomo.

W przypadku Japonii ogromne znaczenie miało poczucie osaczenia. Japończycy doskonale rozumieli własne ograniczenia. Wiedzieli, że gospodarczo nie są w stanie rywalizować ze Stanami Zjednoczonymi, a z każdym rokiem ich sytuacja będzie się pogarszać. Kolejne sankcje, ograniczenia dostępu do surowców czy embargo na ropę odbierali nie jako zachętę do zmiany polityki, lecz jako sygnał, że czasu zostało niewiele.

To bardzo ważna lekcja historyczna. Często zakładamy, że presja gospodarcza automatycznie zmusi przeciwnika do ustępstw. Tymczasem może wydarzyć się coś odwrotnego. Jeśli przywódcy uznają, że za kilka lat będą w jeszcze gorszej sytuacji, mogą dojść do wniosku, że trzeba działać natychmiast. Japończycy mieli poczucie, że stoją przed wyborem: wojna albo powolne uduszenie gospodarcze. Nie usprawiedliwia to ich decyzji, ale pomaga zrozumieć ich sposób myślenia.

Czyli sankcje nie zawsze działają tak, jak wyobrażają sobie nakładający je.

Historia pokazuje, że czasami mogą wręcz przyspieszać decyzję o rozpoczęciu konfliktu. To nie dotyczy wyłącznie Japonii. Podobne mechanizmy można dostrzec także w innych konfliktach. Dlatego warto zastanawiać się nie tylko nad tym, jakie skutki sankcje mają wywołać, ale również jak są postrzegane przez tych, wobec których są stosowane.

Podczas niedawnego spotkania w Pekinie Xi Jinping miał przypominać Donaldowi Trumpowi pojęcie tzw. pułapki Tukidydesa, czyli konfliktu między starym mocarstwem a rosnącą potęgą. Wojna na Pacyfiku wydaje się takim przypadkiem.

Przez długi czas Amerykanie nie traktowali Japonii jako najważniejszego przeciwnika. Gdy zajęła Mandżurię, reakcja Stanów Zjednoczonych była ograniczona. Podobnie podczas wojny w Chinach. W Tokio można było odnieść wrażenie, że Waszyngton nie zamierza angażować się w sprawy Azji w sposób zdecydowany. Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero wraz z rozwojem wojny w Europie. Amerykanie coraz bardziej obawiali się, że sukcesy państw Osi w jednej części świata wpłyną na sytuację w innych regionach. W efekcie latem 1941 r. nastąpił wyraźny zwrot w polityce wobec Japonii.

To jest najciekawsze. Z perspektywy Waszyngtonu była to próba powstrzymania dalszej ekspansji Japonii. Z perspektywy Tokio wyglądało to jak sygnał, że czas działa przeciwko nim. Japońscy przywódcy wiedzieli, że potencjał Stanów Zjednoczonych jest znacznie większy od ich własnego. Im dłużej czekali, tym mniej mieli szans na realizację swoich celów.

Dlatego wojna na Pacyfiku jest interesującym przykładem pułapki Tukidydesa, ale nie dlatego, że konflikt był nieuchronny. Raczej dlatego, że obie strony coraz częściej interpretowały działania przeciwnika jako zagrożenie. Każda próba poprawienia własnej sytuacji pogarszała sytuację drugiej strony. W takich warunkach bardzo łatwo wejść w spiralę nieufności, z której trudno się później wydostać.

Czy historia opowiadana z perspektywy japońskich dowódców wygląda inaczej niż ta, którą znamy z zachodnich podręczników?

Bardzo często. Przez lata w zachodniej historiografii funkcjonował dość uproszczony obraz Japończyków. Często przedstawiano ich jako ludzi kierujących się wyłącznie honorem, ślepo posłusznych rozkazom i gotowych umrzeć za cesarza bez chwili wahania. Tymczasem źródła pokazują obraz znacznie bardziej złożony. Widzimy ludzi, którzy martwią się o swoich podwładnych, przeżywają śmierć kolegów, popełniają błędy, czasem boją się odpowiedzialności, a czasem próbują ratować własną karierę.  

Za wielkimi decyzjami strategicznymi stoją konkretne osoby ze swoimi doświadczeniami, ambicjami, uprzedzeniami i ograniczeniami. Dlatego zależało mi na pokazaniu ich nie tylko jako dowódców, ale również jako ludzi. Nie chodzi o relatywizowanie odpowiedzialności czy zmianę oceny wydarzeń. Chodzi o zrozumienie motywacji ludzi, którzy podejmowali decyzje.

Skoro mówimy o decyzjach, przejdźmy do samej bitwy. Dlaczego Morze Koralowe było tak ważne?

Przede wszystkim dlatego, że była to pierwsza w historii bitwa lotniskowców. Dzisiaj brzmi to może zwyczajnie, ale w 1942 r. było czymś zupełnie nowym. Nikt wcześniej nie stoczył takiego starcia. Co więcej, okręty przeciwników praktycznie się nie zobaczyły. O wyniku decydowały samoloty startujące z pokładów oddalonych od siebie o setki kilometrów. Dla współczesnych był to prawdziwy przełom.

Morze Koralowe było też ważne, bo przygotowało grunt pod Midway. Bez zrozumienia tej bitwy trudno zrozumieć wydarzenia z czerwca 1942 r. i późniejszy przebieg wojny na Pacyfiku.

Historia wojskowości to historia błędów. Jakie błędy obu stron popełnione podczas tej bitwy są najważniejsze dla nas dzisiaj?

Kiedy patrzymy na wielkie zwycięstwa, zwykle skupiamy się na genialnych decyzjach. Tymczasem bardzo wiele wydarzeń wynika z błędów, nieporozumień, złej komunikacji albo zwykłego przypadku. Morze Koralowe jest pod tym względem fascynujące.

Amerykanie często przeceniali skuteczność własnego wywiadu. Rzeczywiście potrafili odczytywać część japońskich depesz, ale nie oznaczało to pełnej wiedzy o planach przeciwnika. Dysponowali  fragmentarycznym obrazem sytuacji. Mieli też sporo szczęścia. Gdyby pewne elementy japońskiego planu zostały zrealizowane dokładnie tak, jak zakładano, przebieg wydarzeń mógłby wyglądać zupełnie inaczej.

Po stronie japońskiej bardzo wyraźnie widać natomiast napięcie między dowódcami znajdującymi się na miejscu a sztabami oddalonymi o setki kilometrów. Ludzie obserwujący sytuację bezpośrednio często rozumieli ją lepiej. Przełożeni naciskali jednak na realizację wcześniej przyjętych założeń. To zjawisko nie zniknęło do dziś. Wiele organizacji funkcjonuje dokładnie w ten sam sposób.

W zachodniej kulturze funkcjonuje obraz Japonii gotowej walczyć do ostatniego żołnierza. Pan twierdzi, że to w znacznym stopniu mit.

Już na początku 1945 r. japońskie elity wiedziały, że wojna jest przegrana. Problem były warunki kapitulacji. Japończycy rozumieli, że utracą imperium kolonialne. Rozumieli, że będą musieli zaakceptować okupację. Bardzo zależało im jednak na zachowaniu systemu cesarskiego. To właśnie wokół tego toczyła się najważniejsza dyskusja.

Nie pytano już, czy Japonia wygra. Pytano raczej, jak zakończyć wojnę w sposób, który pozwoli zachować przynajmniej część dotychczasowego porządku politycznego. I znowu mamy przykład sytuacji, w której spojrzenie wyłącznie przez pryzmat zachodniej narracji prowadzi do uproszczeń.

Dlaczego czytelnik powinien dziś sięgnąć po historię bitwy stoczonej 80 lat temu na drugim końcu świata?

Bo to opowieść o tym, jak łatwo błędnie interpretować intencje przeciwnika. O tym, jak niebezpieczne bywa patrzenie na świat wyłącznie przez własne doświadczenia i własne stereotypy. Im więcej wiemy o tym, jak myśleli ludzie po drugiej stronie, tym łatwiej uniknąć podobnych błędów dzisiaj. A wojna na Pacyfiku jest pod tym względem niezwykle ciekawym laboratorium historii. Pokazuje, że konflikty nie wybuchają wyłącznie dlatego, że ktoś ich chce. Często rodzą się z błędnych kalkulacji, wzajemnej nieufności i przekonania, że czasu zostało coraz mniej. To lekcja, która osiemdziesiąt lat później pozostaje zaskakująco aktualna.

Poniżej przedrukowujemy fragment książki:

Trudno wskazać moment, w którym Nippon Kaigun zdała sobie sprawę z tego, że na Morzu Koralowym dojdzie do wielkiej bitwy lotniskowców, która zasadniczo wpłynie na przebieg wojny na Pacyfiku. Starcie dwóch zespołów lotniskowców na początku maja 1942 roku, pierwsze w dziejach konfliktów zbrojnych (co warto podkreślić), było niewątpliwie skutkiem japońskiego planu zajęcia Port Moresby, ważnego portu na południowo-zachodnim wybrzeżu Nowej Gwinei, będącej wówczas częścią australijskiego Mandatu Pacyfiku. Ale dlaczego japońscy wojskowi planiści uznali, że muszą kontrolować akurat tak odległe miejsce? Odpowiedź wydaje się prosta: aby osiągnąć dominację w powietrzu na południowym Pacyfiku i przeciąć kluczowe linie zaopatrzeniowe między Australią a Stanami Zjednoczonymi, śmiertelnymi wrogami w japońskim planie wojny.

Pod koniec lata 1941 roku, gdy wybuch wojny między Japonią a aliantami w Azji Wschodniej nie wydawał się jeszcze politycznie przesądzoną kwestią, Nippon Kaigun opracowała szczegółową strategię pokonania silniejszego przeciwnika. Szanse Japonii na ostateczny sukces były niewielkie, ale uważano, że kompleksowy i błyskotliwy plan wojenny w połączeniu z niezachwianą determinacją może dać wymierny rezultat, zwłaszcza w starciu ze zgnuśniałymi społeczeństwami Zachodu. Zaskoczenie amerykańskiej Floty Pacyfiku w Pearl Harbor i ograniczenie jej potencjału bojowego na kolejne miesiące było niezbędnym, lecz jedynie wstępnym krokiem. Właściwa rozgrywka o dominację rozpoczęła się dopiero wraz z Nampō Sakusen, Operacją Południową, która miała pozwolić Japończykom opanować rozległy obszar Azji Południowo-Wschodniej w celu pozyskania strategicznych surowców naturalnych dla własnej gospodarki. Tokio otwarcie oświadczyło, że „Azja dla Azjatów”, kontrolowana i broniona przez Japończyków, musi być gotowa w nadchodzących miesiącach wojny na odparcie spodziewanego kontrataku aliantów, głównie Amerykanów, ze wszystkich możliwych kierunków. W taki oto sposób narodziła się idea obwodu obronnego. Jeśli Nippon Kaigun rozszerzyłaby kontrolowany przez siebie obszar daleko na północny, środkowy i południowy Pacyfik, każda próba odbicia tych terenów przez US Navy powinna się zakończyć bolesną amerykańską porażką w kantai kessen, decydującej bitwie morskiej, i następujących po niej działaniach. Kolosalne straty Amerykanów na morzu miały ich przekonać do przystania na japońskie warunki pokojowe.

Mimo pewnych krytycznych opinii plan ten na pierwszy rzut oka wydawał się racjonalny. Musiał jednak zostać skrupulatnie dopracowany, zwłaszcza w kontekście przyszłych rubieży kontrolowanego przez Japonię obszaru. Ustalenie granic obwodu obronnego na zbyt wysuniętych pozycjach mogło nadwerężyć i tak już wątłe możliwości logistyczne Nippon Kaigun, a umieszczenie baz frontowych zbyt blisko kluczowych obszarów gospodarczych, takich jak Holenderskie Indie Wschodnie, stanowiłoby zagrożenie dla japońskiej machiny wojennej, która była uzależniona od surowców wydobywanych w podbitej kolonii. Rengō Kantai, lepiej znana jako Połączona Flota, rozważała również zabezpieczenie obszarów, które miały kluczowe znaczenie dla strategii na południowym Pacyfiku. We wrześniu i w październiku 1941 roku jej dowództwo zorganizowało serię gier wojennych na pokładzie pancernika „Nagato”, aby przeanalizować możliwe scenariusze rozwoju przyszłego konfliktu. Wśród jej uczestników, którzy są też głównymi bohaterami tej książki, znaleźli się oficerowie 4. Floty, nazywanej Nan’yō Butai, czyli Siłami Mórz Południowych. Czwarta Flota, od października 1940 roku podlegająca bezpośrednio Połączonej Flocie, miała dowództwo w Truk i odpowiadała za osłonę Karolinów, Wysp Marshalla i Palau, które stanowiły „miękkie podbrzusze” wysp macierzystych.

Choć wyznaczono jej ogromny obszar operacyjny, nie szło to w parze z przydzieleniem odpowiednich sił, dlatego 4. Flota od zawsze zmagała się z problemem zapewnienia sobie dostatecznej liczby okrętów i samolotów, aby kompleksowo wykonywać zadania, nawet rutynowe. Co gorsza, w pierwszej połowie 1941 roku pojawiły się pogłoski, że Nan’yō Butai zostaną zredukowane. Choć groźba ta ostatecznie się nie ziściła, walka o zatrzymanie okrętów wojennych, samolotów i personelu była immanentną częścią jej istnienia. Mogłoby się wydawać, że niepewna pozycja 4. Floty, zwłaszcza w obliczu jej ważnych zadań defensywnych, była spowodowana czymś więcej niż jedynie ograniczonymi zasobami, na przykład negatywnym stosunkiem kierownictwa Nippon Kaigun do osoby stojącej na jej czele. Było to jednak dalekie od prawdy. Od sierpnia 1941 roku funkcję dowódcy 4. Floty sprawował wiceadm. Shigeyoshi Inoue, bliski współpracownik adm. Yamamoto i jeden z jego najbardziej zaufanych ludzi. Wraz z adm. Mitsumasą Yonai, byłym premierem i ministrem marynarki wojennej, tworzyli oni w Nippon Kaigun saha no torio, „lewicowe trio”, które stanowczo sprzeciwiało się paktowi trzech i chciało uniknąć konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi. Przekorny los sprawił, że Yamamoto był głównym twórcą strategii wojennej marynarki, Inoue jednym z admirałów na kluczowym odcinku frontu, a Yonai członkiem gabinetu opowiadającym się za bezwarunkową kapitulacją w 1945 roku, pod którą zresztą złożył podpis.

Inoue urodził się w 1889 roku w Sendai, stolicy prefektury Miyagi, jako jedenasty syn właściciela winnicy. Jego ojciec pochodził z rodu samurajskiego należącego do klanu Sendai i dzięki temu w skomplikowanej hierarchii społecznej feudalnej Japonii był traktowany jako posiadacz ziemski. Jednak rewolucja Meiji, której przodkowie Inoue próbowali się przeciwstawić jako lojalni wasale rodu Tokugawa, zasadniczo przemodelowała japońskie społeczeństwo. Legendarni wojownicy zostali zmuszeni do zmiany swojego etosu i stawali się przedsiębiorcami, politykami, urzędnikami państwowymi lub wstępowali do zreformowanych sił zbrojnych. W czasach szkolnych Inoue wykazywał się wyjątkowym potencjałem intelektualnym, wiodąc prym zwłaszcza w matematyce i języku angielskim. Choć szybko się okazało, że jego przeznaczeniem jest kariera wojskowa. W 1911 roku ukończył renomowaną Akademię Marynarki Wojennej, zajmując drugie miejsce w roczniku i ustępując jedynie Manichirō Kobayashiemu, który zmarł w wieku trzydziestu kilku lat. Oznaczało to, że Inoue zawsze był traktowany jako primus inter pares. Podobnie jak inni oficerowie, mozolnie piął się po szczeblach kariery wojskowej, ale wydarzeniem, które odcisnęło piętno na jego życiu i stylu dowodzenia, było wstąpienie w 1912 roku do Kaigun Hōjutsu Gakkō, Szkoły Artyleryjskiej, gdzie jego nauczycielem został kpt. mar. Isoroku Yamamoto, o sześć lat od niego starszy sempai. W drugim semestrze Inoue zapisał się również do Kaigun Suirai Gakkō, Szkoły Torpedowej. Obie specjalizacje były nierozerwalnie związane z nowoczesną taktyką wojny morskiej i miały silny wpływ na doskonałą reputację Nippon Kaigun w tamtym czasie. Kiedy wybuchła Wielka Wojna, Inoue przez miesiąc wykonywał różne zadania patrolowe na Morzu Wschodniochińskim, lecz nie brał udziału w czynnej walce. Co ważniejsze, w 1917 roku ukończył Kaigun Daigakkō, Wyższą Szkołę Marynarki Wojennej. Kolejne 20 lat jego kariery wojskowej było wypełnione różnymi zadaniami w kraju i za granicą, dzięki którym w listopadzie 1939 roku, pełniąc funkcję szefa sztabu Floty Chińskiej, został awansowany na stopień wiceadmirała.

Wewnętrzna dyskusja między armią i marynarką znalazła odzwierciedlenie w rozkazie Sztabu Głównego Marynarki nr 47 wydanym 29 stycznia 1942 roku. Dowódca Połączonej Floty otrzymał wówczas polecenie przygotowania i przeprowadzenia operacji skierowanej przeciwko „brytyjskiej części Nowej Gwinei i Wyspom Salomona”. Zgodnie z porozumieniem między armią a marynarką adm. Yamamoto miał opanować najważniejsze pozycje we wschodniej części Nowej Gwinei i na Wyspach Salomona, aby odizolować Gōshū hondo, tj. kontynent australijski, i uzyskać dominację na akwenie przylegającym do północnego wybrzeża Australii. Aktywnie współpracując z armią, marynarka miała najpierw jak najszybciej zająć Lae i Salamauę, a następnie szukać okazji do samodzielnego przejęcia kontroli nad Tulagi w celu ustanowienia tam bazy wodnosamolotów.

Po zabezpieczeniu Lae i Salamaui armia i marynarka wojenna miały przejąć Port Moresby. Jednostki wyznaczone do przeprowadzenia tej operacji wchodziły w skład 4. Floty i Nankai Shitai, czyli armijnego Oddziału Mórz Południowych. Po opanowaniu wymienionych baz marynarka odpowiadałaby za utrzymanie garnizonów w Lae, Salamaui i Tulagi, a armia za garnizon w Port Moresby. 30 stycznia Połączona Flota potwierdziła otrzymanie rozkazu nr 47 Sztabu Głównego Marynarki i poleciła 4. Flocie jego bezpośrednie wykonanie.

Planiści armii i marynarki wojennej uzgodnili, że oprócz przejęcia kontroli nad Tulagi i Port Moresby, do izolacji Australii musi dojść przez zajęcie głównych baz wroga na południowym Pacyfiku, w tym Nowej Kaledonii, Fidżi i Samoa. Wobec tego dodano je do celów drugiej fazy, aczkolwiek w tamtym czasie omówiono jedynie ogólną koncepcję ich opanowania.

Istotną częścią japońskich planów dotyczących południowego Pacyfiku była sprawna współpraca między 4. Flotą a Oddziałem Mórz Południowych, który był związkiem taktycznym wielkości brygady, utworzonym przez Nippon Rikugun 4 października 1941 roku. Powstał przez wydzielenie części oddziałów z 55. Dywizji Piechoty, a jego dowódcą był gen. mjr Tomitarō Horii. Początkowo składał się ze 144. Pułku Piechoty, 1. Batalionu 55. Pułku Artylerii Górskiej, 3. szwadronu 55. Pułku Kawalerii, 3. kompanii 55. Pułku Inżynieryjnego, 2. kompanii 55. Pułku Transportowego oraz innych pomocniczych oddziałów. Jego liczebność się zmieniała, ale przeważnie wynosiła około 5000 żołnierzy, 1000 koni i 100 pojazdów mechanicznych. Oddział Mórz Południowych formalnie podlegał Sztabowi Głównemu Armii z dowództwem w Tokio, ale operacyjnie był powiązany z 4. Flotą. Horii otrzymał rozkaz zajęcia Guamu i Rabaulu w pierwszych tygodniach wojny na Pacyfiku. Po wykonaniu tych zadań pod koniec stycznia jego kolejnymi celami były Lae, Salamaua i Port Moresby.

Pierwsza ofensywa wymierzona w aliantów we wschodniej części Nowej Gwinei otrzymała kryptonim „SR”. Realizacja Operacji „SR” opierała się na odrębnym porozumieniu podpisanym przez marynarkę i armię 16 lutego. Trzy dni później Kidō Butai złożony z czterech lotniskowców floty przeprowadził zmasowany rajd na Darwin, wyrządzając znaczne szkody w miejscowej bazie. Zadowolona z wyników tego ataku 4. Flota wydała szczegółowe rozkazy dotyczące Operacji „SR” już 20 lutego. Jednak niespodziewane wykrycie „Lexingtona” w pobliżu Bougainville i nieudany atak bombowców bazowych na ten amerykański lotniskowiec zmusiły Japończyków do przesunięcia planów. 25 lutego, kiedy zagrożenie rajdem wrogich lotniskowców znacznie zmalało, 4. Flota wydała rozkaz operacyjny nr 109, który nakazywał powrót do przygotowań do inwazji na Lae i Salamauę. Nippon Kaigun mimo to pozostała ostrożna w związku z możliwym uderzeniem lotnictwa pokładowego US Navy i przeprowadziła dodatkowe manewry w dniach 26–28 lutego, zanim siły eskortowe wyruszyły z Truk i udały się w kierunku Rabaulu.

27 lutego Sztab Główny Marynarki wydał rozkaz operacyjny nr 59, w którym uzupełniono cele 4. Floty o konieczność przejęcia kontroli nad wyspami Nauru i Ocean w nadchodzących miesiącach. Operacja ta otrzymała kryptonim „RY” i miała zostać przeprowadzona natychmiast po zabezpieczeniu Port Moresby.

8 marca Oddział Mórz Południowych, transportowany i osłaniany przez część 4. Floty, pomyślnie wylądował w Lae i Salamaui. Pod koniec następnego dnia ogłoszono zakończenie Operacji „SR” po oczyszczeniu okolicznych wiosek. Jednostki inżynieryjne i konstrukcyjne natychmiast przystąpiły do budowy nowych lotnisk, aby przejść do kolejnych etapów kampanii na południowym Pacyfiku. Poza niewielkimi komplikacjami japoński plan na tym etapie był realizowany zgodnie z harmonogramem. Kiedy 8 marca siły holenderskie poddały się na Jawie, pierwsza faza wojny dobiegała końca. Na podstawie wcześniejszych ustaleń inwazje na Tulagi i Port Moresby, będące już elementem drugiej fazy, miały zostać wykonane do 10 kwietnia.

Jednak jeszcze zanim Japończycy wylądowali na Nowej Gwinei, alianci przejrzeli ich zamiary. Na początku marca Amerykanie poznali plany wroga, a australijscy politycy i wojskowi uznali inwazje na Lae i Salamauę za nieuniknione, zwłaszcza po ataku Kidō Butai na Darwin w lutym. W japońskich desantach dostrzegano długoterminową, odważną strategię, która miała zagrozić północnemu wybrzeżu Australii. Canberra przewidywała wówczas, że Port Moresby może zostać utracony pod koniec marca, a Darwin spotka ten sam los na początku kwietnia. Amerykanie, opierając się na raportach wywiadowczych, dodali i Townsville do listy potencjalnych celów. Aby spowolnić zwycięski marsz wroga na południe, 10 marca lotniskowce „Lexington” i „Yorktown” zaatakowały dopiero co przejęte przez Japończyków bazy w Lae i Salamaui. Ten nieoczekiwany rajd okazał się potężnym ciosem dla 4. Floty, która straciła 4 transportowce, a 9 innych jednostek zostało uszkodzonych w różnym stopniu. Japońskie raporty nie są zgodne co do szczegółów, ale jest bardzo prawdopodobne, że w nalocie zginęło 130 osób, a 245 zostało rannych.

Mimo zorganizowanych naprędce odwetowych nalotów na Port Moresby 4. Flota straciła znaczną część transportowców i barek desantowych niezbędnych do kolejnego lądowania. Sztab Główny Marynarki, świadomy tego problemu, został zmuszony do przesunięcia rozpoczęcia drugiej fazy wojny aż o miesiąc. W międzyczasie 4. Flota miała się zakotwiczyć w Rabaulu przez utworzenie pomocniczych baz w okolicy. Rozważano kilka miejsc i ostatecznie zdecydowano się na budowę dodatkowych lotnisk na Bougainville, Nowej Irlandii i na drugim krańcu Nowej Brytanii. Warto dodać, że na wyspie Buka i w miejscowości Kieta na Bougainville Australijczycy mieli już prowizoryczne pasy startowe i wystarczyło je przejąć. Wyspa Shortland także wydawała się idealnym miejscem na nową bazę wodnosamolotów ze względu na dogodne położenie. Japończycy ocenili, że po zajęciu wyżej wskazanych punktów łatwiej będzie im przejąć Tulagi.

Inną konsekwencją amerykańskiego rajdu lotniskowców na Lae i Salamauę było podważenie skuteczności jednostek osłony i wsparcia lotniczego z Rabaulu, ponieważ 10 marca wróg stracił tylko jeden samolot. Horii zaczął wątpić, czy krążowniki i niszczyciele 4. Floty zdołają ochronić jego ludzi podczas długiej podróży do Port Moresby. Przekazał swoje obawy w telegramie wysłanym 20 marca do Sztabu Głównego Armii:

„Na podstawie doświadczeń zdobytych podczas Operacji »SR« uważam, że naszym samolotom bazowym trudno było jednocześnie chronić przyczółki i konwój przed wrogimi siłami nawodnymi osłaniającymi lotniskowce”.

Następnie dodał:

„Mam nadzieję, że przed kolejną operacją desantową dowództwo rozważy wzmocnienie bazowych sił powietrznych i zaangażuje do niej lotniskowce. Uważam, że lotniskowiec »Shōhō«, będący już częścią 4. Floty, powinien wystarczyć”.

Jak widać, Horii otwarcie zaproponował rozwiązanie bolączki, jaką była słaba osłona lotnicza, lecz ostatecznie to Połączona Flota zdecydowała o przydzieleniu dodatkowych lotniskowców.

Przejdź do treści