Radioteleskop Parkesa (Parkes Observatory) w Nowej Południowej Walii, Australia.
Autor: CSIRO / Wikipedia – licencja CC BY-SA.

Dlaczego wciąż nie natrafiliśmy na Obcych? Astrofizyk Robin H. D. Corbet z University of Maryland i NASA Goddard twierdzi, że odpowiedź może być zaskakująco prosta: nuda i stagnacja. Galaktyka może być pełna cywilizacji, ale żadna z nich nie jest ani wszechpotężna, ani szczególnie zainteresowana kolonizacją kosmosu

„Istnieją dwie możliwości: albo jesteśmy sami we Wszechświecie, albo nie. Obie są równie przerażające” – to zdanie, przypisywane Arthurowi C. Clarke’owi, od lat streszcza to, co fizyk Enrico Fermi ujął jeszcze zwięźlej: gdzie oni są?

To krótkie pytanie, znane jako paradoks Fermiego, opisuje sprzeczność między wysokim prawdopodobieństwem istnienia inteligentnego życia a całkowitym brakiem jego śladów. Skoro w Drodze Mlecznej znajdują się setki miliardów gwiazd i miliony planet podobnych do Ziemi, powinniśmy już dawno zobaczyć coś – cokolwiek – co świadczy o istnieniu technologicznie rozwiniętych cywilizacji. A jednak od sześćdziesięciu lat słyszymy tylko ciszę.

Ta „Wielka Cisza”, jak nazwano ją w literaturze naukowej, jest szczególnie kłopotliwa, bo – jak zauważa Corbet z University of Maryland Baltimore County, NASA Goddard Space Flight Center i Maryland Institute College of Art – „galaktyki kolonizują się same w czasie astronomicznie krótkim”. Nawet przy umiarkowanie zaawansowanej technologii sonda międzygwiezdna mogłaby w ciągu kilku milionów lat dotrzeć do każdej gwiazdy w Drodze Mlecznej. Dlaczego więc nikt tego nie zrobił?

Od „galaktycznego zoo” po samounicestwienie

Przez dziesięciolecia powstało wiele prób rozwiązania tej zagadki – niektóre fascynujące, inne niepokojące.

Koncepcyjna ilustracja przedstawiająca różne typy technosygnatur – śladów technologii obcych cywilizacji: atmosferyczne (np. heksafluorek siarki), optyczne (impulsy laserowe) i radiowe (sztuczne sygnały wąskopasmowe). Pokazano też możliwe ślady sztucznego oświetlenia, paneli słonecznych i megastruktur orbitalnych.
Autorzy: Jacob Haqq-Misraa i in.,
Licencja: Elsevier / CC BY-NC-ND

Najbardziej znana jest hipoteza zoo: obce cywilizacje wiedzą o naszym istnieniu, ale celowo nas ignorują – tak jak badacze dzikich zwierząt nie ingerują w życie rezerwatu. Ian Crawford z University College London i Dirk Schulze-Makuch z Technical University Berlin opisali ten scenariusz w Nature Astronomy (2024) jako możliwy sposób na „ochronę cywilizacji rozwijających się zbyt wolno”.

Jeszcze mroczniejsza wizja zakłada, że cywilizacje po prostu same się unicestwiają – w wyniku wojen, katastrof klimatycznych lub rozwoju sztucznej inteligencji. Fizyk i kosmolog Frank Tipler uznał wręcz, że brak śladów kolonizacji to dowód, iż „inteligentne życie poza Ziemią nie istnieje”. Inni – jak John Smart – sugerowali, że obce istoty mogły transcendować, czyli przejść do form istnienia, których nie potrafimy już rozpoznać.

To wizje efektowne, ale – zdaniem Corbeta – niekoniecznie najbardziej prawdopodobne. W nowym artykule badacz proponuje coś znacznie mniej dramatycznego: że kosmos jest po prostu zwyczajny.

Zasada radykalnej zwyczajności

W pracy A Less Terrifying Universe? Mundanity as an Explanation for the Fermi Paradox Corbet przedstawia zasadę radykalnej zwyczajności (radical mundanity). Zakłada ona, że w Drodze Mlecznej istnieje umiarkowana liczba cywilizacji – być może kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy – ale żadna nie osiągnęła ani nie potrzebuje osiągać poziomu „supernauki”, pozwalającego na budowę megastruktur i podboje galaktyczne.

„Jeśli przyjmiemy kopernikańską zasadę przeciętności, Ziemia nie jest niczym wyjątkowym” – pisze Corbet. – „A jeśli my nie potrafimy budować sfer Dysona ani kolonizować sąsiednich układów, być może nikt nie potrafi.”

Zrzut ekranu programu SETI@home ; Źródło: Wikimedia Commons

Według badacza rozwój technologii może mieć naturalne granice. Tempo innowacji spada, a prawo Moore’a – mówiące o podwajaniu mocy obliczeniowej co dwa lata – przestało obowiązywać. Corbet przywołuje dane wskazujące, że „publikacje naukowe i patenty stają się coraz mniej przełomowe”. Być może więc każda cywilizacja osiąga etap, w którym dalszy postęp przestaje być możliwy – lub po prostu nie jest już potrzebny.

Bez megastruktur i wiecznych sygnałów

W takim „zwyczajnym” Wszechświecie nie powinniśmy spodziewać się ani potężnych radiowych latarni, ani błyszczących w podczerwieni sfer Dysona.

Utrzymywanie nadajnika przez miliony lat wymagałoby ogromnych ilości energii, a wysyłanie wiadomości w pustkę – cierpliwości, której żadna cywilizacja może nie mieć. Z kolei budowa megastruktur wokół gwiazd byłaby nie tylko technologicznie trudna, ale i pozbawiona sensu w społeczeństwach o stabilnej populacji i ograniczonym apetycie na ekspansję.

Zamiast tego – argumentuje Corbet – w Galaktyce mogą istnieć tysiące planet, z których dochodzą słabe, przypadkowe „wycieki radiowe”, podobne do naszych sygnałów telewizyjnych czy radarowych.

Nowe radioteleskopy, takie jak Square Kilometre Array (SKA), mogą być w stanie wykryć tego rodzaju emisje z odległości setek lat świetlnych. Byłby to kontakt w sensie naukowym, choć bez spektakularnych efektów – „wydarzenie momentalne, ale raczej rozczarowujące zwyczajne”.

Kosmiczne znużenie i granice ciekawości

Corbet wprowadza też pojęcie „kosmicznego znużenia” (ennui). Zakłada, że nawet jeśli cywilizacje wysyłają w kosmos sondy, to w pewnym momencie zwyczajnie przestaje im się to opłacać. Po zbadaniu kilkudziesięciu podobnych światów, wypełnionych mniej więcej tym samym życiem i technologią, entuzjazm słabnie.

Obserwatorium Astronomiczne UMK w Piwnicach. Źródło: Roman Feiler, Wikimedia Commons

Z perspektywy ewolucji kulturowej to zrozumiałe: zaspokojona ciekawość nie prowadzi już do ekspansji, lecz do stabilizacji.

W ten sposób powstaje „Wszechświat mniej przerażający” – bez imperialnych supercywilizacji, ale i bez totalnej pustki. Może nie jesteśmy sami, tylko nikt nie ma potrzeby się odzywać.

Cisza, która nie jest złowroga

Paradoks Fermiego często postrzegano jako powód do niepokoju: milczenie kosmosu mogło oznaczać, że wszystkie cywilizacje giną, zanim zdążą się skontaktować. W ujęciu Corbeta ta cisza staje się czymś normalnym – efektem równowagi między możliwościami a motywacją.

„Takie odkrycie byłoby momentem przełomowym, ale mogłoby nas też lekko rozczarować” – pisze badacz. – „Byłby to dowód, że życie jest częste, lecz nic nadzwyczajnego się z nim nie dzieje.”

Z tej perspektywy brak sygnałów nie jest już powodem do strachu, lecz potwierdzeniem, że Wszechświat działa zgodnie z zasadą przeciętności. Nie trzeba w nim szukać ani boskiej intencji, ani złowrogiego spisku. Może po prostu jesteśmy jednymi z wielu – wystarczająco podobnych, by nikt nie zawracał sobie nami głowy.

Źródło:
Robin H. D. Corbet, A Less Terrifying Universe? Mundanity as an Explanation for the Fermi Paradox, arXiv:2509.22878v1 (2025), Center for Space Sciences and Technology, University of Maryland Baltimore County; NASA Goddard Space Flight Center; Maryland Institute College of Art.

Przejdź do treści