Polski system KURIER ma przewozić ładunki dla wojsk specjalnych, latać niezależnie od GPS i działać w warunkach zakłóceń radioelektronicznych. W IPPT PAN powstaje nie tylko duży bezzałogowy śmigłowiec o maksymalnej masie startowej 600 kilogramów, ale cały autonomiczny system transportowy. O tym, dlaczego takie technologie trzeba rozwijać w kraju, jak zmieniło się podejście do rozwiązań podwójnego zastosowania i czy Polska nadal tylko goni świat, opowiada dr inż. Rami Faraj, kierownik projektu KURIER

Academia: Kiedy mówi się „dron”, większość osób wyobraża sobie niewielkie urządzenie. Wasz system jest zdecydowanie bardziej imponujący.

Rami Faraj: Maksymalna masa startowa wynosi 600 kg, a rozmiar platformy to prawie osiem metrów. To bezzałogowa platforma transportowa przeznaczona do zaopatrzenia logistycznego wojsk specjalnych. Ze względu na parametry techniczne, przede wszystkim bardzo duży udźwig w stosunku do masy własnej, jesteśmy w stanie realizować różnorodne zadania. Masa naszego bezzałogowca wynosi od 300 do 350 kg, więc pozostaje duży zapas na paliwo i ładunek użyteczny. Przy lekkim ładunku możemy wykonywać bardzo długie loty.

Platforma może działać także jako system obserwacyjny do zadań rozpoznawczych. W przypadku transportu jesteśmy w stanie przewozić duże ładunki na odległość powyżej 100 km i wrócić bezpiecznie do punktu startu.

Nasza platforma jest też odporna na środki walki radioelektronicznej. Potrafimy latać bez sygnału pozycjonowania satelitarnego. System wyposażony jest również w rozwiązania zwiększające autonomię lotu i zmniejszające wykrywalność.

W Polsce dużo mówi się o dronach, ale zwykle w kontekście pojedynczych maszyn. Wy budujecie raczej cały autonomiczny system.

W ramach projektu budujemy polskie know-how i kompetencje zespołów inżyniersko-naukowych. Nauczyliśmy się efektywnej współpracy. Mamy ludzi z bardzo różnych środowisk i w różnym wieku, ale mimo tego udaje się tę wiedzę integrować i uzyskiwać efekty, które osobno nie byłyby możliwe.

W Polsce jest bardzo dużo zdolnych ludzi zajmujących się technologiami dronowymi. Są osoby, które od dziecka składają układy elektroniczne, budują wielowirnikowce albo latają modelami samolotów. Mamy też coraz lepsze programy akademickie. Sam ukończyłem lotnictwo i kosmonautykę na Politechnice Warszawskiej. Wielu moich kolegów budowało statki powietrzne i jeździło z nimi na zawody do Stanów Zjednoczonych.

Często słyszymy o studentach z Warszawy, Krakowa czy Wrocławia zdobywających nagrody w międzynarodowych konkursach. Potencjał mamy ogromny. Potrzebne są jednak programy, które pozwolą go wykorzystać.

Bardzo ważne jest też to, że wojsko dostrzega wartość budowania własnych kompetencji w kraju. Dzięki temu można tworzyć rozwiązania odpowiadające na realne potrzeby użytkownika. W naszym przypadku wymagania definiowały wojska specjalne. Nie wymyślaliśmy więc technologii „na pokaz”, tylko odpowiadaliśmy na konkretne potrzeby.

Kiedy rozwija się własną technologię, można ją szybciej zmieniać, dostosowywać i rozwijać. To daje większą niezależność.

Z jednej strony mamy dziś stosunkowo proste drony FPV używane na wojnie w Ukrainie, z drugiej takie systemy jak wasz. To chyba zupełnie inna liga technologiczna.

Przy takich systemach kluczowe staje się opracowanie całej awioniki, automatyki i oprogramowania. Trzeba zapewnić bezawaryjność oraz procedury bezpieczeństwa na wypadek problemów albo utraty kontroli nad obiektem. 

Ogromne znaczenie ma także doświadczenie ludzi, którzy operują takimi systemami. Dlatego aspekt modelarstwa jest bardzo ważny. Nie wszystkiego można nauczyć się na studiach. Potrzebne są setki godzin praktyki. Autonomia lotu wymaga też wiedzy naukowej. To bardzo złożone układy. Trzeba rozumieć fizykę działania czujników, wiedzieć, jak je zabezpieczać i jak zapewnić ich niezawodność.

Projekt realizujecie wspólnie z firmami prywatnymi. Jeszcze kilka lat temu naukowcy często narzekali, że taka współpraca jest w Polsce bardzo trudna.

Żeby to działało, potrzebne są dwa elementy. Pierwszy to odpowiednie mechanizmy systemowe, na przykład konkursy promujące tworzenie konsorcjów naukowo-przemysłowych. Drugi aspekt jest chyba jeszcze ważniejszy i dotyczy ludzi. Firmy muszą rozumieć wartość współpracy z naukowcami, a naukowcy muszą nauczyć się funkcjonować w realiach przemysłu.

W nauce jesteśmy przyzwyczajeni do dążenia do doskonałości i prowadzenia bardzo zaawansowanych badań. Przemysł jest bardziej przyziemny. Tutaj trzeba dostarczyć rozwiązanie w odpowiednim czasie i budżecie. Czasem musi być po prostu „wystarczająco dobre”, a później można je rozwijać.

Wojna w Ukrainie zmieniła też podejście do technologii podwójnego zastosowania.

Jeszcze kilka lat temu w wielu konkursach znajdował się zapis, że projekt nie może mieć zastosowania wojskowego. Dzisiaj wiele programów otwarcie dopuszcza technologie dual use. To efekt sytuacji geopolitycznej, ale moim zdaniem ta zmiana jest dobra. Technologie podwójnego zastosowania nie oznaczają automatycznie produkcji broni. Bardzo często są to rozwiązania, które później trafiają do cywilów.

Najlepszym przykładem jest GPS. Powstał na potrzeby wojska, a dziś trudno wyobrazić sobie codzienne życie bez nawigacji satelitarnej. Takie platformy jak nasza mogą znaleźć zastosowanie również podczas akcji ratowniczych, powodzi, transportu medycznego albo dostaw do trudno dostępnych miejsc.

W Polsce długo panowało przekonanie, że każdy projekt badawczy musi zakończyć się sukcesem. To utrudnia rozwijanie ryzykownych technologii.

Chciałbym, żeby to się zmieniło, bo w innowacjach ryzyko jest naturalne. Lepiej podjąć dziesięć ambitnych prób i odnieść jeden prawdziwy sukces, niż tworzyć projekty, które dobrze wyglądają tylko na papierze. Myślę, że w Polsce wciąż istnieje przekonanie, że projekt zawsze musi zakończyć się sukcesem. Dopóki nie zaczniemy otwarcie przyznawać, że niektóre rzeczy mogą się nie udać, dopóty wszystkie projekty będą formalnie „udane”.

Ważne jest też to, jak definiujemy sukces. Czy sukcesem są parametry wpisane do wniosku pięć lat wcześniej, czy może rozwiązanie, które faktycznie odpowiada na aktualne potrzeby?

Czy polskie zespoły są dziś w stanie konkurować z krajami, które stały się liderami technologii dronowych, jak Ukraina czy Turcja?

Myślę, że tak. Od kilku lat Polska należy do krajów z największą liczbą zarejestrowanych operatorów dronów w Europie. Mamy bardzo wielu pasjonatów, dobrych elektroników i firmy rozwijające automatykę czy internet rzeczy. Pojawiają się też nowe mechanizmy wsparcia, w tym akceleratory technologii podwójnego zastosowania. Uważam więc, że możemy konkurować. Mam nadzieję, że za jakiś czas Polska stanie się małą technologiczną potęgą i będziemy rozwijać własne rozwiązania zamiast szukać ich za granicą.

Mamy jako kraj tendencję do myślenia, że zawsze kogoś gonimy. W tym obszarze też?

Nie sądzę. Bardzo ważne jest dopuszczanie młodych ludzi do poważnych projektów. W naszym zespole pracują osoby, które potrafią poświęcić miesiące na rozwiązanie jednego problemu.

Rozwijamy między innymi technologię nawigacji niezależnej od GPS-u, opartej na anomaliach magnetycznych. Uzyskujemy bardzo dobre wyniki. Kiedy porównujemy je z rezultatami publikowanymi przez zespoły z takich ośrodków jak MIT, okazuje się, że nie jesteśmy gorsi, a czasem nawet jesteśmy lepsi. Nie musimy więc nikogo gonić. Trzeba po prostu tworzyć odpowiednie środowisko do pracy i dawać ludziom możliwość rozwijania takich technologii w Polsce.

Przejdź do treści