Kiedy wodowskaz na Narwii wskazuje zaledwie centymetr , to nie jest już ostrzeżenie. To niebezpiecznie blisko końca rzeki jako ekosystemu. Michał Brennek z Zakładu Fizyki Atmosfery Instytutu Geofizyki PAN ostrzega: susza to nie przyszłość, tylko teraźniejszość. A beton, regulacje i ignorancja tylko przyspieszają katastrofę

Academia: Czy jeden centymetr  na wodowskazie na Narwi to już katastrofa?

Michał Brennek: Tak. To już nie jest sygnał ostrzegawczy, to dzwon alarmowy. To moment, w którym przestajemy mówić o niskim stanie wody, a zaczynamy mówić o funkcjonalnym  kryzysie rzeki jako ekosystemu. Taki poziom oznacza, że przestają funkcjonować procesy biologiczne, nie ma wymiany gazowej, fauna rzeczna nie ma jak przetrwać. Ale to nie tylko sama rzeka bo kłopoty dotyczą całej zlewni.

To już nowa rzeczywistość?

Tak, ale nie chodzi tylko o sumę opadów. Chodzi o ich rytm, czyli o tzw. reżim rzeczny, czyli to, kiedy i skąd rzeka ma wodę. Zmiana klimatu zaburza ten rytm. W niektórych  okresach roku pojawiają się deszcze, gdy ich wczesniej (tyle)  nie było, a kiedy indziej mamy długie okresy bez opadów. Problemem nie jest tylko niedobór, ale też przesunięcie w czasie, czasem nieznaczne o parę tygodni ale nawet to wystarczy, żeby w kluczowych okresach zmienić dostępnosć wody.

Do tego dokładamy urbanizację, betonowanie powierzchni, wycinanie drzew, regulowanie cieków, osuszanie mokradeł. To wszystko prowadzi do tego, że krajobraz nie jest w stanie magazynować wody. Nawet jeśli spadnie deszcz, to spływa do kanalizacji albo paruje. To błędne koło.

Jeszcze kilkanaście lat temu mówiliśmy o suszy jak o anomalii.

A dziś zdarza się regularnie. Tylko że dopiero jak ktoś spojrzy z mostu na Wisłę i zobaczy kamienie,  lub przeczyta o kolejnych rekordach nadchodzi moment refleksji. Media pytają o suszę dopiero wtedy, gdy poziom spada poniżej granicy szoku poznawczego. Ale zmiany były widoczne od dawna.

Niektóre rzeki, jak zauważył dr Jarosław Suchożebrski z UW, płyną dziś głównie dzięki ściekom. To nie żart. To znaczy, że czysta woda z opadów i źródeł zanika, a przepływ jest podtrzymywany tym, co oddają oczyszczalnie. Natomiast rzeka to bardzo widoczny efekt szerszych procesów w środowisku. Mówimy o zmianie rytmu parowania i opadów, mówimy os zaniku retencji – czyli zdolności zatrzymywania wody – w zlewni. Mówimy wreszcie o kryzysie w rolnictwie. Niestety jak wszystkie efekty zmiany klimatu, susza to problem dotykający wielu komponentów środowiska i wszechogarniajacy.

Dlaczego deszcze nie pomagają?

Między innymi dlatego, że pojawiają się o innych niż właściwe dla naszej strefy klimatycznej porach. Czasem są to opóźnienia niewielkie, ale jednak wystarczajace żeby na przykład w krytycznym dla roślin momencie tej wody nie było, albo było jej za mało. Po pierwsze dlatego, że pojawiają się w innych porach, a po drugie dlatego, że często to są deszcze nawalne: krótkie, intensywne opady, które w większości zamienią się w odpływ. Gdy gleba  jest przesuszona , to woda nie wsiąka wystarczajaco szybko, tylko głównie  spływa. Aby przywrócić wsiąkanie potrzebujemy długotrwałych, umiarkowanych opadów. Tymczasem klimat zmierza w stronę skrajności.

Ale ilość to nie wszystko, potrzebny jest właściwy przeieg opadów w ciagu roku. Jeżeli jest zaburzony pojawia się stres wodny roślin. Niektóre drzewa już w lipcu wyglądają, jakby była jesień,  właśnie z braku wody. To są mechanizmy obronne. Drzewo to bardzo prosty organizm, pobiera wodę i skłądniki odrzywcze korzeniami a może to robić dzięki parowaniu z lisci. Jeżeli jest za sucho organizm wyschnie – żeby przeżyć musi zrzucić liście – to oczywiście jeden z mechanizmów obronnych, ale skoro cierpią największe rośliny możemy śmiało postawić diagnozę, że cały ekosystem cierpi na stres wodny.

Jakie znaczenie ma urbanizacja?

Kluczowe. Jeśli zabetonujemy wszystko, to nie mamy jak zatrzymać wody. To prosta fizyka. Dziecko z trzeciej klasy zrozumie, że woda spada, nie ma gdzie wsiąknąć, więc odpływa albo wyparowuje. Tymczasem my osuszamy bagna, wycinamy drzewa, kosimy łąki najkrócej jak się da, starodrzew zamieniamy na “elegancki” wybetonowany plac. A potem mamy powodzie błyskawiczne. Woda spływasię z dachów, chodników, dróg i trafia prosto do kanalizacji burzowej. Systemy nie są przygotowane na tak duże przepływy. W efekcie woda wybija, ulice zamieniają się w rzeki, a potem woda znika. I co zostaje? Susza.

Co się dzieje z wodą z dachów?

Najczęściej odpływa do kanalizacji burzowej. Nawet te zielone dachy które pojawiły się na kilku nastu budynkach w Warszawie mam wrażenie, że głównie były traktowane jako pokaz możliwości biura architekonicznego. Obecnie większość przypomina wypalone słońcem ściernisko. Zresztą nowoczesne metody magazynowania i rozprowadzania wody deszczowej z dachów nie są atrkcyjne, przde wszystkim dla inwestora a później dla społeczności korzystającej z danego rozwiązania. Każda instalacja wymaga, projektu, obsługi, pozwoleń wodno-prawnych to niepotrzebne inwestorom komplikacje. A prosze pamietać że większość administratorów budynków także komplikacji nie szuka. Łatwiej jest odprowadzić wodę z klasycznego dachu do kanalizacji burzowej a koszty przerzucić na korzystających z budynku.

A potem mamy takie kurioza jak SUP-y na zalanej Trasie Toruńskiej. To nie jest żart tylko obraz z jednego z podtopień w zdaje się 2023.. To pokazuje, jak niespójna jest nasza infrastruktura wobec zmieniającego się klimatu. Mamy też wyścig w “zagospodarowywaniu” mokradeł. Mam wrazenie, że w percepcji planistów nie ma takiego mokradła, którego nie dąłoy się osuszyć i zamienić w parking. Ale gdzieś ta woda z mokradła musi się podziać, niestety, za każdym razem kiedy człowiek próbuje zastąpić naturę, dzieją się rzeczy kosztownie nieefektywne.

No właśnie a jak działają mokradła?

Mokradła to taka naturalna gąbka. Jeśli są wilgotne, rośliny obumierając nie rozkładają się do końca i tworzą taki półprzepuszczalny organiczny materiał, który fenomenalnie magazynują wodę. Jeżeli pojawi się opad nawalny są w stanie przyjąć nadmiar wody i zatrzymać go wystarczajaco długo by zasilić ekosystem gdy deszczu brakuje. Ale jeśli wyschną lub zostaną osuszone, wtedy szczątki roślin błyskawicznie się rozkładają i struktura, która zatrzymywała wodę zanika.  Problem także w tym, że na wielu obszarach mamy niedostosowaną infrastrukturę hydrotechniczną, która była projektowana pod klimat właściwy dla lat 50 – 60 – 70 ubiegłego stulecia – obecnie przyczynia się do przesuszenia krajobrazu.

A śnieg? Jakie miał znaczenie?

Śnieg jest magazynem wody. Zbiera się przez zimę, gdy rośliny nie potrzebują wody, dodatkowo izoluje glebę przed głębokim przemarzaniem. Wiosną śnieg  stopniowo oddaje wodę, dokładnie w momencie kiedy rosliny zaczynają się rozwijać i potrzebują dużej ilości wody. Pokrywy śnieżnej coraz częściej mamy jak na lekarstwo, w tym roku nawet w Tatrach waruki śnieżne były katastrofalnie złe, stąd już na początku sezonu wegetacyjnego mamy katastrofalnie zły bilans wodny.

Kolejny problem to początek sezonu prac rolniczych, często nie można dłużej czekać na pierwsze wiosenne opady, coraz częściej więc rolnicy rozpoczynaja prace z przesuszoną glebą , co często prowadzi do wywiewania najżyźniejszej warstwy. A opady wiosenne, jeśli są, to za późno. Albo są zbyt gwałtowne, żeby dać coś glebie. W rezultacie cierpią plony a w efekcie równiez i nasze portfele.

Czy drzewo to najlepszy klimatyzator?

Absolutnie. Drzewa to naturalne regulatory mikroklimatu. Dają cień, zatrzymują wodę, tworzą chłodniejsze enklawy. Ale są też niestety pierwszym celem fałszywie rozumianej modernizacji. Słyszałem wypowiedź kandydata na burmistrza, który mówił, że drzewa w mieście to problem, bo trzeba grabić liście i ptaki brudzą samochody.  Myślę, że czytelnicy z łatwością znajdą tę szeroko komentowaną wypowiedź. Taka logika nie da nam żadnego sensownego rozwiązania problemów wodnych. Tymczasem to duże, dojrzałe drzewa zatrzymują wodę i obniżają temperaturę. A proszę zobaczyć jeszcze jak planowane są współczesne zadrzewienia. Większosć sadzonych drzew to gatunki inwazyjne, planowane pod wygląd “projektu” na dzień sprzedaży a nie na za 20 lat. Zupełnie tak, jakby ludzie kupowali wyłącznie mieszkania inwestycyjne, a nie po to by mieszkać przez X lat.  Sadzimy więc  kuliste jabłonki z katalogów ogrodniczych, bo są „ładne”. Albo malujemy trawniki na zielono jak w Stanach Zjednoczonych. To nie jest metafora. U nas też zaczyna się taka usługa pojawiać. Bo trawnik ma być zielony, nieważne, czy żywy.

Co nas w tej sytuacji czeka? Jakie są prognozy?

Te najdłuższe pokazują niebezpieczny trend. Zajmujemy się sprawami klimatu za późno i jedynie reaktywnie – to jest wtedy gdy problem jest dotkliwy i właśnie nas dotyczy. To nie tylko kwestia rolnictwa. To energetyka, wodociągi, transport, wszystkie dziedziny gospodarki. Susza to problem systemowy. W krótszej perspektywie, wiemy, że lipiec i sierpień będą cieplejsze niż norma. To oznacza większe parowanie. A skoro więcej wody paruje, to mniej zostaje w środowisku. To także oznacza większe ryzyko opadów nawalnych. Widzimy też dużo energii zmagazynowanej w Morzu Śródziemnym, co przy odpowiednim układzie synoptycznym może przynieść powodzie do Polski.  A prosze pamiętać, że w zeszłym roku mieliśmy właśnie taką sytuację gdy na południowym-zachodzie walczono z powodzią na północnym-wschodzie mielismy do czynienia z potężną suszą. Nowy klimat to właśnie duże kontrasty i duża zmiennosć typów pogód.

Czy to wszystko można zatrzymać?

Nie da się zatrzymać wszystkiego, ale można ograniczyć skutki. Stabilizacja klimatu to nie fanaberia. To konieczność. Jeśli nie zadbamy o wodę, nie będzie rolnictwa takiego jakie znamy, nie będzie energetyki, nie będzie życia.

Musimy zatrzymywać wodę w krajobrazie wszystkimi możliwymi sposobami. I każdą wodę traktować jak zasób. Nawet brudną – proszę zauwazyć, że to bardzo antropocentryczna perspektywa – nie nadaje się do picia – pominąć. Jeśli nie nadaje się do picia, może zasilać wiele witalnych procesów w środowisku. A to środowisko zdecyduje o naszym mniej lub bardziej komfortowym przetrwaniu w nowych realiach klimatycznych.

To już nie sygnał ostrzegawczy, to dzwon alarmowy – rzeki w Polsce wchodzą w stan funkcjonalnego kryzysu, a wraz z nimi całe ekosystemy.

Przejdź do treści