Wersja beta aplikacji

Czytasz artykuł w trybie offline

Europa bez opowieści. Skrajna prawica wypełnia próżnię tożsamości

Protest przeciwników skrajnej prawicy podczas wieczoru wyborczego w Turyngii, gdzie AfD odniosła historyczny sukces. Erfurt, 1 września 2024 r. Fot. Steffen Prößdorf / Wikimedia Commons (CC BY-SA 4.0).

W całej Europie wyłania się wzorzec, który podważa założenia zarówno liberalnych edukatorów, jak i decydentów politycznych. Studenci, którzy uczą się w wielu krajach, mówią trzema lub czterema językami i kończą uczelnie wysoko notowane w globalnych rankingach, skłaniają się ku narracjom nacjonalistycznym. Oczywiście nie wszyscy, ale jest ich wystarczająco wielu, by warto było się nad tym zastanowić 

Coraz wyraźniej widać, że skrajna prawica nie przemawia już wyłącznie do tych, których globalizacja pozostawiła w tyle. Oprócz resentymentu i gniewu zdołała skutecznie odwołać się do czegoś znacznie bardziej pierwotnego i elementarnego: przynależności.

A europejskie instytucje nie mają na to odpowiedzi.

Liczby mówią same za siebie. Wybory do Parlamentu Europejskiego w 2024 roku przyniosły najwyższy w historii udział głosów oddanych na partie skrajnie prawicowe: 27 proc. mandatów – 191 z 720 – należy obecnie do europosłów związanych ze skrajnie prawicowymi frakcjami.

Nie był to jedynie głos protestu ze strony peryferii zmarginalizowanych ekonomicznie. Analiza European Election Studies 2024, obejmująca niemal 25 tys. wyborców w 27 krajach, pokazuje, że poparcie dla skrajnej prawicy wśród młodych mężczyzn poniżej 30. roku życia przekroczyło 21 proc. i rosło konsekwentnie w każdym cyklu wyborczym od 1989 roku.

W Niemczech poparcie dla AfD wśród osób w wieku 18–24 lata wzrosło z 5 proc. w chwili powstania partii w 2013 roku do 19 proc. w 2025 roku. We Francji Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen było w 2024 roku najpopularniejszą partią wśród osób w wieku 18–34 lata. We wszystkich grupach wiekowych partie skrajnie prawicowe odpowiadają dziś za niemal 25 proc. ogólnego udziału w głosach w Europie.

Skrajna prawica jest niemal jednolicie eurosceptyczna i stanowi bardzo realne zagrożenie dla integralności Unii Europejskiej. Raport Great Reset z 2025 roku, popierany przez skrajnie prawicowe partie z całej Europy, przedstawił jednoznaczną i szczegółową mapę drogową demontażu UE od środka.

Mimo tego egzystencjalnego zagrożenia standardowa odpowiedź UE polegała zazwyczaj na odwoływaniu się do deklaracji wartości, reform instytucjonalnych i ekonomicznego uspokajania nastrojów. Żadne z tych działań nie zbliża się do odpowiedzi na pytanie, które ruchy nacjonalistyczne nauczyły się tak sprawnie wykorzystywać: kim jesteś i gdzie jest twoje miejsce?

Narracyjna próżnia UE

Ruchy nacjonalistyczne nie wygrywają programami politycznymi, lecz tożsamością. Oferują opowieść – emocjonalnie czytelną, kulturowo zakorzenioną i często wykluczającą – o tym, kto liczy się jako prawdziwy Europejczyk, prawdziwy Niemiec, prawdziwy Francuz. W odpowiedzi UE oferuje paszport, rynek, walutę i zestaw praw. Wszystko to jest wartościowe, ale nie jest opowieścią, a tym bardziej opowieścią przekonującą.

Nie jest to obserwacja nowa. Jak argumentował francuski filozof Étienne Balibar w swojej książce z 2004 roku We, the People of Europe?, integracja europejska od zawsze zawierała napięcie – między uniwersalistyczną retoryką projektu europejskiego a wykluczającą logiką narodu, rasy i języka, której nigdy w pełni nie wyparła.

W ostatnich dekadach UE zaniedbała kulturę, zakładając, że kulturowa przynależność pojawi się jako naturalny produkt uboczny integracji politycznej i gospodarczej. Tak się nie stało, a brak rzeczywistej strategii kulturowej budowania tej przynależności pozostawił narracyjną próżnię, którą skrajna prawica stopniowo poszerzała i wypełniała.

Szczególnie uderzające w obecnej porażce jest to, że Europa we wcześniejszych momentach rozumiała kulturową stawkę i działała w tej sprawie zdecydowanie.

Stolice kultury

Rada Europy podpisała Europejską konwencję kulturalną w 1954 roku, zaledwie dziewięć lat po zakończeniu II wojny światowej. Porozumienie to stworzyło instytucjonalną architekturę zbiorowej dyplomacji kulturalnej między państwami europejskimi. Motywacja była jasna: sama odbudowa polityczna i gospodarcza nie wystarczy. Europa potrzebowała wspólnego projektu kulturowego.

Najtrwalszym wyrazem tego instynktu była inicjatywa z 1985 roku, kiedy grecka minister kultury Melina Mercouri i jej francuski odpowiednik Jack Lang przekonali swoich unijnych partnerów do ustanowienia programu, który później stał się Europejską Stolicą Kultury. Deklarowanym celem, jak dziś przyznaje Komisja Europejska, było „wzmocnienie poczucia przynależności obywateli europejskich do wspólnego obszaru kulturowego” oraz podkreślenie cech kulturowych wspólnych wszystkim Europejczykom.

Od czasu gdy Ateny zainaugurowały tę inicjatywę w 1985 roku, tytuł ten nosiło ponad 70 miast w ponad 30 krajach. Od Florencji po Stambuł, Glasgow, Kraków, Vallettę i Timișoarę – każde miasto organizuje roczny program wydarzeń kulturalnych, którego wyraźnym celem jest budowanie wspólnego poczucia europejskiej tożsamości. Niezależne ewaluacje konsekwentnie potwierdzają skuteczność programu w rozwijaniu wymiany międzykulturowej i zaangażowania obywatelskiego.

Tym, co wyróżniało ten wcześniejszy okres, było zasadniczo odmienne rozumienie sensu integracji europejskiej. Twórcy projektu europejskiego – Schuman, Monnet, De Gasperi – doskonale wiedzieli, że struktury polityczne i gospodarcze potrzebują kulturowej legitymizacji, by przetrwać. Kultura nie była dodatkiem ani miękkim przypisem do twardszej pracy. Była warunkiem wstępnym, fundamentem, na którym budowano wszystko inne.

Dziś jednak dane dotyczące finansowania przez UE pokazują, jak niewielką wagę przywiązuje ona do kultury. Program Kreatywna Europa, sztandarowy instrument finansowania kultury przez UE, dysponuje budżetem 2,44 mld euro na lata 2021–2027. Może to brzmieć znacząco, ale stanowi jedynie około 0,15 proc. całkowitego budżetu UE.

Dla ostrego porównania Culture Action Europe udokumentowała, że tylko w 2024 roku Rosja wydała ponad 1 mld euro na propagandę kulturalną – trzy razy więcej niż cały roczny budżet unijnego programu Kreatywna Europa. A to nie obejmuje kolejnych miliardów, które Rosja wydała na operacje wpływu medialnego wymierzone w europejskich odbiorców.

Mówiąc wprost: Europa jest na ogromną skalę przebijana finansowo na tym polu, które ma największe znaczenie.

Krajobraz medialny

Krajobraz medialny z początków UE już nie istnieje. Choć był niedoskonały i podzielony według granic narodowych, środowisko medialne lat 60., 70. i 80. było przestrzenią, w której możliwi byli nadawcy publiczni, wspólne odniesienia kulturowe i kuratorowane wspólne przestrzenie znaczeń.

Dziś platformy algorytmiczne są głównym kanałem, przez który młodzi Europejczycy poznają świat. Platformy te nie są jednak kulturowo neutralne. Zostały zaprojektowane tak, by maksymalizować zaangażowanie emocjonalne, co daje prostym, potwierdzającym tożsamość narracjom nacjonalizmu strukturalną przewagę już na starcie.

Inicjatywy takie jak Europejska Stolica Kultury były pomyślane dla innego świata – takiego, w którym kultura przemieszczała się przez miasta i instytucje. Nigdy nie zostały zaktualizowane na potrzeby świata, w którym kultura przemieszcza się przez feedy.

Własne dane UE wskazują na tę nieadekwatność. Badanie młodzieży przeprowadzone przez Parlament Europejski w 2021 roku wykazało, że 64 proc. młodych ludzi korzysta z Instagrama, a 25 proc. z TikToka jako głównych źródeł informacji. Osobny Eurobarometr pokazał, że dla 79 proc. młodych Europejczyków w wieku od 15 do 24 lat influencerzy lub twórcy treści w mediach społecznościowych są głównym źródłem wiadomości.

Badanie z 2024 roku wykazało, że w okresie poprzedzającym wybory w 2024 roku partie skrajnie prawicowe konsekwentnie osiągały lepsze wyniki niż partie głównego nurtu pod względem wskaźników zaangażowania na Facebooku i Instagramie w Niemczech, Szwecji, na Węgrzech i w Polsce. Wynikało to częściowo z tego, że ich negatywne, prowokacyjne treści są strukturalnie premiowane przez obecne algorytmy platform.

Erasmus i tożsamość

To nie tylko porażka polityki publicznej, lecz także porażka edukacyjna. Znaki są widoczne dla każdego, kto uczy w środowisku międzynarodowym. To, co obserwuję we własnej sali wykładowej, jest złożone. Studenci, którzy mieszkali w Berlinie, studiowali w Kopenhadze i odbywali staże w Amsterdamie, nadal mówią o „naszych ludziach” i „ich kulturze”. Ta retoryka sugeruje, że doświadczenie mobilności przyniosło kontakt bez integracji. Potrafią poruszać się wśród różnic, ale nie zawsze są pewni, co – jeśli cokolwiek – ich łączy.

Znaczna część tego problemu jest wpisana w sposób, w jaki studenci doświadczają kontynentu. Badania nad wymianą studencką konsekwentnie wskazują na to, co uczeni nazywają „efektem selekcji”: studenci wyjeżdżający za granicę zwykle już przed wyjazdem są proeuropejscy. Wymiany takie jak program Erasmus nie tworzą więc tożsamości, lecz jedynie wzmacniają tę, która już istniała.

Studenci, którzy najbardziej potrzebują kontaktu z europejską różnorodnością – ci, którzy są ekonomicznie niepewni, mniej mobilni edukacyjnie lub silniej kulturowo zakorzenieni w narracjach narodowych – są w dużej mierze nieobecni w tego rodzaju doświadczeniach.

Analiza wzorców wymiany Erasmus w latach 2008–2014 wykazała, że przepływy studentów są silnie uwarstwione według osi prestiżu akademickiego i kapitału ekonomicznego. Dominujące uniwersytety wysyłają studentów do dominujących uniwersytetów, odtwarzając istniejące hierarchie, zamiast je przełamywać.

Oznacza to, że kosmopolityczny system edukacji w dużej mierze mówi sam do siebie. Nawet na najwyżej notowanych globalnie uczelniach studenci mogą być zróżnicowani pod względem narodowości, ale pozostają niezwykle jednorodni pod względem klasy społecznej. Kiedy gratulujemy sobie kształcenia absolwentów o globalnym sposobie myślenia, często opisujemy segment europejskiej młodzieży, który od początku nie był poważnie zagrożony przejęciem przez nacjonalistyczne narracje.

Bardziej niewygodne pytanie brzmi: co się dzieje, gdy nawet w tej części zaczynają pojawiać się pęknięcia? A pęknięcia są widoczne. Badania nad tożsamością europejską pokazały, że studenci, którzy studiowali w trzech krajach, czasem wyrażają większą niechęć wobec „Brukseli” i silniejsze przywiązanie do narodowej specyfiki kulturowej, niż można by oczekiwać na podstawie ich biografii.

Doświadczenie międzynarodowe nie wytworzyło kosmopolitycznej lojalności. Wytworzyło coś bardziej ambiwalentnego: znajomość różnicy, która współistnieje z głodem zakorzenienia, jakiego żadna instytucja nie potrafiła zaspokoić. Ruchy nacjonalistyczne rozumieją ten głód. Uniwersytety i szkoły biznesu w dużej mierze go nie rozumieją.

Kto dziś mógłby wypełnić tę pustkę?

Skrajna prawica nie jest jedyną siłą zdolną wypełnić instytucjonalne i narracyjne próżnie Europy. Trzy grupy aktorów mają mandat, zasięg lub władzę, by zmienić kulturowy kurs kontynentu.

1. Instytucje europejskie

Instytucje UE mają mandat, ale brakuje im zasobów lub kierunku. Pod koniec 2024 roku Komisja Europejska zapowiedziała Culture Compass, opisany przez przewodniczącą Komisji Ursulę von der Leyen jako ramy, które mają nadać „ludzką twarz projektowi europejskiemu, aby ludzie mogli się z nim identyfikować”. To obiecujące ujęcie, ale Culture Compass będzie miał znaczenie tylko wtedy, gdy zostanie wsparty realnymi zasobami. Przy zaledwie 0,15 proc. całkowitego budżetu UE Kreatywna Europa nie jest strategią kulturową, lecz przypisem.

Potrzebna jest także zmiana kierunku. UE ujmowała dyplomację kulturalną niemal wyłącznie jako narzędzie zewnętrzne, służące projekcji europejskich wartości na zewnątrz, wobec państw trzecich. Musi zrobić to samo wewnątrz granic Europy.

2. Erasmus+

Drugim aktorem dysponującym realną siłą oddziaływania jest unijny program Erasmus+. Mimo swoich ograniczeń pozostaje on najważniejszym dowodem na to, że europejska integracja może działać w praktyce. Badania opublikowane na łamach Journal of Common Market Studies pokazują, że udział w Erasmusie istotnie zwiększa poczucie tożsamości europejskiej. Jak jednak pokazano wcześniej, program nie tworzy tej tożsamości od zera.

Młodzi mężczyźni, którzy dziś zwracają się ku AfD czy francuskiemu Zjednoczeniu Narodowemu (Rassemblement National), zazwyczaj nie są absolwentami Erasmusa. Dlatego rozszerzenie idei programu poza uczelnie – na szkolnictwo zawodowe, szkoły średnie i lokalne programy wymiany – mogłoby okazać się jedną z najbardziej opłacalnych inwestycji, jakie Europa jest w stanie dziś podjąć. Problemem Erasmusa nie jest sama mobilność uczestników, lecz zbyt ograniczony zasięg programu.

3. Uniwersytety i szkoły biznesu

Instytucje te ponoszą szczególną odpowiedzialność. Globalne instytucje szkolnictwa wyższego, w tym ta, w której uczę, rutynowo deklarują, że kształcą „obywateli świata” i „liderów międzykulturowych”. Ale kosmopolityczne referencje i autentyczna przynależność kulturowa to nie to samo. Doświadczenie europejskości trzeba budować celowo, a nie zakładać, że wyłoni się z samego faktu międzynarodowej mobilności. Kohorta studentów obejmująca dwadzieścia narodowości nie jest sama w sobie edukacją kulturową – jest jedynie imponującym osiągnięciem organizacyjnym. Instytucje, które przedstawiają się jako miejsca kształcenia kolejnego pokolenia europejskich liderów, nie mogą ignorować pytania o to, co właściwie spaja Europę.

Kulturowy zwrot Europy

Eurobarometr z wiosny 2025 roku pokazuje, że 75 proc. Europejczyków czuje się obywatelami UE, co jest rekordowo wysokim wynikiem, oraz że niemal 60 proc. osób w wieku 15–24 lata ufa Unii Europejskiej. Są to dane zachęcające, ale ukrywają bardziej złożoną rzeczywistość.

Poczucie bycia obywatelem nie jest tym samym co poczucie przynależności. Zaufanie do instytucji nie jest tym samym co kulturowa lojalność wobec wspólnego projektu. A właśnie ta grupa demograficzna, która najczęściej deklaruje zaufanie do UE – wykształceni, mobilni młodzi Europejczycy – jest zarazem tą, której formacja kulturowa została pozostawiona niemal całkowicie przypadkowi.

Skrajna prawica zrozumiała dwa kluczowe aspekty tego momentu. Po pierwsze, na pytanie o tożsamość nie da się odpowiedzieć dobrobytem ani ramami praw. Po drugie, instytucje, które ignorują kulturowy wymiar polityki, zawsze zostaną wyprzedzone przez ruchy, które ten wymiar obejmują. Partie skrajnie prawicowe w Europie nie zdobyły 27 proc. mandatów w Parlamencie Europejskim dlatego, że zaproponowały lepszą politykę gospodarczą. Wygrały, ponieważ zaoferowały opowieść.

Najbardziej uderzający niedawny dowód pochodzi z Rumunii, gdzie Călin Georgescu, praktycznie nieznany kandydat niezależny, wygrał pierwszą turę wyborów prezydenckich w 2024 roku. Prowadził kampanię silnie opartą na kulturowej narracji natywnej dla TikToka, zbudowanej wokół tożsamości prawosławnej, suwerenności narodowej i duchowej odrębności wobec zachodniego liberalizmu.

Późniejsze unieważnienie wyborów nie wymazało podstawowej rzeczywistości: znacząca część rumuńskich wyborców, w tym wielu młodych, znalazła w kulturowej opowieści coś, czego nie potrafiła znaleźć w programie żadnej istniejącej partii. Rumunia jest przypadkiem skrajnym, ale nie odosobnionym. Przy braku europejskiej narracji kulturowej o emocjonalnym ciężarze inne narracje wypełnią tę przestrzeń.

Lekcje z Chin i Rosji

Istnieje także wymiar geopolityczny, który unijna polityka kulturalna dostrzegła zbyt późno. Podczas gdy wydatki bloku na kulturę pozostają w tyle, Rosja wydaje miliardy na propagandę, kierowaną częściowo do odbiorców wewnątrz samej Europy. W zupełnie innym modelu Chiny prowadzą rozległą sieć ośrodków edukacyjnych Instytutu Konfucjusza, które upowszechniają chińską kulturę i język na europejskich uniwersytetach i w miastach.

Tymczasem własne instytucje kulturalne UE debatują nad tym, czy w ogóle mają mandat do pracy nad wewnętrznym poczuciem przynależności. UE traktowała dyplomację kulturalną jako uszlachetnienie, sposób projekcji wartości na zewnątrz po wykonaniu trudniejszej pracy politycznej. Choć ich podejścia się różnią, geopolityczni rywale Europy traktują kulturę jako infrastrukturę – równie fundamentalną dla wpływu, jak drogi dla handlu.

Istnieje także pilność wykraczająca poza cykle wyborcze. Culture Action Europe zauważyła, że skrajna prawica, dziś dobrze reprezentowana w Komisji Kultury i Edukacji Parlamentu Europejskiego, już przekształca warunki debaty kulturowej w instytucjach UE. Normalizuje język „propagandy gender”, kwestionuje finansowanie projektów dotyczących migracji i promuje wizję kultury europejskiej, która jest narodowa i wykluczająca, a nie pluralistyczna i inkluzywna.

Pilna potrzeba dyplomacji kulturalnej

Według Democracy Report 2026 Instytutu V-Dem niemal jedna czwarta państw świata przechodziła w 2025 roku proces autokratyzacji, w tym kilka państw w Europie.

Okno możliwości dla innej strategii kulturowej się zawęża. Każdy rok, który mija bez takiej strategii, jest rokiem, w którym infrastruktura przynależności albo jest budowana przez tych, którym najmniej zależy na naprawdę wspólnej Europie, albo demontowana przez tych, którzy mają aktywny interes w tym, by UE rozpadła się i poniosła porażkę.

Melina Mercouri, przewodząc powojennemu kulturowemu impulsowi Europy, rozumiała coś, o czym obecne przywództwo UE zdaje się zapominać: że roszczenie Europy do lojalności ludzi nie może opierać się wyłącznie na technokratycznym dostarczaniu rezultatów. Musi przemawiać do tego, kim są.

Pytanie nie brzmi, czy dyplomacja kulturalna jest zbyt miękkim instrumentem na obecny moment. Pytanie brzmi, czy Europę stać na dalsze ignorowanie tej jednej broni, której jej przeciwnicy używali przez cały czas.

Artykuł Culture is the far right’s secret weapon – and it’s winning over some of Europe’s most educated youth ukazał się w serwisie The Conversation.

DT

Deniz Torcu

adiunktka na IE University, gdzie zajmuje się globalizacją, biznesem i mediami.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści