Medal Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny z 1945 roku, przyznany Alexanderowi Flemingowi za odkrycie penicyliny. Eksponat w National Museum of Scotland w Edynburgu. Fot. Osama Shukir Muhammed Amin (CC BY-SA 4.0).
Nagroda Nobla w tytule ich książki nie jest planem kariery ani poradnikiem dla przyszłych laureatów. To raczej metafora ambicji i punkt wyjścia do rozmowy o czymś, czego w akademii wciąż uczy się najmniej: jak budować relacje, mówić o własnych badaniach i odnaleźć się w świecie nauki, który dawno przestał być tylko światem publikacji. O książce Ja chcę Nobla opowiadają jej autorki, dr Monika Koperska i dr inż. Małgorzata Krokowska-Paluszak.
Academia: Skąd wziął się tytuł waszej książki?
Monika Koperska: Ta nazwa wcale nie jest tak oczywista, jak się wydaje. Matematycy na przykład zupełnie z nią nie rezonują. Sama się o tym przekonałam. No ale w końcu nobla z matematyki nie ma.
Dla mnie jednak ten tytuł ma bardzo konkretne źródło.
Pamiętam historię o napisie „Ja chcę Nobla”, który przez lata widniał na ścianie owczesnego Wydziału Matematyki, Fizyki i Informatyki UJ. Było tam różne graffiti, ale ten jeden napis długo nie był zamalowywany. W latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych taka ściana była miejscem, gdzie ludzie mogli się w jakiś sposób wyrazić. Nikt nie wiedział, kto to napisał, ale przez lata funkcjonował w przestrzeni uczelni.
Z czasem narosła wokół niego pewna legenda. Kiedy zaczęłyśmy z Małgorzatą szukać wzmianek o nim w starych artykułach, okazało się, że w różnych relacjach pojawia się w różnych miejscach. Jedni twierdzili, że był na Polskiej Akademii Nauk, inni – że na Polskiej Akademii Umiejętności. Ktoś nawet pisał do jednego z premierów w latach dwutysięcznych, nawiązując do tego hasła, które już wtedy krążyło w Warszawie.
Ten napis jakby wędrował przez historię. W mojej głowie jednak zawsze był w jednym konkretnym miejscu. Chciałyśmy przenieść go do współczesności i potraktować jako metaforę marzenia – własnej ściany, na której można zapisać to, do czego się dąży.
Czyli książka ma pomóc zdobyć Nobla?
Małgorzata Krokowska-Paluszak: Raczej pomóc nazwać własnego Nobla.
Bo dla każdego z nas „Nobel” może oznaczać coś innego. Chodzi o marzenie, o cel. Ta książka jest trochę o tym, żeby nie bać się marzyć i stawiać sobie ambitnych celów.
Pokazujemy, jak się rozwijać, jak się nie poddawać i jak przygotowywać się do kolejnych kroków. Książka ma pięć rozdziałów. Każdy zaczyna się parafrazą rozmowy z osobami o ogromnym doświadczeniu w świecie nauki. Rozmawiałyśmy między innymi z profesorami, którzy zasiadali w komitetach noblowskich albo pracowali w zespołach noblowskich, jak prof. Lewenstein, prof. Al-Khalili, prof. Wolszczanczy prof. Gudowski. Jednym z bohaterów jest też Lech Wałęsa.
W rozdziałach pojawiają się również ćwiczenia i praktyczne wskazówki, takie „tips and tricks”, które pomagają nazwać swój cel i konsekwentnie do niego dążyć, nawet jeśli ta droga nie jest łatwa.
Z tego, co mówicie wynika, że chodzi tu o coś więcej niż ambicję.
Monika Koperska:Tak, bo sama wiedza często nie wystarcza, żeby te marzenia zrealizować. Potrzeba też wielu innych kompetencji. W książce próbujemy nazwać kompetencje naukowca przyszłości i pokazać, jak je wzmacniać.
Piszemy o budowaniu własnego wizerunku, popularyzacji nauki, dyplomacji naukowej czy networkingu. Mało osób zdaje sobie sprawę, że Nagroda Nobla jest w pewnym sensie plebiscytem. To wybór dokonywany przez konkretne osoby.
Jeśli ktoś jest zupełnie nieznany Komitetowi Noblowskiemu, po prostu nie dostanie Nobla. Bo to pojedyncze osoby głosują na laureata. One nie czytają wszystkich publikacji naukowych, które powstają na świecie. Dlatego ogromne znaczenie ma to, czy naukowiec jest obecny w środowisku: czy pojawia się na konferencjach, czy ludzie go kojarzą.
W książce dużo miejsca poświęcamy bardzo praktycznym rzeczom. Na przykład temu, jak zachować się przed konferencją, w jej trakcie i po niej. Jak nawiązywać kontakty mailowe. Jak zostać zapamiętanym.
Środowisko akademickie jest pod tym względem fascynujące. To dość hermetyczny świat – trochę jak eksperyment zamknięty w słoiku. Można obserwować, jak powstają relacje, jak tworzą się sieci kontaktów i jak rozwijają się kariery. A kiedy przyjrzeć się temu bliżej, okazuje się, że bardzo podobne mechanizmy działają też w innych dziedzinach – w biznesie czy w innych środowiskach zawodowych. Akademia jest po prostu bardzo przejrzystym przykładem tego, jak działają ambicja, współpraca i relacje.
Czyli chodzi też o to, by nauczyć młodych naukowców funkcjonowania w środowisku?
Monika Koperska: Dokładnie. I to jest coś, czego na uczelni prawie nikt nie uczy. Pisząc książkę, rozmawiałyśmy ze studentami w Polsce, ale też z młodymi naukowcami z Australii, Norwegii, Danii, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Z tych rozmów jasno wynikało, że istnieje ogromna potrzeba uczenia młodych badaczy tego, jak funkcjonować w świecie akademickim. I wcale nie jest to tylko polski problem. To luka w całym europejskim systemie akademickim.
W Australii wygląda to trochę inaczej. Tam większy nacisk kładzie się na popularyzację nauki i kompetencje miękkie. W Europie często zakłada się po prostu, że młody naukowiec sam się tego wszystkiego nauczy.
Małgorzata Krokowska-Paluszak: Patrzę na to też z perspektywy mamy. Kiedy rozmawiamy z rodzicami dzieci w wieku dziesięciu czy dwunastu lat, właściwie wszyscy zgadzamy się co do jednego: nie wiemy, jak będzie wyglądało ich życie zawodowe. Nie wiemy nawet, jak będą wyglądały studia za dziesięć czy piętnaście lat.
Akademia już się zmienia, choćby pod wpływem sztucznej inteligencji. Zmienia się też sposób zdobywania wiedzy. Jeśli chcę posłuchać wykładu na jakiś temat, mogę włączyć wykład profesora z MIT, Stanfordu czy Cambridge. Nie muszę siedzieć półtorej godziny w niedogrzanej auli.
To wszystko sprawia, że zmienia się sposób nauczania i weryfikacji wiedzy. Dlatego kompetencje miękkie – umiejętność uczenia się, wyznaczania celów i rozwijania własnych kompetencji – będą miały ogromną wartość. Niezależnie od tego, jak będzie wyglądał świat nauki za dziesięć czy piętnaście lat.
Dlaczego warto sięgnąć po tę książkę?
Monika Koperska: Bo warto się rozwijać.
Małgorzata Krokowska-Paluszak: Rozwijać i marzyć
Poniżej publikujemy fragment książki Ja chcę Nobla (Wydawnictwo Naukowe PWN|)

Gra na okazje, czyli jak się „robiło historię”.
Rozmowa z prezydentem Lechem Wałęsą
Spotkanie z prezydentem Lechem Wałęsą to wejście w obszar myślenia strategicznego, które odrzuca akademickie definicje i podręcznikowe protokoły. Lech Wałęsa nie jest naukowcem, ale jego droga do globalnego uznania stanowi odbicie wyzwań, z jakimi mierzą się także polscy badacze: jak wejść na światową scenę bez formalnego przygotowania, bez „instrukcji obsługi”, za to z żelazną determinacją i wizją, która zdaje się nierealna.
Nie spodziewałam się, że ten gigant historii, symbol globalnej wolności, swoją opowieść rozpocznie od takiego zdania: „Dziś żyjemy w epoce słowa. Ale ja wtedy musiałem zrobić deal”. Było to wyznanie stratega, który nie ufa wielkim hasłom, jeśli nie stoi za nimi konkretny plan działania. Lech Wałęsa – legenda, noblista, były prezydent – mówił jak człowiek, który od początku wiedział, czego chce.
W pewnym momencie powiedział coś, co zostało we mnie na długo, a co rezonuje z wyzwaniami naukowców mierzących się z zastanymi systemami: „My żyliśmy na granicy epok. Ja to czułem. Skończył się czas siły, zaczynał czas słowa. Kto tego nie zrozumiał – przegrał”.
To nie była poetycka metafora. To była jego strategiczna analiza historyczna. Wiedział, że nie ma armii, struktur ani tytułów. Ale miał słowa, które potrafił wypowiedzieć tak, że były ważniejsze niż rozkazy generałów. Jego siła nie polegała na dominowaniu. Polegała na tym, że po prostu był – i potrafił trafić do ludzi.
„Nigdy się nad tym nie zastanawiałem” – odpowiada z rozbrajającą szczerością, gdy pytam, czy czuł się symbolem reprezentującym marzenia „milionów o wolności”. Zamiast misji od początku miał dwa fundamentalne, choć nierealne, marzenia: „Skończyć w Polsce komunizm i urwać się sowietom”.
Jego siłą nie była wiedza teoretyczna, ale instynkt praktyka. „Miałem wizję, koncepcję i grałem na okazję. Jeśli się zdarzała okazja, która pozwalała mi to osiągać, to ją wykorzystywałem. Życie składa się z okazji, tylko często ich nie zauważamy, nie wykorzystujemy, a ja się nauczyłem je wykorzystywać”.
Ta „gra na okazje” najpełniej objawiała się w dyplomacji. Opowiadał o tym, jak w Japonii negocjował umorzenie połowy polskich długów. Jego metoda była szokująco bezpośrednia, łamiąca wszelkie protokoły, ale niemożliwa do zignorowania.
Rozpoczął od uderzającej deklaracji: „Zaczynam tak: proszę państwa, mam niedobrą informację. […] Polska jest zadłużona u was. Ale nie zamierzam oddać wam ani dolara”. Wśród japońskiej delegacji zapadła absolutna konsternacja. Zamiast dyplomatycznego tłumaczenia Wałęsa uderzył w sedno problemu z moralną jasnością: „Bo pożyczyliście komunistom, a oni kupowali pały i podsłuchy i nimi bili, mnie też. Ja mam to oddać? Płacić za to, że dawaliście pieniądze niewłaściwym ludziom?”.
Po czym przeszedł do kontroferty: „Ale w końcu państwo pożyczyło, więc mimo wszystko słuchajcie, oddam wam połowę – zgoda?”. I natychmiast, bez chwili na oddech, dodał: „Potrzebuję pożyczki, bo muszę uruchomić pracę (gospodarkę)”. To była lekcja o tym, jak determinacja i moralna przewaga potrafią unieważnić wszelkie formalne zasady.
Najbardziej poruszyło mnie jednak to, co powiedział o przywództwie. Zamilkł na chwilę, a potem się odezwał, definiując rolę lidera w sposób, który odrzuca fasadę i PR: „Każdy chce być liderem. Ale lider nie jest od mówienia, że prowadzi. Lider wie, dokąd idzie, i bierze za to odpowiedzialność”.
Wskazywał, że przywódca nie może być skamieliną, musi dopasować się do epoki. „Gdyby dzisiaj żył Piłsudski, to by zrobił Tiktok”. Dzisiejsze czasy wymagają płynności w komunikacji.
Zapytałam: „A gdyby miał Pan stworzyć własną szkołę dla liderów, co stanowiłoby jej fundamenty?”. „Umiejętność słuchania, bo nie poprowadzisz ludzi, których nie rozumiesz. Umiejętność improwizowania, bo życie nie daje gotowych scenariuszy. Umiejętność robienia dealu, bo marzenie musi mieć plan” – odpowiedział bez wahania.
Na pytanie o to, co polski naukowiec powinien zrobić, by wejść do światowej gry, nie daje prostych recept, ale twarde strategiczne instrukcje: „Nie pytaj, czy możesz. Siadaj do stołu, ale przynieś coś, czego tam nie mają. Pomysł. Pracę. Uczciwość”.
Dla niego liderem nie jest ten, kto najwięcej mówi. „To ten, który potrafi w odpowiednim momencie milczeć – i otworzyć drzwi”. To powrót do idei, że siła nie tkwi w ilości, ale w strategicznym użyciu słowa i ciszy.
Nawet Nagrodę Nobla traktował pragmatycznie, jako narzędzie w swojej grze. „Ja byłem w 100% przekonany, że muszę go dostać, bo tak wspaniale rozegraliśmy tę grę”. To nie była dla niego chwała, ale kluczowy zasób strategiczny.
Ta strategia przyniosła historyczne zwycięstwo, ale Wałęsa jest brutalnie szczery co do jej ceny. „Wszystko mi się udało, co wymarzyłem i zaplanowałem, wszyściutko. I w związku z tym? Jestem spełniony”. Ale zaraz dodaje, tonem pełnym melancholii, która przeszywa nawet po latach: „Ale znowu jak zastanowię się z ludzkiego punktu widzenia, to wszystko przegrałem, życie mi uciekło. Wyjeżdżałem, miałem dzieci, żonę, kochaliśmy się, przyjeżdżałem… – już tego nie ma, wszystko mi uciekło. Nieodwracalnie. […] W tym życiu trzeba płacić rachunki za wszystko” – kończy, dając do zrozumienia, że każdy sukces jest kwestią wyboru i kompromisu.
Dla młodego naukowca historia Wałęsy powinna być inspirująca. Cechował się niezwykłą determinacją i potrafił przemienić braki w atut.