Jak mówić o wspólnocie, która nie mieści się w granicach kraju ani epoki
Dionizos i jego orszak (thiasos) na górnym fryzie attyckiego naczynia czerwonofigurowego/black-figure typu krater-psykter, datowanego na ok. 525–500 p.n.e., przypisywanego kręgowi Malarza Antimenesa. Zbiory Luwru, Paryż. Fot. Marie-Lan Nguyen / Wikimedia Commons / CC BY 2.5
To nie jest książka o starożytnej Grecji ani historia jednego kraju. Roderick Beaton odpowiada na pytanie prostsze i zarazem trudniejsze: kim są Grecy. I pokazuje, że odpowiedź nie ma wiele wspólnego z granicami państwa
Beaton w książce Grecy. Historia globalna wychodzi z założenia, że Greków nie da się zrozumieć przez historię terytorium. Proponuje inne kryterium: język. Grekami są w jego ujęciu wszyscy, którzy w różnych epokach posługiwali się greką i uczestniczyli w tej kulturze. To przesuwa punkt ciężkości z państwa na wspólnotę rozproszoną w czasie i przestrzeni.
Historia Greków obejmuje więc ponad trzy tysiące lat i obszar od wschodniej części Morza Śródziemnego po regiony sięgające Azji, a w niektórych okresach także dużą część Europy. W starożytności grecki pełnił funkcję wspólnego języka w wielu regionach. Posługiwali się nim ludzie o różnym pochodzeniu, którzy nie musieli być „Grekami” w dzisiejszym sensie. Dobrym przykładem jest Septuaginta, greckie tłumaczenie Biblii hebrajskiej przygotowane dla społeczności żydowskich w Egipcie. Dla nich to właśnie grecki był językiem codziennym i zrozumiałym.
Beaton pokazuje, że taka sytuacja powtarzała się wielokrotnie. Grecki był narzędziem komunikacji, edukacji i kultury, a jego zasięg wykraczał daleko poza obszar zamieszkiwany przez etnicznych Greków.
Książka nie przedstawia Greków jako jednej, niezmiennej wspólnoty. Przeciwnie, pokazuje, że ich tożsamość zmieniała się wraz z epokami. W różnych okresach Grekami byli mieszkańcy starożytnych polis, poddani imperium bizantyjskiego, społeczności żyjące pod panowaniem osmańskim czy wreszcie obywatele nowoczesnego państwa. Łączył ich język, ale dzieliły doświadczenia historyczne, religia i sposób życia.
To prowadzi do jednego z głównych pytań książki: kto właściwie jest Grekiem. Współczesne odpowiedzi, oparte na narodowości czy religii, okazują się tylko jedną z wielu możliwych definicji. Beaton pokazuje też, że spór o tożsamość nie należy do przeszłości. Współczesna Grecja wciąż odwołuje się do starożytności, a jednocześnie funkcjonuje w zupełnie innych realiach politycznych i społecznych. To napięcie dobrze oddają słowa poety Jorgosa Seferisa: „Nie mówię, że jesteśmy tej samej krwi […], ale wciąż żyjemy w tym samym kraju i widzimy te same góry kończące się w morzu”.
Choć książka obejmuje ponad trzy tysiące lat historii, nie jest klasycznym podręcznikiem. Beaton ogranicza liczbę dat i wydarzeń, skupiając się na procesach, zmianach języka, migracjach i kontaktach między kulturami. Dzięki temu Grecy. Historia globalna staje się przede wszystkim próbą uporządkowania jednego problemu: jak mówić o wspólnocie, która nie mieści się w granicach jednego kraju ani jednej epoki.
Poniżej puublikujemy fragment książki

Z legend i ksiąg rachunkowych
1500–1180 p.n.e.
Wyobraźmy sobie wschód słońca nad Morzem Egejskim w roku 1500 p.n.e. Daleko na wschodzie i na południu słońce wznosi się już nad horyzontem i oświetla Żyzny Półksiężyc, ciągnący się od Zatoki Perskiej wzdłuż rzek Tygrysu i Eufratu, opierając się na zachodzie o Morze Śródziemne. To na tych ziemiach tysiące lat wcześniej rozpoczęły się rolnictwo i hodowla zwierząt. Przez ponad tysiąclecie rozkwitały tam złożone społeczeństwa, czy też cywilizacje, kolejno: Ur, Akkad, Sumer, Babilon. W roku 1500 p.n.e. rządzą tam Asyryjczycy, władający ze swojej stolicy Aszur na brzegu rzeki Tygrys. Niedawno jednak w okolicy powstało nowe centrum władzy i bogactwa, położone bardziej na północ, bliżej Morza Egejskiego, na wyżynach Anatolii.
To królestwo Hetytów. Choć po drugiej stronie morza ledwie świta, to nad stolicą Hetytów, Hattusas, już unosi się słońce. Hattusas leży niedaleko przyszłej stolicy Turcji, Ankary. Królowie Hetytów utrzymują armię setek rydwanów wojennych – jak również drugą armię, mniej widoczną, ludzi spisujących liczne rejestry tak zwanym pismem klinowym, stworzonym na terenie Żyznego Półksiężyca w poprzednim tysiącleciu. Niemal dokładnie w tym samym momencie, daleko na południu, słońce wznosi się nad doliną Nilu. Najpierw oświetla szczyty piramid w Gizie, które już mają jakieś piętnaście stuleci. Egipt jest przez cały ten czas stabilnym królestwem z hierarchicznym społeczeństwem i rozwiniętym systemem pisma, a ma przed sobą jeszcze tyle samo stuleci stabilności. Słynna wiedza Egipcjan i ich bogactwa stanowią magnes przyciągający tu handlarzy i rywali wojskowych z całego regionu.
Tymczasem w Anatolii światło słońca zaczyna wlewać się w doliny leżące na zachód od płaskowyżu, na którym znajduje się serce kraju Hetytów. Mieszkańcy nadbrzeżnych nizin mają swoje własne języki, spokrewnione z hetyckim. W roku 1500 p.n.e. nie są oni poddani bezpośredniej władzy Hattusas. Gdy słońce dociera do wybrzeża, ukazuje się miasto leżące u ujścia największej ze wszystkich okolicznych rzek, Meandra. Hetyci nazywają miasto Mallawanda, a w późniejszych greckich dziejach będzie znane jako Milet.
Chwilę później, kilkaset kilometrów na północ i nieco na zachód, światło słońca dociera nad cieśninę zwaną Dardanele albo Hellespont. Po stronie azjatyckiej, kilka kilometrów w głąb lądu od Morza Egejskiego, do życia budzą się gęsto zaludnione ulice jeszcze większego miasta. Zbudowane na żyznej równinie, ma ono znakomite strategiczne położenie, korzystając z drogi handlowej idącej z Morza Egejskiego, przez Morze Marmara i jeszcze dalej, przez Bosfor, aż na Morze Czarne. Miejscowej cytadeli bronią potężne mury. Pod murami znajduje się miasto dolne, w którym mieszka jakieś dziesięć tysięcy ludzi, co jak na ówczesne czasy stanowi w tej części świata niemałą populację. Historia nie odnotowała, jakim językiem mówili jego mieszkańcy ani jak nazywali swoje miasto. Hetyci nazywają miasto Wilusa albo Wilios, później zaś Grecy będą je zwać Ilios albo Ilion – ostatecznie zaś stanie się znane pod inną grecką nazwą, być może nie mniej starą: Troja.
Słońce wędruje ponad Morzem Egejskim. Pierwsze promienie chwytają szczyty trzech wielkich pasm górskich, przecinających ze wschodu na zachód wyspę zwaną Kreta. Wyspa jest długa na trzysta dwadzieścia kilometrów, szeroka najwyżej na sześćdziesiąt pięć, a z jej brzegów nie widać żadnego innego lądu. Kwitnie tu zaawansowana cywilizacja, która trzy i pół tysiąca lat później, kiedy zostaną odkryte pozostałości tej kultury, zostanie nazwana minojską, od imienia jej legendarnego króla, Minosa. Kreta pod rządami Minojczyków jest krainą dostatku i dobrobytu. Gdy słońce dociera do nadbrzeżnych nizin, na dachach budynków ukazują się charakterystyczne stylizowane bycze rogi, nieco przypominające średniowieczne umocnienia, choć nie wzniesiono ich w celach obronnych (pierwsi archeologowie, którzy je odkryli na początku wieku dwudziestego, nazwali je dość pretensjonalnie rogami konsekracyjnymi – i ta nazwa się przyjęła). Większe miasta rozrastają się wokół precyzyjnie zorganizowanych, złożonych kompleksów, które archeologowie nazwą „pałacami”. W rzeczywistości są to centra zbierania i redystrybucji produktów rolnych i wytworów rzemieślniczych. Te działania są ściśle powiązane z ceremoniałem religijnym i rytualnym, który rozwija się na tej wyspie od kilku stuleci.
Dla większości przybyszów, nawet w roku 1500 p.n.e., kreteński styl życia musi wydawać się egzotyczny. Także język minojski, w tym system zapisu, nie jest podobny do żadnego innego. Minojska architektura sprawia wrażenie wznoszenia budynków do góry nogami: wyższe kondygnacje są oparte na kolumnach, które zwężają się ku dołowi. Pokoje ceremonialne w pałacach są pomalowane w jasne barwy, a wewnętrzne ściany pokryte są kunsztownymi freskami w żywych kolorach. Mężczyźni noszą na nich krótkie kilty albo przepaski biodrowe, kobiety zaś długie, szerokie spódnice oraz krótkie narzuty, które odsłaniają i podkreślają nagie piersi. Na niektórych freskach kobiety trzymają w dłoniach żywe węże. Przedstawiciele obu płci są pokazani z nienaturalnie wąskimi taliami. Inne sceny pokazują publiczne przedstawienie, które musiało być wyjątkowo niebezpiecznym sportem połączonym z ceremonią religijną: akrobaci chwytają pędzącego byka za rogi i wykonują salto nad jego plecami, by wylądować na wyprostowanych nogach, zwróceni w stronę, z której nadeszli.
Wewnątrz pałaców znajdują się ukryte i oświetlone tylko przez szczeliny w suficie „baseny oczyszczające” otoczone kolumnami wkopanymi w ziemię, pozwalającymi komunikować się z potężnymi bóstwami. Jedno z nich jest przedstawiane pod postacią byka i najpewniej stanowi pierwotną formę „trzęsącego ziemią” Posejdona, czczonego w późniejszych czasach. Możliwe, że najpotężniejszym bóstwem jest kobieta o smukłej talii i odsłoniętych piersiach, często przedstawiana na szczycie piramidy skalnej, u stóp której znajdują się ludzie i dzikie zwierzęta, wpatrujący się w boginię z uwielbieniem. Miejsca kultu znajdują się również na górskich szczytach, a także głęboko w jaskiniach. Wiadomo o przypadkach – możliwe, że zdarzających się regularnie – składania ludzi w ofierze lub zabijania dzieci na kanibalskie uczty, mające udobruchać tych samych bogów1.
Minojczycy z Krety mają dobre powody, by się tych bóstw obawiać. Morze Egejskie jest terenem częstych ruchów skorupy ziemskiej. W przeszłości pałace i miasta były nierzadko burzone z powodu trzęsień ziemi. Jak dotąd za każdym razem, gdy do tego dochodziło, Minojczycy odbudowywali je z jeszcze większym rozmachem niż wcześniej. Gdy teraz światło słońca przemierza morze, na północy ukazuje się grupka wysp, które będą później znane jako Cyklady. Pośród nich, najbliżej Krety, widać przerażający pomnik niszczycielskich sił drzemiących pod powierzchnią ziemi. To pierścień skalistych wysepek otaczających zalaną morzem, aktywną wulkanicznie kalderę, która później zyskała nazwę Thera, a jeszcze później – Santorini. Na łagodnych zboczach od strony morza, daleko od kaldery, istniały niegdyś liczne kwitnące miasteczka. Ludzie mieszkali tu w dwupiętrowych domach, malując w ich wnętrzach freski w typie minojskich. W roku 1500 p.n.e. może nadal żyją niektórzy z tych, co pamiętają katastrofalną erupcję, która rozsiała osad wulkaniczny na wiele kilometrów i zniszczyła wszelkie ślady ludzkiej bytności na Therze pod dziesięciometrową warstwą popiołu i pumeksu2.
Pozostałości Akrotiri, jak później nazwano to miejsce, miały być nieodkryte aż do roku 1967 (n.e.). W roku 1500 p.n.e. można tam dojrzeć jedynie pozbawione życia sterty białego popiołu poprzecinane czarnymi strumieniami lawiny piroklastycznej, której temperatura w chwili wybuchu sięgała kilkuset stopni Celsjusza. Takiej katastrofy nie mógł przetrwać żaden żywy organizm na wyspie. Nawet pół wieku później zaledwie szczątkowa roślinność mogła się tam pojawić. Wiatr od morza omiatał powierzchnię wyspy, tworząc zdradliwe zapadliny i wymiatając popiół daleko na morze. Dopiero po bardzo wielu latach najśmielsi marynarze pojawili się tam na nowo. Mieszkańcy Thery musieli zostać ostrzeżeni, bo domy i ulice, które archeolodzy odkryli w wieku dwudziestym, były pozbawione ludzi. W dalszych miejscach, chociaż wybuch był z pewnością przerażający, wywołał mniejsze skutki, niż można by się spodziewać. Minojczycy najpewniej poradzili sobie z tą katastrofą, tak jak i z poprzednimi. Możliwe jednak, że mniej dostrzegalne efekty dopiero po jakimś czasie dadzą o sobie znać. W roku 1500 p.n.e. być może tego nie widać, ale wiara mieszkańców Krety w opiekuńcze bóstwa mogła nieco osłabnąć, a poświęcone im rytuały mogły zostać uznane za niewystarczające3.
W chwili wybuchu wulkanu wiał wiatr z zachodu. Mniej dotknięci katastrofą byli więc ludzie mieszkający dwieście, trzysta kilometrów dalej na zachód w głąb lądu, do których wreszcie – w ten nasz wyimaginowany poranek – dociera słońce. To ta ziemia po wielu stuleciach będzie znana jako Hellas, a później Graecia, a wreszcie – Grecja. Ludzie żyją tu w małych rozsianych społecznościach, rok po roku zmagając się z ryzykiem wystąpienia gorszych zbiorów, susz czy powodzi. Jeśli nie liczyć kilku żyznych równin przybrzeżnych, ziemia nadająca się do uprawy i wypasu jest tu przecięta pasmami górskimi, które oddzielają również poszczególne społeczności od siebie. Rolnictwo i hodowla na własne potrzeby są tu normą. Hoduje się głównie owce i kozy. Ziemia może wykarmić niewiele brzuchów – ludzkich i zwierzęcych. Ta sytuacja nie zmieni się tu przez kolejne stulecia.
W roku 1500 p.n.e. nie ma na lądzie żadnych zabudowań mogących się równać z tymi na Krecie, ani co do zagęszczenia, ani co do rozmiaru. Do niedawna cała ta okolica, zwłaszcza w porównaniu z Kretą, była kulturalnie zacofana4. W powietrzu wiszą już jednak zmiany. Najlepiej widać to w Mykenach, osadzie położonej na szczycie wzgórza na równinie zwanej Argolidą, na północnym wschodzie Peloponezu. Zaczyna się tam kształtować zamożna elita społeczna. Mieszkańcy południa Grecji są na fali wznoszącej. Ich potomkowie za kilka pokoleń będą władać całym regionem Morza Egejskiego, przyćmią minojską Kretę i pozostawią najstarsze piśmienne zabytki języka greckiego.
Polecane:
-
Artykuł
Budowniczowie megalitów z Libanu Przejdź do publikacji: Budowniczowie megalitów z Libanu
-
Artykuł
Jak zachować autentyczność: ukryta walka z podrabianą żywnością Przejdź do publikacji: Jak zachować autentyczność: ukryta walka z podrabianą żywnością
-
Artykuł
„Nudny miliard”, który zmienił Ziemię. Jak płyty tektoniczne przygotowały grunt pod życie Przejdź do publikacji: „Nudny miliard”, który zmienił Ziemię. Jak płyty tektoniczne przygotowały grunt pod życie
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Czaszki, gwoździe i pamięć. Nowe badania z Katalonii zmieniają obraz iberyjskich rytuałów
Czaszki, gwoździe i pamięć. Nowe badania z Katalonii zmieniają obraz iberyjskich rytuałów Przejdź do publikacji: Czaszki, gwoździe i pamięć. Nowe badania z Katalonii zmieniają obraz iberyjskich rytuałów
Przejdź do publikacji: Kliknij i wykop. Archeolodzy alarmują: państwo traci kontrolę nad zabytkami
Kliknij i wykop. Archeolodzy alarmują: państwo traci kontrolę nad zabytkami Przejdź do publikacji: Kliknij i wykop. Archeolodzy alarmują: państwo traci kontrolę nad zabytkami
Przejdź do publikacji: Od daru bogów do codziennej ucieczki. Co antropologia mówi o naszym związku z alkoholem