Czytasz artykuł w trybie offline
Jak oddaliśmy klucze Big Techowi. Technologia, która przestała być tylko usługą
**Flota statków Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej wracająca z Chin w 1802 r. W centrum „Hindostan”, jeden z największych statków Kompanii. Obraz Nicholasa Pococka z 1803 r. Domena publiczna / Wikimedia Commons.**
Kolonizacja XXI wieku nie wymaga armii ani okrętów. Wystarczą dane, chmura, platformy i infrastruktura, bez których coraz trudniej funkcjonować – przekonują autorzy książki „Krzemowa kompania. Jak skolonizował nas Big Tech”
Academia: Zacznijmy od tytułu, który nawiązuje do Kompanii Wschodnioindyjskiej. Skąd taka analogia?
Wojciech Brzeziński: Kompania Wschodnioindyjska powstała po to, by rozwiązać bardzo konkretny problem: angielscy kupcy chcieli zdobyć dostęp do azjatyckich przypraw, ale szlaki handlowe kontrolowali Holendrzy i Portugalczycy. Niewiele ponad półtora wieku później Kompania rządziła terenami zamieszkanymi przez około 200 milionów ludzi, miała własną armię, sądy i prowadziła wojny. To działo się krok po kroku. Kompania, żeby handlować, potrzebowała własnej floty i uzbrojonych statków do ochrony przed piratami. Potem fortów zabezpieczających porty, żołnierzy, ziemi pozwalającej ich utrzymać, a w końcu także dyplomacji, żeby układać się z miejscowymi władcami. Każdy kolejny krok wydawał się logicznym następstwem poprzedniego.
W pewnym sensie podobnie rozwijały się największe firmy technologiczne. Na przykład Amazon zaczynał jako księgarnia internetowa.Gdy się rozrósł zaczął potrzebować magazynów. Później własnej logistyki, a następnie infrastruktury chmurowej. Dziś AWS to kręgosłup znacznej części internetu. I tutaj również każdy kolejny etap z osobna wyglądał racjonalnie i niewinnie.
Kolonizacja to mocne słowo.
Agata Kaźmierska: Jak inaczej nazwać sytuację, w której ktoś stopniowo przejmuje kontrolę nad zasobami i infrastrukturą? Nie potrzeba do tego otwartej przemocy. Często zaczyna się od zależności, która z czasem daje coraz większą władzę. Dziś podobny proces dotyczy naszych danych, uwagi i prywatności, zwykle często oddawanych dobrowolnie, a nawet z entuzjazmem.
Ale powiedzmy to jasno: to nie jest książka o „złych geniuszach”, którzy potajemnie sterują światem. Rzeczywistość jest dużo bardziej złożona. Państwa potrzebują Big Techu, bo bez niego nie są w stanie konkurować technologicznie i militarnie, a Big Tech potrzebuje państwowych pieniędzy, kontraktów i ochrony. Te dwa światy coraz mocniej się ze sobą splatają.
Książkę otwieracie rozdziałem o chińskim systemie kredytu społecznego. To dość odległy punkt wyjścia dla opowieści, która w dużej mierze dotyczy nas wszystkich.
Wojciech Brzeziński: Odległy geograficznie, ale nie tematycznie. Chiny zbudowały najbardziej rozbudowany system nadzoru w historii ludzkości – ponad 600 milionów kamer, systemy zbierające dane biometryczne mieszkańców czy programy, które w ciągu tygodnia potrafią wskazać tysiące „podejrzanych”. W ostatnich latach powstało wiele alarmistycznych tekstów o tym, jak daleko Chiny zaszły w tej dziedzinie. Nie zauważaliśmy – a z pewnością Amerykanie długo nie zauważali – co dzieje się pod naszym własnym nosem i jak bardzo rozbudowywane są zachodnie systemy. W USA dopiero ostatnio, kiedy ten ogromny aparat inwigilacji zaczął być wykorzystywany między innymi do tropienia imigrantów, coś zaczęło się zmieniać.
Agata Kaźmierska: Pionierem gromadzenia danych na masową skalę nie byli Chińczycy, ale amerykańska armia, a dokładniej DARPA. Już przeszło 20 lat temu jej program Total Information Awareness miał łączyć i analizować ogromne zbiory danych w poszukiwaniu potencjalnych terrorystów. Formalnie program zamknięto pod naciskiem opinii publicznej, ale część rozwijanych w jego ramach projektów i technologii była później kontynuowana. DARPA prowadziła też projekt LifeLog, który miał gromadzić informacje o niemal każdym aspekcie życia człowieka. Zamknięto go 4 lutego 2004 roku, dokładnie tego samego dnia, kiedy w akademiku na Harvardzie Mark Zuckerberg uruchomił swój studencki projekt – thefacebook.
To zbieg okoliczności czy budujecie z tego jakąś tezę?
Wojciech Brzeziński: Zbieg okoliczności, ale wymowny. Pokazuje, że to, czego państwo nie mogło zrobić siłą, budżetem wojskowym i w majestacie prawa, zrobiła prywatna firma w zamian za rozrywkę i wygodę. Piszemy w książce, że dziś w serwerowniach jednej firmy spoczywają „teczki” ponad trzech miliardów ludzi – dokładniejsze niż te, które Stasi zbierała przez 39 lat, a stworzone bez przesłuchań i donosicieli, bo sami zanieśliśmy tam nasze dane.
Piszecie sporo nie tylko o samych technooligarchach, ale także o ludziach, którzy stanowią ich intelektualne zaplecze.
Wojciech Brzeziński: Poświęciliśmy im dużo miejsca, bo bez nich trudno zrozumieć, dlaczego tuż przed ostatnimi wyborami prezydenckimi część Doliny Krzemowej poparła Donalda Trumpa. Nie chodzi wyłącznie o kontrakty, dotacje czy polityczne zabezpieczenie się. Dla wielu kluczowych postaci Doliny Krzemowej jest to projekt ideologiczny.
Mało kto wie na przykład, kim jest Nick Land. W latach 90. był ekscentrycznym filozofem, który podczas konferencji naukowych leżąc na podłodze recytował wiersze przy muzyce jungle. W 1998 roku przeżył załamanie nerwowe i zniknął z życia akademickiego. Kilkanaście lat później wrócił jako jedna z centralnych postaci ruchu neoreakcyjnego. W uproszczeniu jego teza jest taka, że kapitalizmu i technologii nie da się kontrolować, ponieważ napędzają się nawzajem, aż w końcu „nic ludzkiego nie przetrwa bliskiej przyszłości”. To właśnie z tego sposobu myślenia wyrasta część filozofii, którą dziś w Dolinie Krzemowej określa się mianem efektywnego akceleracjonizmu. Marc Andreessen, jeden z najważniejszych inwestorów venture capital, pisze o konieczności przyspieszania rozwoju technologicznego bez zbędnych hamulców, a Sam Altman rzuca na X hasła w rodzaju: „nie możesz mnie wyprzedzić w przyspieszaniu”.
Co chcecie, żeby czytelnik zapamiętał najbardziej?
Agata Kaźmierska: Napisaliśmy tę książkę, żeby pokazać pewne mechanizmy, bo dopiero kiedy się je rozumie, można zacząć myśleć o tym, jak je zmienić.
Poniżej publikujemy fragment książki „Krzemowa kompania. Jak skolonizował nas Big Tech”, wydanej przez wydawnictwo Port.

Suwerenność na abonament
Poczta, zwłaszcza służbowa, sprawia czasem problemy.
Kiedy w maju 2025 roku Karim Khan, główny prokurator Międzynarodowego Trybunału Karnego, stracił dostęp do służbowego maila, nie chodziło o typową awarię.
Chodziło o politykę. Dwudziestego maja 2024 roku Khan wystąpił o wydanie międzynarodowych nakazów aresztowania przywódców Hamasu, odpowiedzialnych za zamachy z siódmego października 2023 roku, w których zginęło ponad tysiąc Izraelczyków, a także premiera Izraela Benjamina Netanjahu i ministra obrony Joawa Galanta, których odpowiedź na te ataki doprowadziła do śmierci dziesiątek tysięcy Palestyńczyków. Donald Trump uznał, że w ten sposób Trybunał swoim „złośliwym działaniem” zagroził „naruszeniem suwerenności Stanów Zjednoczonych” (serio, to są cytaty z oficjalnego oświadczenia prezydenta Stanów Zjednoczonych)1. Szóstego lutego 2025 roku Trump wydał rozporządzenie wykonawcze, na mocy którego prokurator Karim Khan trafił na „czarną listę” Departamentu Skarbu Stanów Zjednoczonych2. W praktyce oznaczało to zamrożenie wszystkich aktywów brytyjskiego prawnika znajdujących się pod jurysdykcją USA oraz zakaz prowadzenia z nim interesów przez amerykańskie podmioty, a ponieważ wiele instytucji na świecie stosuje się do amerykańskich restrykcji – także faktyczne wykluczenie go z globalnego obiegu finansowego. Karą do 20 lat więzienia lub grzywną w wysokości miliona dolarów zagrożono także każdej osobie, instytucji lub firmie w Stanach Zjednoczonych, która udzieliłaby Khanowi „wsparcia finansowego, materialnego lub technologicznego”. W ten sposób najważniejszy międzynarodowy prokurator znalazł się na tej samej amerykańskiej liście co Władimir Putin, którego Trybunał ściga za zbrodnie w Ukrainie.
Skoro coś takiego spotkało szefa prokuratorów Międzynarodowego Trybunału Karnego, cała instytucja znalazła się w trybie oblężonej twierdzy. Jej 900 pracowników poinformowano o zakazie wjazdu do USA, a zatrudnionych tam Amerykanów ostrzeżono, że podróż do kraju może się dla nich skończyć aresztowaniem. To w oczywisty sposób utrudniło prowadzenie śledztw w sprawie najcięższych zbrodni, nie tylko tych popełnionych przez Izrael w Gazie.
Jednocześnie część organizacji w obawie przed amerykańskimi karami przestała współpracować z Trybunałem, a szefowie jednej z nich przestali nawet odpowiadać na maile od urzędników sądowych. Sytuacja dodatkowo się zaogniła, gdy Trump nałożył sankcje na kolejnych dziesięciu prokuratorów Trybunału i zagroził rozszerzeniem ich na całą instytucję (czego do czasu zakończenia pisania tej książki nie zrobił)3.
Wśród „amerykańskich podmiotów”, którym prezydenckie rozporządzenie zakazuje świadczenia usług, są firmy technologiczne. W całej sprawie nie chodziło więc tylko o dostęp do maila, ale również o przechowywaną cyfrowo dokumentację, systemy bezpieczeństwa czy wypłaty dla pracowników. W zasadzie o każdy skomputeryzowany element działania tej instytucji. Dość szybko pojawiły się komentarze, że amerykański prezydent wykorzystał amerykańskie technologie jako broń przeciw Trybunałowi4.
I dla wielu to był zimny prysznic. W Parlamencie Europejskim pojawiły się formalne zapytania, czy mamy jakiekolwiek narzędzia, i to nawet nie po to, by się bronić przed arbitralnymi decyzjami USA, ale by zachować zdolność do jakiegokolwiek działania, gdy „wyłączą nam komputery”5.
Wszyscy nagle zdali sobie sprawę, że chodzą na amerykańskiej smyczy.
Trybunałowi amerykańską „smycz” udało się poluzować dopiero po pół roku. Z końcem października 2025 roku ogłosił on przejście z pakietu Microsoft Office na OpenDesk. To oprogramowanie typu open source rozwijane jest przez ZenDiS, niemieckie Centrum Suwerenności Cyfrowej Administracji Publicznej powołane przez Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Niemiec6.
Trzy amerykańskie firmy – Amazon Web Services, Microsoft Azure i Google Cloud – w 2025 roku kontrolowały łącznie około 63 procent światowego rynku usług chmurowych: Amazon – 29 procent, Azure – 22 procent, Google Cloud – 12 procent7. „Usługi chmurowe” to całe cyfrowe zaplecze niezbędne do działania niemal każdej organizacji: serwery, bazy danych, firmowa poczta, systemy dokumentów, kopie zapasowe, zabezpieczenia, narzędzia do pracy zdalnej, systemy logowania, oprogramowanie, a coraz częściej także wyspecjalizowane modele sztucznej inteligencji oraz moc obliczeniowa potrzebna do ich działania. Im głębiej państwo lub organizacja wchodzi w taki ekosystem, tym trudniej się z niego wycofać.
W Europie ta zależność jest szczególnie widoczna. BBC w sierpniu 2025 roku informowało, że Google, Microsoft i Amazon dostarczają łącznie 70 procent europejskiej infrastruktury chmurowej8. Raport EuroStack – A European Alternative for Digital Sovereignty z tego samego roku stwierdzał, że ponad 80 procent cyfrowych technologii i infrastruktury wykorzystywanych na naszym kontynencie pochodzi z importu, a sam rynek chmury został w praktyce skolonizowany przez amerykańskich „hyperscalerów”9.
Autorzy raportu pisali wprost, że Europa stoi wobec „poważnych zależności technologicznych i wynikających z nich podatności”, a ich przezwyciężenie jest „kluczowe dla zabezpieczenia odpornych łańcuchów dostaw, ochrony systemów energetycznych, zabezpieczenia infrastruktury krytycznej i wzmocnienia cyberbezpieczeństwa”. Autorzy raportu proponowali odpowiedź w skali przemysłowej: inwestycje liczone nie w miliardach, lecz w setkach miliardów euro. W zależności od wariantu była mowa o 300–500 miliardach euro rozłożonych na dekadę. Zdaniem autorów dokumentu budowa całego europejskiego zaplecza cyfrowego jest strategicznie równie ważna jak stabilność strefy euro czy wzmocnienie europejskich armii10.
Bez budowy takiej infrastruktury nie ma mowy o suwerenności. Dowiódł tego Merien ten Houten, uważany za pioniera holenderskiego internetu, który przyjrzał się w 2025 roku, gdzie fizycznie znajdują się dane z najważniejszych stron w jego kraju. Analiza 16,5 tysiąca domen w sektorze publicznym, ochronie zdrowia i infrastrukturze krytycznej wykazała, że 67 procent z nich jest powiązanych z amerykańskimi usługami chmurowymi, z czego połowa znajduje się na serwisach Microsoftu. „Nasza kluczowa infrastruktura jest w całości podtrzymywana przez amerykańskich gigantów technologicznych. Holandia oddała swoje cyfrowe klucze” – przestrzegał, publikując wyniki swoich badań11.
Taka zależność ma wymiar nie tylko technologiczny, lecz także prawny. CLOUD Act z 2018 roku daje amerykańskim władzom możliwość żądania dostępu do danych przechowywanych przez firmy podlegające jurysdykcji USA, i to niezależnie od tego, gdzie fizycznie znajdują się ich serwery. Informacje przechowywane w centrach danych w Europie mogą zostać objęte amerykańskim prawem, jeśli zarządza nimi amerykańska spółka12. W rozważaniach na ten temat nie chodzi wyłącznie o to, jak oceniamy działania gospodarza Białego Domu i do jakiego stopnia uważamy, że jest albo nie jest obliczalny. Każdy prezydent Stanów Zjednoczonych przynajmniej w teorii ma działać w najlepszym interesie swojego kraju, a to oznacza, że w imię politycznego realizmu nie będzie skłonny zrezygnować z narzędzia, które służy temu celowi. I to, z perspektywy Europy, zaledwie wierzchołek problemu.
„Jeśli dane są nową ropą naftową, to chmura obliczeniowa jest rurociągiem, rafinerią, flotą tankowców, a coraz częściej także pompą” – pisał w komentarzu redakcyjnym w październiku 2025 roku „The Guardian”13. Było to tuż po tym, jak trwająca 15 godzin awaria platformy usług chmurowych Amazona zakłóciła działanie aplikacji i stron internetowych na całym świecie, wpływając na tysiące firm i odcinając milionom użytkowników dostęp do Snapchata, Signala czy Duolingo. Do usterki doszło w US-EAST-1, największym i najważniejszym regionie centrów danych Amazona w północnej Wirginii, przez który – według danych Amazona – przechodzi nawet do 70 procent światowego ruchu internetowego. Była to trzecia poważna awaria tego klastra w ciągu poprzednich pięciu lat i każda z nich prowadziła do rozległych zakłóceń w działaniu usług. „Rola Wirginii w ruchu internetowym jest porównywalna z Cieśniną Ormuz dla tankowców – to wąskie gardło, przez które przepływa kluczowy handel. Jest podatna nie tylko na błędy techniczne, ale także na cyberataki, sabotaż geopolityczny i terroryzm” – podkreślał „The Guardian”14. Warto odnotować, że dziennik pisał to przed kryzysem, jaki wywołała hucpa w Ormuz, której skutków – choćby na stacjach benzynowych – doświadczyliśmy za sprawą najwspanialszego z polskich sojuszników.
Niemal dokładnie miesiąc po awarii w US-EAST-1, osiemnastego listopada 2025, doszło do globalnej awarii w sieci Cloudflare (to jeden z kluczowych dostawców infrastruktury oraz zaawansowanego routingu dla milionów serwisów, obsługujący około 20 procent globalnego ruchu internetowego). Wielu użytkowników, gdy wyświetlały im się komunikaty internal server error czy please unblock challenges.cloudflare.com to proceed, mogło odnieść wrażenie, że tamtego dnia internet po prostu przestał działać. Nie było dostępu między innymi do X, ChatGPT, Spotify’a czy Canvy, a także aplikacji, z których korzysta się przez internet, zamiast je instalować, takich jak poczta, dokumenty czy narzędzia do pracy.
„Wszyscy w Europie mają świadomość, że kontynent zbyt łatwo dał się zredukować do roli konsumenta technologii, a dostawcy z Chin – i w coraz większym stopniu z USA – nie gwarantują już bezpieczeństwa technologicznego i informacyjnego naszego kontynentu” – pisał w marcu 2026 roku w „Krytyce Politycznej” doktor Jakub Chabik, który od ćwierćwiecza zarządza wdrożeniami w sektorze nowoczesnych technologii15. Europejscy politycy o cyfrowej suwerenności mówią co najmniej od dekady, kiedy to za sprawą Edwarda Snowdena wyszło na jaw, że dzięki amerykańskim technologiom z łatwością mogą być podsłuchiwani. Cały czas na tapecie jest też zagrożenie ze strony inwigilacji chińskiej. W związku z tym przeprowadzono całą serię debat i wyprodukowano bardzo dużo dokumentów strategicznych dotyczących tego, jak cyfrową suwerenność osiągnąć. Wyniknęło z tego niewiele.
Problem precyzyjnie zdiagnozował były szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi w raporcie z 2024 roku na temat konkurencyjności UE. Stwierdza w nim, że jednym z powodów zapóźnień Europy jest to, że nie wykorzystała pierwszej fali cyfryzacji, a później zamiast nadrabiać, poszła „na łatwiznę”, kupując gotowe amerykańskie rozwiązania (dokładnie to samo robiliśmy w sektorze zbrojeniowym)16. W rezultacie z całkowitego finansowania na rozwój na przykład projektów z zakresu sztucznej inteligencji zaledwie 6 procent otrzymują firmy z UE, a zdecydowana większość środków trafia do USA. Mówiąc inaczej, choć mamy za co, nie rozwijamy własnych technologii, a Amerykanie odjeżdżają nam za nasze pieniądze. Dalej w diagnozie Draghiego jest stara śpiewka: nadmierne regulacje i biurokracja, które wprawdzie chronią Europejczyków, ale jednocześnie spowalniają rozwój firm technologicznych oraz niskie nakłady na badania i rozwój.
To wszystko sprawia, że dobrze nie jest. Ale nie jest też tak całkiem beznadziejnie. Europa ma kilka atutów technologicznych, na przykład holenderską ASML, głównego producenta urządzeń do produkcji i naświetlania krzemowych chipów, stanowiących podstawę wszystkich urządzeń komputerowych. Jeśli idzie o dużych dostawców technologii chmurowych, na przykład francuski OVH do pewnego stopnia może konkurować z gigantami takimi jak Microsoft, Amazon, czy Google, choćby dlatego, że oferuje suwerenność danych i zgodność z RODO, mimo że nie dysponuje ani tak rozbudowaną globalną siecią, ani tak szerokim ekosystemem usług jak amerykańscy hyperscalerzy, zwłaszcza w obszarach zaawansowanej analityki danych czy sztucznej inteligencji (OVH ma przychody rzędu miliarda euro rocznie, podczas gdy sam Amazon Web Services generuje ponad 100 miliardów dolarów).
Doktor Chabik pisze, że „z warstwą danych jest raczej lepiej niż gorzej, a nawet w AI nie jest tak źle, jak potocznie się sądzi, między innymi za sprawą francuskiego Mistrala”17.
I może być lepiej z co najmniej dwóch powodów. Pierwszym jest to, że Europejczykom za sprawą posunięć Donalda Trumpa zwyczajnie strach zajrzał w oczy i zaczynają inwestować nie w Ameryce, ale u siebie. „Kluczową rolę w zwiększaniu zdolności UE do osiągnięcia cyfrowej suwerenności odgrywają Wieloletnie Ramy Finansowe. W założeniach na lata 2028–2034 przewidziano przeznaczenie na ten cel ponad 600 miliardów euro. Planuje się utworzenie Europejskiego Funduszu Konkurencyjności o wartości przekraczającej 400 miliardów euro. Ponadto w ramach Programu Horyzont Europa zostanie przeznaczone 175 miliardów euro na finansowanie innowacji, w tym projektów związanych z AI, obliczeniami kwantowymi i suwerennością danych. Dodatkowe nakłady finansowe na budowanie suwerenności są również zaplanowane w ramach Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności (672,5 miliarda euro). Państwa członkowskie Unii Europejskiej są zobowiązane do przeznaczenia minimum 20 procent środków na projekty cyfrowe” – stwierdza doktor Andrzej Kozłowski w raporcie Suwerenność Cyfrowa. Między autonomią a pragmatyzmem18.
Drugi powrót jest taki, że inwestycje w cyfrową suwerenność Europy wymusi europejski biznes, który obawiając się amerykańskiej konkurencji, będzie chciał trzymać swoje dane u siebie. W tym kontekście doktor Kozłowski przytacza przykład Airbusa, perły w koronie europejskiego przemysłu, który z końcem 2025 roku zadeklarował, że planuje ograniczyć współpracę z Google’em i Microsoftem w obszarze usług biurowych i chmurowych. Koncern zapowiedział, że chce znaleźć w Europie dostawcę usług chmurowych, który przejmie obsługę strategicznych systemów zarządzania przedsiębiorstwem. Wartość kontraktu może przekroczyć 50 milionów euro, co czyni go największym projektem chmurowym realizowanym w Europie19.
O ile w usługach chmurowych pojawiają się już pierwsze „lokalne” alternatywy, pozwalające uniezależnić się od partnerów zza oceanu, o tyle w przypadku sztucznej inteligencji skala potrzebnych inwestycji sprawia, że odzyskanie suwerenności może się okazać niemożliwe.
Polecane:
-
Czy da się cofnąć wymieranie? Między biotechnologią a złudzeniem Przejdź do publikacji: Czy da się cofnąć wymieranie? Między biotechnologią a złudzeniem
-
Klon nie jest kopią. Granice powielania życia Przejdź do publikacji: Klon nie jest kopią. Granice powielania życia
-
Artykuł
Nobla nie robi się, walcząc o kolejne granty Przejdź do publikacji: Nobla nie robi się, walcząc o kolejne granty
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Awatary zmarłych i nowe obietnice nieśmiertelności
Awatary zmarłych i nowe obietnice nieśmiertelności Przejdź do publikacji: Awatary zmarłych i nowe obietnice nieśmiertelności
Przejdź do publikacji: „Partnerzy czy lobbyści?” Kontrowersje po sejmowej komisji o dzieciach w sieci
„Partnerzy czy lobbyści?” Kontrowersje po sejmowej komisji o dzieciach w sieci Przejdź do publikacji: „Partnerzy czy lobbyści?” Kontrowersje po sejmowej komisji o dzieciach w sieci
Przejdź do publikacji: Meta i Google skazane za uzależnianie. Jakie skutki niesie ten wyrok?