Czytasz artykuł w trybie offline
Ludzie PAN. Prof. Jusupović o Rusi poza współczesnymi granicami
Prof. Adrian Jusupovic
Historia średniowiecznej Rusi ma znaczenie nie tylko dla poznania przeszłości. Władimir Putin wykorzystuje ją do uzasadniania swojej polityki, dlatego Polska potrzebuje własnych specjalistów, badań i znajomości źródeł – mówi prof. Adrian Jusupović z Instytutu Historii PAN. Jego zdaniem to elementem bezpieczeństwa państwa
Academia: Co powiedziałby pan osobie, która niewiele wie o średniowiecznej Rusi, aby przekonać ją, że to jeden z najciekawszych rozdziałów historii Europy Środkowo-Wschodniej?
Prof. Adrian Jusupović: Przede wszystkim, że w Polsce wciąż bardzo mało o niej wiemy. Zajmuję się okresem od X do XIV wieku, a liczba polskich specjalistów od tego zagadnienia jest naprawdę niewielka. Literatura dostępna w języku polskim również jest dość skromna. To tylko podsyca ciekawość: co właściwie się wtedy działo? Tym bardziej że źródła ruskie zawierają mnóstwo informacji dotyczących Polski, których polska historiografia często nie wykorzystuje. Weźmy choćby Kronikę halicko-wołyńską. Dowiadujemy się z niej między innymi o murowanych budowlach na Wawelu w XIII wieku. To też niezwykle ważne źródło dotyczące dziejów trzynastowiecznego Mazowsza. Chyba najbardziej zafascynowało mnie właśnie to, jak wiele pozostaje do odkrycia i jak słabo te źródła są w Polsce znane.
Oczywiście istnieje bogata literatura rosyjska, ukraińska czy białoruska, ale tutaj pojawia się bariera językowa. Mam wrażenie, że należę już do stosunkowo nielicznych polskich badaczy młodszego pokolenia, którzy swobodnie czytają źródła zapisane cyrylicą i posługują się językiem rosyjskim. Bez znajomości tych języków trudno prowadzić badania nad średniowieczną Rusią.
Często patrzymy na średniowieczną Ruś jak na odległy świat poza głównym nurtem europejskiej historii.
Patrzymy na nią przez pryzmat współczesnej geografii i dzisiejszych państw: Rosji, Ukrainy, Białorusi i części Polski. Podkreślam: także Polski, ponieważ niektóre obszary należące niegdyś do księstwa halickiego znajdują się dzisiaj w naszych granicach. Bardzo często, szczególnie na Zachodzie, Ruś jest utożsamiana z Rosją. Do tego dochodzi postrzeganie jej przez pryzmat podziału na Kościół łaciński i prawosławny. Tymczasem w średniowieczu nie był to jeszcze podział, jaki znamy dzisiaj. Istniały oczywiście różnice między kręgiem kultury łacińskiej i bizantyńskiej, ale kontakty między nimi były bardzo intensywne. Włodzimierz Wielki poślubił przecież Annę Porfirogenetkę, siostrę cesarzy bizantyńskich. Do dziś pojawiają się hipotezy, że Maria Dobroniega, żona Kazimierza Odnowiciela, mogła być córką Anny. Osobiście uważam to za mało prawdopodobne, choć nie całkowicie niemożliwe. Ruskie księżniczki trafiały na dwory europejskich władców. Jedna z nich, Anna, została królową Francji. Zachował się dokument, na którym złożyła podpis cyrylicą.
Mamy więc bardzo rozległą sieć kontaktów dynastycznych, politycznych, handlowych i kulturowych. Władcy zabiegali o wpływy, zawierali małżeństwa, prowadzili handel. Ruś uczestniczyła w tych procesach tak samo jak inne państwa europejskie. Dlatego tak ważne jest, by nie przenosić na średniowiecze naszych współczesnych wyobrażeń o granicach i podziałach.
W jaki sposób ruskie kroniki pozwalają nam lepiej poznać historię Polski?
Czasami chodzi o inną perspektywę, ale często jest znacznie prościej: źródła ruskie zachowały informacje, których nie znajdziemy w źródłach polskich, ponieważ te ostatnie nie przetrwały. Dobrym przykładem są roczniki płockie, które rekonstruujemy między innymi na podstawie Jana Długosza. Tymczasem jednym z najważniejszych źródeł do dziejów Mazowsza w XIII wieku są latopisy ruskie. Co więcej, dzięki nim możemy weryfikować informacje zawarte w dokumentach łacińskich.
Weźmy Drohiczyn. Przez wiele lat przyjmowano, że przebywali tam bracia dobrzyńscy. Budziło to jednak pewne wątpliwości. Dopiero analiza Latopisu hipackiego, a dokładniej tej jego części, którą nazywamy Kroniką halicko-wołyńską, pozwoliła wskazać na obecność templariuszy, określanych w źródle jako „Salomonicze”. To pokazuje, jak ważne jest zestawianie źródeł pochodzących z różnych tradycji.

Zresztą w odniesieniu do źródeł ruskich zazwyczaj używamy terminu „latopis”. Kronika halicko-wołyńska jest pod tym względem wyjątkowa. W tych tekstach znajdujemy informacje o polskich książętach, między innymi Henryku Sandomierskim, ale również o przedstawicielach elit, takich jak Piotr Włostowic czy Pakosław, bliski współpracownik Leszka Białego. Niekiedy są to wiadomości, których próżno szukać gdziekolwiek indziej.
Tylko jak oddzielić w takim źródle fakty od propagandy? Przecież kronikarz często pisał na zamówienie władcy, któremu zależało na przedstawieniu własnej dynastii w możliwie najlepszym świetle.
Dla historyka, który opanował warsztat źródłoznawczy, nie jest to aż tak trudne. Bardzo lubię porównanie, którego czasami używa prof. Jacek Banaszkiewicz. Do źródła należy podchodzić jak do ściany narracyjnej. Ta ściana ma jednak pewne dziury, przez które możemy zobaczyć, jak było naprawdę. Trzeba przede wszystkim rozumieć, dlaczego dany tekst powstał: kto go zamówił, na jakim dworze pracował kronikarz i jaki był cel jego opowieści. Jeżeli wiemy, że autor pisał na potrzeby konkretnej dynastii, możemy przypuszczać, że nie będzie przedstawiał jej przedstawicieli jako złoczyńców. Negatywnymi bohaterami staną się raczej ci, którzy zagrażali jej władzy, interesom politycznym czy terytorialnym.
Chcesz dostawać najciekawsze teksty Academii PAN?
Zapisz się na newsletter „Nauka i odkrycia”. Najciekawsze badania, odkrycia i rozmowy z naukowcami — prosto na Twoją skrzynkę.
Interesują Cię inne tematy? Wybierz newslettery →
Prawie gotowe
Sprawdź skrzynkę i potwierdź zapis
Wysłaliśmy Ci wiadomość od Academia PAN. Bez kliknięcia przycisku „Potwierdzam” zapis nie zostanie zakończony.
Nie widzisz wiadomości? Odczekaj kilka minut i sprawdź także foldery Spam, Oferty lub Inne.
Bywają też jednak zaskoczenia. Na przykład w Powieści minionych lat, mimo pewnego dystansu do obcych władców, Bolesław Chrobry został przedstawiony nadzwyczaj dobrze. Oczywiście na jego wizerunek rzutuje historia Światopełka, zwanego Przeklętym, ale sam opis Chrobrego jest bardzo interesujący. Dlatego zawsze powtarzam osobom zaczynającym pracę ze źródłami: najpierw zastanówcie się, po co ten tekst napisano. W przypadku Powieści minionych lat cel został zresztą przedstawiony już na samym początku. Autor zamierzał opowiedzieć, skąd wzięła się Ruś, jak rozszerzało się jej terytorium i jak panowała dynastia. Kiedy znamy ten cel, łatwiej odczytać również to, czego kronikarz nie mówi wprost.
Przez kilka lat pracował pan w Instytucie Pamięci Narodowej, zajmując się między innymi komunistycznym aparatem bezpieczeństwa. Czy historia XX wieku wymaga zupełnie innego sposobu myślenia niż historia średniowiecza?
Zdecydowanie wymaga innego podejścia do źródeł. Chociaż od razu zastrzegę, że to, co powiem, może być trochę krzywdzące dla historyków XX wieku. Zawsze miałem wrażenie, że dwudziestowiecznicy często nie mają takiego warsztatu jak mediewiści. Mediewista potrafi napisać dziesięcio- czy dwudziestostronicowy artykuł na podstawie jednej krótkiej wzmianki źródłowej. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, żeby wycisnąć ze źródła absolutnie wszystko, co się da.
Historycy XX wieku znajdują się w zupełnie innej sytuacji. Mają ogromną liczbę dokumentów. Właśnie ta masowość źródeł sprawia, że często szukają odpowiedzi bezpośrednio w dokumentach, zestawiając informacje z kolejnych materiałów. Czasami prowadzi to do podejścia bardziej kompilacyjnego. Powstaje narracja oparta na źródłach, ale nie zawsze towarzyszy jej równie głęboka analiza tego, dlaczego dokument powstał, co jego autor chciał osiągnąć i jak należy interpretować poszczególne informacje. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich. Bardzo cenię historyków mających szerokie spojrzenie, takich jak prof. Antoni Dudek, który potrafi zobaczyć cały las, a nie tylko poszczególne drzewa.
A skąd właściwie wzięła się pańska praca w IPN?
Poniekąd zdecydowała konieczność. Należałem do pierwszego rocznika dziennych studiów doktoranckich na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, który z powodu problemów finansowych jednostki nie otrzymał normalnych stypendiów. Przyznano jedno, dopiero po pierwszym roku. Jak wiadomo, naukowiec nie zawsze może sobie pozwolić na traktowanie swojego zawodu jak hobby. Trafiłem więc do IPN i zacząłem pracować z dokumentami XX wieku, a z czasem stałem się specjalistą od aparatu bezpieczeństwa państwa, w tym Służby Bezpieczeństwa. Napisałem kilka artykułów oraz, wspólnie z Rafałem Leśkiewiczem, książkę, która później zaczęła być wykorzystywana w interpretacjach prawnych. Sukces tej monografii był dla mnie zaskoczeniem. Wyjaśniono mi również, że publikacja historyczna może trafić do systemu informacji prawnej LEX, jeśli ma znaczenie dla interpretacji obowiązujących przepisów, na przykład ustawy lustracyjnej czy ustawy o IPN.
To musi być ciekawe doświadczenie dla historyka: zajmuje się przeszłością, a jego praca bezpośrednio wpływa na współczesną praktykę prawną.
Dzisiaj współpracuję z kancelariami prawnymi, już jako niezależny ekspert. Nie powiedziałbym jednak, że tylko historia najnowsza ma bezpośredni wpływ na teraźniejszość. Średniowiecze również może mieć ogromne znaczenie dla współczesnej polityki. Wystarczy posłuchać wystąpień prezydenta Rosji. Władimir Putin bardzo często sięga do średniowiecza, żeby uzasadniać swoją wizję odbudowy „Wielkiej Rosji”. Wykorzystuje interpretacje wydarzeń sprzed setek lat do legitymizowania współczesnych działań politycznych. Dlatego praca mediewisty może mieć równie duże znaczenie społeczne jak praca badacza XX wieku. Dotyczy to zresztą także historyków starożytności czy epoki nowożytnej.
A czy doświadczenia z IPN zmieniły pański sposób czytania źródeł średniowiecznych?
Bardziej zmieniły moje spojrzenie na warunki pracy w różnych instytucjach. Kiedy przychodzi się do IPN, dostaje się biurko, komputer i możliwość wyjazdów służbowych. Nie trzeba przy tym brać urlopu naukowego ani zastanawiać się, czy instytucja pokryje wszystkie koszty podróży. W nauce wygląda to często zupełnie inaczej. Naukowiec zazwyczaj służbowy komputer otrzymuje, jeśli otrzyma grant, przy jego braku finansuje go z własnych oszczędności. Analogicznie z własnego projektu może kupić sprzęt potrzebny do badań, ale na biurko nie zawsze może liczyć – chyba że kupi je sobie do mieszkania. Koszty wyjazdów również nie zawsze są pokrywane w całości. To pokazuje, jak duża jest różnica w traktowaniu pracowników różnych instytucji państwowych.
Czy to nie jest po prostu konsekwencja chronicznego niedofinansowania polskiej humanistyki? W naukach technicznych czy ścisłych można jeszcze szukać współpracy z biznesem i grantów na rozwój technologii. Historyk ma znacznie mniejsze możliwości.
To przede wszystkim problem polskiej humanistyki. Jeśli spojrzymy na Niemcy czy Litwę, sytuacja wygląda lepiej. W Polsce ogromnym problemem stała się zmiana zasad finansowania, a zwłaszcza współczynników kosztochłonności, wprowadzona za czasów ministra Jarosława Gowina, około 2018–2019 roku. W przypadku niektórych jednostek naukowych doprowadziło to do bardzo dużego zmniejszenia budżetów, nawet o kilkadziesiąt procent. Mam wrażenie, że kiedy rządzący zaczynają myśleć o oszczędnościach, humanistyka często jest jedną z pierwszych dziedzin, w których szukają pieniędzy. Problem polega na tym, że raz odebrane środki bardzo trudno później odzyskać. Rozmawiałem z politykami, którzy mówili mi wprost, że nie zamierzają zmieniać współczynników kosztochłonności, choć doskonale wiedzą, jakie problemy to powoduje.
Co jakiś czas dowiadujemy się, że kolejny instytut PAN ma trudności finansowe. Wtedy pojawia się rozwiązanie doraźne: raz czy dwa razy w roku dodatkowy zastrzyk pieniędzy. Systemowego rozwiązania jednak nie ma.
Miałem okazję spędzić trochę czasu w niemieckim środowisku naukowym, między innymi w GWZO. Na dzień dobry dostałem biurko i komputer. Mogłem też zobaczyć, jak funkcjonuje tam finansowanie badań. Jeżeli niemiecki naukowiec składa wniosek do DFG (Deutsche Forschungsgemeinschaft), czyli tamtejszej organizacji finansującej badania, to zwykle dlatego, że chce zrealizować projekt przekraczający możliwości finansowe jego jednostki. Co więcej, grant nie służy temu, żeby zapewnić dodatkowe wynagrodzenie osobie, która już pracuje w instytucji. Środki mają umożliwić przeprowadzenie badań. Można oczywiście zatrudnić dodatkowego badacza, na przykład na stanowisku podoktorskim, jeśli wymaga tego projekt.
W Polsce sytuacja bywa odwrotna. Zdarza się, że naukowcy starają się o granty nie dlatego, że projekt wymaga szczególnie dużych nakładów, lecz dlatego, że jest to jedyny sposób na uzyskanie dodatkowego wynagrodzenia. To wiele mówi o kondycji naszego systemu nauki.
Wróćmy do politycznego wykorzystywania historii. Wspomniał pan o Putinie, który sięga do średniowiecza, żeby uzasadniać swoje współczesne ambicje. Jak historyk powinien reagować na takie próby?
Powinniśmy przede wszystkim traktować badania nad historią Europy Wschodniej znacznie poważniej, niż robimy to obecnie. Niedawno napisałem dla „Forum Akademickiego” tekst o potrzebie rozwoju badań nad Rusią. Przekonywałem w nim, że potrzebujemy ośrodka, który zajmowałby się tym tematem w sposób systematyczny. Nie jestem zwolennikiem powoływania kolejnych instytucji tylko po to, żeby tworzyć nowe instytucje. Znacznie rozsądniej byłoby zbudować taki ośrodek przy jednostce, która już istnieje. Ograniczyłoby to koszty i pozwoliło wykorzystać dotychczasowy dorobek. Obecna sytuacja jest jednak niepokojąca.
Jeżeli wymienimy badaczy średniowiecznej Rusi działających w Polsce, których dorobek jest rozpoznawalny na arenie międzynarodowej, okaże się, że można ich policzyć na palcach jednej ręki. Tymczasem Rosja ma ponad dwustuletnią tradycję takich badań, liczne instytuty i wielu specjalistów. Posiada środowisko naukowe zdolne zarówno do prowadzenia badań, jak i do udziału w międzynarodowych dyskusjach o interpretacji przeszłości. My mamy bardzo niewielkie możliwości reagowania. A w tej części Europy rozpoznawalność naukowa ma ogromne znaczenie. Jeśli ktoś ma uznany dorobek, jego głosu się słucha. Jeśli nie jest znany, nawet słuszne argumenty mogą zostać zignorowane. Dlatego potrzebujemy specjalistów, którzy nie tylko znają źródła, ale również publikują, uczestniczą w międzynarodowej dyskusji i mają w niej odpowiednią pozycję.
Czyli powinniśmy traktować badania historyczne jako jeden z elementów bezpieczeństwa państwa?
Jak najbardziej. Jeżeli nie mamy własnych specjalistów, nie prowadzimy badań i nie uczestniczymy w międzynarodowej dyskusji, inni będą opowiadali nam historię naszego regionu. Później ich interpretacje zaczną trafiać do podręczników, publikacji naukowych i debaty publicznej.
Jest jeszcze jeden problem: system oceniania dorobku naukowego. Obecnie liczą się przede wszystkim artykuły i książki. Recenzje naukowe są znacznie słabiej premiowane. To powoduje, że czasopisma i wydawnictwa mają coraz większe trudności ze znalezieniem specjalistów gotowych poświęcić czas na napisanie rzetelnej recenzji. A przecież dobra recenzja może mieć ogromne znaczenie. Może wykazać błędy, zakwestionować niewłaściwe interpretacje i powstrzymać rozprzestrzenianie się dezinformacji.
Jeżeli system nie zachęca naukowców do takiej pracy, stopniowo tracimy kontrolę nad jakością publikacji.
Dzisiaj napisanie solidnej recenzji krytycznej wymaga przeczytania całej książki, przeanalizowania źródeł i sprawdzenia błędów. To ogrom pracy, za którą naukowiec nie otrzymuje praktycznie żadnego uznania w systemie ewaluacji. A potem dziwimy się, że publikacje o charakterze pseudonaukowym mogą funkcjonować w akademickim obiegu.
Czy doświadczenie historyka zmienia sposób, w jaki patrzy pan na współczesną Rosję i wojnę w Ukrainie?
Zdecydowanie. I to z dwóch powodów. Pierwszy to warsztat historyka. Człowiek przyzwyczaja się do nieustannego analizowania informacji, porównywania źródeł i szukania tego, co kryje się za narracją. Trudno później wyłączyć ten sposób myślenia.
Drugi powód to moje osobiste doświadczenia. Kiedy zaczynałem zajmować się średniowieczną Rusią, naturalnym środowiskiem mojej pracy były Ukraina, Rosja, a w mniejszym stopniu Białoruś. Spędziłem w tych krajach bardzo dużo czasu. Poznałem tamtejszych naukowców i instytucje, ale także codzienne realia życia. To nauczyło mnie znacznie więcej niż tylko historii. Zacząłem lepiej rozumieć sposób funkcjonowania tych społeczeństw, relacje między ludźmi i mechanizmy załatwiania różnych spraw. Mam wrażenie, że jeszcze w latach 90. Polacy znacznie lepiej rozumieli rzeczywistość swojego wschodniego sąsiada, ponieważ mieli doświadczenia życia w podobnym systemie. Moje pokolenie już często tego nie rozumie. Weźmy choćby korupcję. W Polsce traktujemy łapówkę jako coś sprzecznego z zasadami funkcjonowania instytucji. Tymczasem w Rosji przez lata utrzymywał się system, w którym załatwianie spraw dzięki pieniądzom, znajomościom czy nieformalnym kontaktom było czymś powszechnym. Czasami wystarczało przekonać drugą stronę, że zna się odpowiednich ludzi, nawet jeśli w rzeczywistości nie miało się takich kontaktów.
To są rzeczy, których trudno nauczyć się wyłącznie z książek. Trzeba znać ludzi i realia, w których funkcjonują. Dzięki temu trochę inaczej patrzyłem również na wydarzenia po lutym 2022 roku. Pamiętam rozmowę z prof.Aleksandrem Musinem, rosyjskim historykiem, który obecnie ma status uchodźcy i pracuje we Francji. Rozmawialiśmy niedługo po aneksji Krymu przez Rosję i rozpoczęciu wojny w Donbasie o tym, co będzie dalej. Powiedział mi wtedy: „Słuchaj, Adrian, machina wojenna ruszyła. To kwestia czasu, kiedy będzie tylko gorzej i gorzej”. Niestety długo nie musieliśmy czekać, żeby przekonać się, że miał rację. Machina ruszyła i bardzo trudno ją zatrzymać.
Mówi pan o potrzebie lepszego poznawania historii naszych wschodnich sąsiadów. A jakie największe nieporozumienia dotyczące tej historii dostrzega pan w Polsce? Są jakieś przekonania, których historycy nie mogą się pozbyć, choć źródła pokazują coś innego?
Jest ich wiele. Problem zaczyna się od tego, że w Polsce często w ogóle nie znamy źródeł dotyczących średniowiecznej Rusi. Zdarza mi się wysłać do publikacji artykuł i usłyszeć od recenzenta albo redaktora: „Proszę to dokładniej wyjaśnić, bo u nas nikt o tym nie wie. Nie znamy tych źródeł, nie wiemy, jak je interpretować”. To pokazuje skalę problemu.
Przez lata przejęliśmy też wiele interpretacji, które funkcjonowały w historiografii rosyjskiej. Część z nich powtarzamy nawet nieświadomie. Dobrym przykładem jest Drohiczyn. W literaturze rosyjskiej przedstawiano go często jako miasto od początku ruskie. Tymczasem jego historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Musimy pamiętać, że granice państwa Piastów przebiegały w różnych okresach znacznie dalej na wschód, niż często sobie wyobrażamy. Drohiczyn przez długi czas znajdował się w polskiej strefie wpływów. Prawdopodobnie w XII wieku Polska utraciła nad nim kontrolę na rzecz Rusi, później odzyskała ją za panowania Kazimierza Sprawiedliwego, a następnie ponownie straciła za panowania Daniela Romanowicza, około 1243 roku. To przykład pokazujący, że dzieje pogranicza były znacznie bardziej złożone niż prosta opowieść o odwiecznej przynależności jakiegoś terytorium do jednego państwa.
Podobny problem dotyczy tzw. “Grodów Czerwieńskich”. Każdy, kto chodził do polskiej szkoły, zapewne słyszał tę nazwę. Ale ile osób potrafi wskazać, gdzie te grody się znajdowały? Kiedyś zainicjowałem w Instytucie Historii PAN cykl konwersatoriów dla nauczycieli. Sami zwracali uwagę, że oczywiście wiedzą o Grodach Czerwieńskich, bo pojawiają się w podręcznikach. Kiedy jednak zaczynaliśmy rozmawiać o konkretnych miejscach, na przykład o dzisiejszym Czermnie, okazywało się, że wiedza jest znacznie skromniejsza. Zresztą wystarczy przejrzeć szkolne podręczniki. O Rusi dowiadujemy się przede wszystkim wtedy, kiedy jej historia bezpośrednio przecina się z historią Polski. Są Grody Czerwieńskie, są stosunki z Wielkim Księstwem Moskiewskim i Iwan IV. Ale mnóstwo innych wydarzeń, bardzo istotnych również z naszego punktu widzenia, właściwie się w nich nie pojawia.
Mam wrażenie, że po upadku komunizmu popełniliśmy pewien błąd. Kiedy Polska uwolniła się spod wpływów Związku Radzieckiego, dość gwałtownie odwróciliśmy się od Wschodu. Trochę na zasadzie: nareszcie nie macie na nas wpływu, więc nie chcemy mieć z wami nic wspólnego. Z czasem zaczęło się to zmieniać. Jednak po 2022 roku znowu nastąpiło odwrócenie od rosyjskich instytucji i środowisk naukowych. Z oczywistych powodów zerwano wiele form współpracy.
Czasami zapominamy jednak o jednej rzeczy: właśnie teraz powinniśmy jeszcze intensywniej badać historię i przeszłość naszego wschodniego sąsiada. Nie musimy w tym celu współpracować z instytucjami podporządkowanymi rosyjskiemu państwu. Potrzebujemy natomiast własnych specjalistów, własnych badań, znajomości źródeł i języków. Bo jeśli sami nie będziemy rozumieli historii tego regionu, ktoś inny będzie nam ją tłumaczył. I niekoniecznie zrobi to w naszym interesie.
Prof. dr hab. Adrian Jusupović – historyk, pracownik Instytutu Historii im. Tadeusza Manteuffla PAN, od 2022 roku kierownik Zakładu Badań Źródłoznawczych i Edytorstwa. Specjalizuje się w dziejach średniowiecznej Rusi, stosunkach polsko-ruskich i edytorstwie źródeł historycznych. Badał również aparat bezpieczeństwa PRL. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie uzyskał doktorat w 2011 roku. W 2023 roku otrzymał tytuł profesora nauk humanistycznych. Wspólnie z Dariuszem Dąbrowskim przygotował edycję krytyczną i polski przekład Kroniki halicko-wołyńskiej. Był członkiem Akademii Młodych Uczonych PAN, należy do Komitetu Słowianoznawstwa PAN. Organizuje cykl konferencji „Światy Słowian” i jest redaktorem naczelnym serii w wydawnictwie De Gruyter Brill „The Worlds of the Slavs”.
Jeżeli nie mamy własnych specjalistów, nie prowadzimy badań i nie uczestniczymy w międzynarodowej dyskusji, inni będą opowiadali nam historię naszego regionu. Później ich interpretacje zaczną trafiać do podręczników, publikacji naukowych i debaty publicznej.