Matura to za mało. Edukacja w Polsce rozjeżdża się już na poziomie podstawówki
Wyniki matur 2025 i egzaminu ósmoklasisty pokazują rosnące rozwarstwienie edukacyjne między dużymi miastami a mniejszymi miejscowościami. W centrum uwagi znalazła się również Szkoła w Chmurze, której uczniowie wypadli słabiej od średniej krajowej
Komentarz dr hab. Jakuba Brdulaka, eksperta ds. edukacji, wykładowcy Szkoły Głównej Handlowej, sekretarza Polskiej Komisji Akredytacyjnej:
Wyniki tegorocznych egzaminów – zarówno matury, jak i egzaminu ósmoklasisty – pokazują coś bardzo niepokojącego. Przede wszystkim ogromne zróżnicowanie między uczniami z dużych miast a dziećmi z mniejszych ośrodków. W Warszawie średni wynik z matematyki czy języka polskiego nie zachwyca, ale mieści się w granicach przyzwoitości. Natomiast w miasteczkach takich jak Ruciane-Nida, Giżycko czy Słupsk uczniowie potrafią uzyskać z matematyki średnio o ponad 15 procent mniej niż w Warszawie proc. To jednak przepaść.
Trzeba powiedzieć wprost: różnice te nie powstają na poziomie matury. One są widoczne w szczególności już w wieku 13-14 lat, kiedy uczniowie przygotowują się do egzaminu ósmoklasisty. A ten egzamin decyduje o tym, do jakiego liceum młody człowiek trafi i jaką ścieżkę edukacyjną będzie dalej mógł wybrać. Jeśli ktoś ma słabszy wynik już na tym etapie, często trafia do szkoły, która nie jest w stanie go dobrze przygotować do matury. A potem okazuje się, że nawet jeśli włożył wysiłek, i tak osiąga wynik daleki od oczekiwań.
Osobna kwestia to konstrukcja samej matury. Nadal obowiązuje próg zdawalności 30 proc., a średnie wyniki na poziomie rozszerzonym oscylują wokół 40 proc. Trudno uznać to za satysfakcjonujące podsumowanie czterech lat nauki. Mam wrażenie, że obecna formuła matury działa bardziej, jak narzędzie selekcji niż realnej oceny kompetencji. Z punktu widzenia młodego człowieka to doświadczenie frustrujące. Pracował, uczył się, starał, a słyszy, że 40 proc. to dobrze. Co to mówi o naszym systemie? Czy jeśli np. lekarz wykona swoją pracę na 40 procent, to znaczy, że wykonał pracę dobrze?
W przestrzeni publicznej dużo emocji budzi także wynik matur uczniów ze Szkoły w Chmurze. Faktycznie, ich średnie są niższe niż w szkołach stacjonarnych. Warto jednak przyjrzeć się temu bliżej. Mamy tu co najmniej dwie grupy uczniów. Są osoby, które nie odnajdywały się w tradycyjnym systemie – z powodu zdrowia, trudności psychicznych, neuroatypowości albo po prostu innych potrzeb edukacyjnych. Dla nich Chmura jest szansą, by ukończyć szkołę i podejść do matury. I to już jest ogromny krok.
Z drugiej strony są uczniowie, którzy świadomie wybierają tę formę edukacji, bo mają konkretne cele. Znam przypadek chłopaka, który po nauce w Chmurze dostał się na Warszawski Uniwersytet Medyczny. Po prostu miał plan, wsparcie i potencjał, z którego skorzystał. Jasne, nie jest to przypadek powszechny, ale też nie można oceniać całej szkoły przez pryzmat jednej średniej. Średnia to tylko liczba. A Szkoła w Chmurze odpowiada dziś na realne potrzeby tysięcy młodych ludzi.
Wracając do szerszej perspektywy, od lat mówi się o skutkach likwidacji gimnazjów. Czy to miało wpływ na wyniki egzaminów? Z pewnością zmieniło strukturę edukacyjną, ale prawdziwy problem leży głębiej. Chodzi o jakość oświaty, a ta niestety spada. Coraz trudniej o stabilny zespół nauczycielski. Wielu nauczycieli pracuje w kilku szkołach jednocześnie. W małych miejscowościach brakuje kadry, zasobów i infrastruktury. Przykładowo, patrząc na wyniki szkół podstawowych w Olsztynie, widzimy, że najlepsze z nich wypadają na poziomie średnio-słabszych warszawskich szkół.
To nie jest tylko kwestia pieniędzy, choć te oczywiście też mają znaczenie. To kwestia systemowego podejścia. Szkoła powinna być miejscem wyrównywania szans. A dziś coraz częściej pogłębia różnice. Jeśli chcemy mówić o poważnej polityce edukacyjnej, to powinniśmy zacząć od pytania, jak sprawić, żeby każda szkoła podstawowa – niezależnie od lokalizacji – mogła naprawdę rozwijać swoich uczniów. Bez tego kolejne roczniki będą wchodzić w dorosłość z bagażem nierówności, które nie wynikają z ich winy, ale z miejsca, w którym się urodzili.
Polska szkoła zamiast wyrównywać szanse, coraz częściej pogłębia różnice