Jeśli ktoś ma prawie trzydzieści lat i robi doktorat, trudno oczekiwać, że nie będzie myślał o przyszłości, mieszkaniu czy rodzinie. Tymczasem system cały czas traktuje doktorantów trochę jak kategorię przejściową.
Doktorat może być przygodą, ale coraz częściej staje się też testem wytrzymałości. Niskie stypendia, niejasny status doktoranta, brak stabilności i poczucie zawieszenia między studiami a pracą sprawiają, że młodzi badacze płacą za karierę naukową wysoką cenę. O tym, co w doktoracie nadal daje satysfakcję, a co wymaga pilnej naprawy, mówi Martyna Nowicka, przewodnicząca Porozumienia Doktorantów Instytutów PAN
Zrobiłaby pani jeszcze raz doktorat?
Myślę, że tak. Jest coś bardzo wciągającego w szukaniu odpowiedzi na pytania, na które wcześniej nikt nie odpowiedział. Doktorat to niesamowita przygoda także dzięki ludziom, których się poznaje, i doświadczenia, które się zdobywa. To nie są wyłącznie kompetencje naukowe. To również umiejętność współpracy, budowania relacji, komunikacji czy popularyzacji nauki. Nawet jeśli ktoś później nie zostanie w nauce, i tak wynosi z doktoratu ogromne doświadczenie.
Co jest w tym najlepsze?
Jestem z obszaru nauk medycznych i bardzo lubię moment, kiedy po godzinie 16 zostaję sama w laboratorium. Mam swoją muzykę, swoją aparaturę i mogę po prostu skupić się na eksperymentach. To chwile, w których człowiek najbardziej czuje, po co właściwie to robi.
A w którym momencie doktorat zmienia się w pracę na pełen etat?
Chyba po pierwszym roku. Zwłaszcza kiedy zaczyna się pisać indywidualny plan badawczy. Wtedy człowiek widzi, że rzeczywiście dużo już zrobił i dużo się nauczył, ale jednocześnie orientuje się, ile jeszcze przed nim. To trochę jak wejście na pierwsze wzniesienie i zobaczenie za nim kolejnego pasma górskiego. Wtedy doktorat przestaje być przedłużeniem studiów, a zaczyna podporządkowywać sobie bardzo dużą część życia.
Doktorat uczy przede wszystkim pokory i cierpliwości. Wymaga ogromnej ilości czasu i energii, ale jednocześnie, jeśli ktoś naprawdę chce to robić, nadal jest w tym coś wyjątkowego. Ta praca jest bardziej twórcza niż wiele innych zawodów. Można poświęcić czas na czytanie literatury, przygotowanie grantu, szukanie pomysłów. Oczywiście są terminy, raporty, rozliczenia i presja, by dowozić kolejne rzeczy. Mimo wszystko pozostaje jednak większe poczucie wolności niż w pracy polegającej wyłącznie na odhaczaniu zadań. Problem polega na tym, że ta wolność nie rozwiązuje problemów systemowych.
Jakich?
Choćby tego, że doktorat bardzo łatwo zaczyna pożerać całe życie. Widzę to nawet podczas spotkań rodzinnych. Kiedyś pytano mnie o hobby, dziś najczęściej słyszę: „No i jak doktorat? Ile ci jeszcze zostało?”. A odpowiedź na to pytanie bywa bardzo płynna. Człowiek ma poczucie, że wszedł na jedną górkę, a za nią pojawia się kolejna. I tak powoli się wspina. W pewnym momencie wszystko zaczyna układać się pod doktorat: terminy grantowe, eksperymenty, publikacje, konferencje. Nawet planowanie wakacji robi się trudniejsze, bo badania nie poczekają.

Doktoranci chyba też trochę zamykają się wtedy we własnym świecie.
Trochę tak, ale jednocześnie daje to poczucie wspólnoty. Doktoranci są bardzo specyficzną grupą i mam wrażenie, że dobrze czują się w swoim gronie. Spotykamy się w różnych organizacjach doktoranckich, takich jak przykładowo Warszawskie Forum Doktorantów, które jest jednym z wielu przykładów lokalnych inicjatyw dla doktorantów. Rozmawiamy o grantach, dydaktyce i problemach systemowych, ale też po prostu o tym, komu znowu coś nie wyszło w laboratorium.
To ważne, bo człowiek widzi, że nie tylko on ma problem, nie tylko on siedzi do późna nad wykresami albo stresuje się kolejnym terminem. W doktoracie bardzo łatwo poczuć się samotnie, więc takie środowisko wsparcia naprawdę dużo daje.
A na co doktoranci narzekają najczęściej?
Na stypendia. Przed oceną śródokresową doktorant dostaje obecnie 3570 zł brutto, po ocenie około 5500 zł brutto. To niewielkie pieniądze dla osoby po studiach, która chciałaby utrzymać się samodzielnie bez dodatkowej pracy. Bardzo szybko okazuje się więc, że kwestie naukowe mieszają się z podstawowymi sprawami życiowymi: czy wystarczy na wynajem mieszkania, czy trzeba będzie dorabiać, czy da się pojechać na konferencję, czy starczy na zwykłe funkcjonowanie.
Do tego dochodzą granty i finansowanie badań. Nakłady na naukę w Polsce nie są wysokie i doktoranci bardzo szybko to odczuwają.
Przy takich stypendiach doktorat zaczyna być ścieżką dla ludzi, których ktoś może finansowo wesprzeć.
Wiele osób szuka pracy w grantach NCN albo dodatkowych stypendiów zewnętrznych, żeby po prostu trochę więcej zarabiać. Niektórzy podejmują dodatkową pracę, choć nie zawsze da się ją pogodzić z doktoratem. Myślę, że w pewnym momencie doktorat może rzeczywiście stać się trochę „zabawą dla bogatych”. Tego się obawiam. Zwłaszcza jeśli ktoś robi doktorat w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku i musi sam utrzymać się w dużym mieście. To już nie jest kwestia komfortu, tylko zwykłego funkcjonowania.
To chyba wpływa też na zwykłe decyzje życiowe: mieszkanie, związki, dzieci.
Przede wszystkim doktoranci nie mogą ubiegać się o kredyty. To bardzo duży problem. A sam doktorat jest zobowiązaniem na cztery lata albo dłużej. Nie da się wszystkiego rzucić i wyjechać w podróż dookoła świata, bo badania nie poczekają, grant nie poczeka, terminy nie poczekają.
Są takie momenty w roku, kiedy całe życie podporządkowuje się kalendarzowi naukowemu. Teraz zbliża się składanie Preludium NCN, więc człowiek siedzi po nocach przy komputerze, czyta literaturę i przygotowuje projekt, bo taki grant oznacza też po prostu dodatkowe pieniądze do życia.
Jak to działa na psychikę?
W zeszłym roku, w ramach programu PhD Well, Krajowa Reprezentacja Doktorantów prowadziła duże badania dotyczące zdrowia psychicznego doktorantów. Wyniki były alarmujące. Bardzo wiele osób mierzy się z wypaleniem zawodowym i epizodami depresyjnymi. To trudna i odpowiedzialna praca wykonywana często w warunkach dużej niepewności. Mam wrażenie, że doktoranci wpadają trochę w szarą strefę systemu akademickiego.
Co to znaczy?
Status doktoranta jest bardzo niejasny. Z jednej strony doktorant nadal się kształci: ma program zajęć, ECTS-y i szkołę doktorską. Z drugiej prowadzi badania, wykonuje konkretne zadania i pracuje w zespołach naukowych. Formalnie nie jest jednak do końca ani studentem, ani pracownikiem.
I z tego wynikają bardzo konkretne problemy. Pojawia się choćby postulat deregulacyjny dotyczący tego, że doktoranci właściwie nie mogą normalnie chorować. Ze zwolnieniami lekarskimi nadal są problemy właśnie przez ten nieuregulowany status. To nie są abstrakcyjne kwestie administracyjne. To wpływa na codzienne życie ludzi.
Zmieniają się sami doktoranci?
Myślę, że bardziej pilnują czasu. Doktoranci szkół doktorskich przychodzą z nastawieniem, że skończą doktorat w cztery lata, ewentualnie przedłużą go do sześciu. W poprzednim systemie studiów doktoranckich doktoraty potrafiły ciągnąć się nawet kilkanaście lat. Teraz istnieje większe poczucie ram czasowych i większa presja, żeby dowieźć wszystko w konkretnym terminie. To ma swoje plusy, ale zwiększa też stres i poczucie ciągłego pośpiechu.
Ludzie, którzy idą na doktorat, są zwykle jednymi z najambitniejszych osób ze swojego rocznika. Nie boli, kiedy rówieśnicy po kilku latach w korporacji zarabiają kilka razy więcej?
Czasami boli. Zwłaszcza kiedy jest późny wieczór, eksperyment znowu się nie udał, człowiek siedzi do 22 nad kolejnym wykresem i przez chwilę myśli, że mógłby po prostu wrócić do domu i mieć święty spokój. Ale chyba trzeba mieć poczucie, że robi się coś ważnego i że naprawdę chce się tam być. To pomaga. Tylko nie można budować całego systemu wyłącznie na pasji i odporności psychicznej młodych ludzi.
Od czego trzeba zacząć naprawianie tego systemu?
Na pewno od wsparcia psychicznego dla doktorantów. Bardzo wiele osób zaczyna doktorat, ale później go nie kończy między innymi z powodów zdrowotnych. Potrzebne są też zmiany legislacyjne dotyczące statusu doktoranta: zwolnień lekarskich, chorobowego, kredytów i podstawowych zabezpieczeń życiowych. Jeśli ktoś ma prawie trzydzieści lat i robi doktorat, trudno oczekiwać, że nie będzie myślał o przyszłości, mieszkaniu czy rodzinie. Tymczasem system cały czas traktuje doktorantów trochę jak kategorię przejściową.
Czego jeszcze brakuje?
Choćby warsztatów z komunikacji — z promotorem, z zespołem czy z komunikacji naukowej. Śmieję się czasem, że trochę trafiłam do swojej promotorki jak kot w worku. Znalazłam ogłoszenie na stronie NCN, wysłałam CV, miałyśmy jedno spotkanie, potem drugie podczas rekrutacji i nagle zostałam doktorantką.
U nas współpraca układa się bardzo dobrze, ale wiem, że mogło być różnie. Niedopasowanie charakterów między promotorem a doktorantem bywa bardzo trudne. A później pojawia się jeszcze jeden problem: młody naukowiec kończy doktorat i nagle okazuje się, że ma budować własny zespół, zarządzać ludźmi, organizować administrację i rekrutować pracowników. I nikt wcześniej go tego nie nauczył.
Gdyby miała pani krótko opisać doktorat w Polsce, co by to było?
Słońce po burzy. Dla mnie takim momentem była ocena śródokresowa. Wcześniej były stres, raporty, podsumowywanie dwóch lat pracy na kilku stronach dokumentu i poczucie, że zbierają się bardzo ciemne chmury. A potem człowiek słyszy, że przeszedł ocenę pozytywnie. I wtedy naprawdę wychodzi słońce.
Jeśli ktoś ma prawie trzydzieści lat i robi doktorat, trudno oczekiwać, że nie będzie myślał o przyszłości, mieszkaniu czy rodzinie. Tymczasem system cały czas traktuje doktorantów trochę jak kategorię przejściową.
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Doktorat w Polsce: praca na lata i test charakteru
Doktorat w Polsce: praca na lata i test charakteru Przejdź do publikacji: Doktorat w Polsce: praca na lata i test charakteru
Przejdź do publikacji: Badaczki w terenie: ryzyko, odkrycia i codzienność nauki
Badaczki w terenie: ryzyko, odkrycia i codzienność nauki Przejdź do publikacji: Badaczki w terenie: ryzyko, odkrycia i codzienność nauki
Przejdź do publikacji: Czasy grzecznych petycji się skończyły