Jakie ślady zostawia wojna w kolejnych pokoleniach? Jak z pokolenia na pokolenie przekazywana jest trauma? Co mówią dzieci, wnuki i Prawnuki powstańców o swoich przodkach i o samej historii? O projekcie „Korzenie Pamięci”, potrzebie rozmowy i granicach dziedziczenia opowiada Justyna Dżbik-Kluge, redaktorka naczelna radiowej Czwórki, współtwórczyni inicjatywy realizowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego i autorka książki „Jacy byli? Jacy jesteśmy?”

ACADEMIA: Co poza opowieściami ludzie dziedziczą po swoich powstańczych przodkach?

JUSTYNA DŻBIK-KLUGE: To pytanie staje się coraz bardziej popularne, szczególnie odkąd rozwijają się portale genealogiczne, które zachęcają do odkrywania historii rodziny. Poza rysami twarzy dziedziczymy też rysy charakteru. Naukowcy zauważają, że medycznie trudno mówić o dziedziczeniu traumy, ale psychologia i epigenetyka pokazują coś zupełnie innego, że emocje, zwłaszcza silne przeżycia, mogą zostawić trwały ślad także w kolejnych pokoleniach.

Z mojego doświadczenia, a zrobiłam i wyprodukowałam kilkadziesiąt rozmów w ramach cyklu „Korzenie Pamięci”, wiem, że te ślady są bardzo wyraźne. Projekt powstał z inicjatywy Muzeum Powstania Warszawskiego, kiedy zaczęło być jasne, że z roku na rok świadków historii jest coraz mniej. Chcieliśmy przenieść pamięć o Powstaniu Warszawskim na kolejne pokolenia, zanim ostatni uczestnicy odejdą. To właśnie z ich wspomnień, milczenia, czasem też z nieopowiedzianych historii, wyrasta opowieść o współczesnej tożsamości rodzinnej.

Rozmawiamy z dziećmi, wnukami, prawnukami, a także z tak zwaną rodziną z wyboru: przyjaciółmi, małżonkami, osobami, które weszły do tych rodzin. Z tych rozmów wynika wyraźnie, że różne pokolenia niosą inne dziedzictwo. Dzieci powstańców często dźwigają najwięcej. Czasem to autentyczna, niewypowiedziana trauma, która obciąża ich przez całe życie. Karolina Korwin-Piotrowska w jednej z rozmów powiedziała, że nie założyła rodziny, bo nie chciała przekazać dalej tego, co sama otrzymała. Jej ojciec był Powstańcem. Wymagania, które jej stawiał, oczekiwania, wartości, były wynikiem tego, przez co przeszedł. A ona – jak usłyszała od terapeuty – jest dzieckiem wojny.

Z wnukami bywa inaczej. To już relacja „pluszowa”, pełna ciepła, wspólnych rytuałów. Dziadek z kulą w kolanie, który pokazuje Warszawę, opowiada historie bez zbyt drastycznych szczegółów, robi także z wnukiem pierogi. Trauma zostaje osłabiona, zastąpiona rodzinną bliskością i nostalgią. To też pamięć, tylko inaczej przefiltrowana.

Jak to wpływa na sposób, w jaki te osoby myślą o Powstaniu?

Bardzo różnie. To zależy od domu rodzinnego i od tego, jak o historii się mówiło. Przez wiele lat po wojnie nie było miejsca na wspominanie Powstania Warszawskiego. W PRL opowieści o żołnierzach Armii Krajowej były niewygodne. Często ci ludzie spotykali się z represjami, a ich dzieci i wnuki słyszały, żeby lepiej milczeć. Dlatego wiele osób mówi wprost: ojciec albo dziadek nie opowiadał nic. Bał się, że jego wspomnienia zaszkodzą rodzinie. To dopiero po 2004 r., kiedy otwarto Muzeum Powstania Warszawskiego, powstanie wróciło na dobre do oficjalnej narracji. Wcześniejsze dekady były czasem przemilczenia, lęku, wycofania.

Są też rodziny, w których historia oporu była pielęgnowana. Była opaska powstańcza, były pamiątki, ordery, opowieści. Ale i tu wszystko zależało od ludzi, od tego, co chcieli przekazać i w jaki sposób. Zresztą dziś też widzimy, że Powstanie bywa zawłaszczane przez różne środowiska, często polityczne. To smutne, bo projekt „Korzenie Pamięci” pokazuje, że historia ma wiele wersji. I każda z nich ma wartość. Jeden dziadek mówił dużo, inny wcale. Jeden był Powstańcem, inny nie. Czy mamy prawo oceniać tych, którzy nie poszli walczyć?

Coraz więcej mówi się też o cywilnych ofiarach i uczestnikach powstania – ludziach, którzy gotowali, pomagali, przenosili rannych, choć nie mieli w rękach broni. To też była walka o wolność.

A w opowieściach samych Powstańców więcej jest wspomnień o walce czy o codzienności?

Różnie. Archiwum Historii Mówionej, które prowadzi Muzeum, zawiera setki, a może już tysiące rozmów. Tam dominuje walka, relacje z pola, przyjaźnie. To także kwestia pytań, jakie się zadaje. Kiedy rozmawiam z Powstańcami osobiście, często wracają do walki. Pamiętają szczegóły, topografię, nazwiska. Miałam niedawno spotkanie w Domu Powstańca przy Nowolipiu z profesorem Leszkiem Żukowskim, który walczył na Woli. Opowiadał: tu była amunicja, tu się chowałem, tutaj kolega się odłączył. Mówił, że pistolety były, ale naboje trzeba było zdobywać samemu.

Jednocześnie ci ludzie są bardzo otwarci. Chcą opowiadać. I Muzeum dba o to, żeby ta pamięć nie zniknęła. 1 sierpnia w Parku Wolności każdy może porozmawiać z Powstańcami. To nie jest turystyczna atrakcja, a prawdziwe spotkanie z historią. Można spojrzeć w oczy komuś, kto był tam, wtedy, w sierpniu 1944 r. I to jest bezcenne.

Czuję osobisty sprzeciw wobec oceniania decyzji Powstańców. Kiedyś w mediach takich spekulacji było mnóstwo: po co poszli, wysłano ich na rzeź. To nie w porządku. Oni wierzyli, że walczą o wolność. Z dzisiejszej perspektywy, siedząc w pięknej, odbudowanej Warszawie, nie mamy prawa mówić, czy warto było. To był ich wybór. I zasługują na szacunek.

Czy są w ogóle rodziny bez ciekawej historii?

Nie. Nie ma czegoś takiego. Każda rodzina ma swoją opowieść. Moja również. Moja babcia była Niemką z Besarabii, a dziadek walczył w partyzantce kieleckiej. Poznali się po wojnie w Zgorzelcu. Jako nastolatka wzięłam udział w konkursie organizowanym przez Ośrodek KARTA, pod patronatem profesora Władysława Bartoszewskiego. Trzeba było opisać historię swojej rodziny, zebrać źródła, dokumenty. Wygrałam i pojechałam do Niemiec. Miałam 16 lat i byłam w jednej z najważniejszych podróży mojego życia. Opowiadałam o swoich dziadkach, jadąc pociągiem z profesorem Bartoszewskim. To zostaje na zawsze.

Projekt „Korzenie Pamięci” zaczyna się od powstania, ale tak naprawdę opowiada o tym, że każda rodzina ma coś ważnego do powiedzenia. Tylko często trzeba do tego dorosnąć. Dwudziestolatek nie zada sobie trudu, żeby zapytać dziadka o jego młodość. Ale trzydziestoparolatek, który sam ma już dzieci, żałuje, że nie zapytał. I to się bardzo często powtarza w rozmowach – że nie zdążyli, że dopiero dziś rozumieją, ile stracili. Dlatego warto pytać, póki jeszcze mamy kogo.

Chcieliśmy przenieść pamięć o Powstaniu Warszawskim na kolejne pokolenia, zanim ostatni uczestnicy odejdą.

Przejdź do treści