Szkoła nie powinna zgadywać, jakie zawody będą potrzebne za 30 lat. Powinna uczyć myślenia, dawać wspólny język kultury i może przede wszystkim pozwolić nauczycielom spokojnie pracować – przekonuje prof. Marek Węcowski z Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego
Academia: Przez ostatnie lata w polityce edukacyjnej mocno stawiano na przedmioty ścisłe, które miały przygotować ludzi do gospodarki przyszłości. Tymczasem pojawiła się sztuczna inteligencja i stawia przed nami nowe wymagania. Czy humanistyka ma teraz swój moment?
Prof. Marek Węcowski: Ze Stanów Zjednoczonych płyną sprzeczne, ale ciekawe sygnały. Z jednej strony zamykane są kolegia sztuk wyzwolonych, które przez ponad sto lat kształciły amerykańskie elity, a na uczelniach likwiduje się kierunki humanistyczne, zwłaszcza językowe. Pojawia się przekonanie, że sztuczna inteligencja może zastąpić naukę języka: po co uczyć się włoskiego, skoro urządzenie pozwoli nam przeczytać książkę albo porozmawiać na ulicy we Włoszech? To oczywiście absurd, bo język nie jest tylko zespołem dźwięków czy znaków. Jest także wiedzą o danej kulturze.
Z drugiej strony, te kierunki humanistyczne, które pozostają, zaczynają przyciągać coraz więcej kandydatów. Nie wiemy jednak jeszcze, czy rzeczywiście następuje renesans humanistyki. Pamiętam natomiast absurdalne dyskusje sprzed pięciu, dziesięciu czy dwudziestu lat, kiedy kolejni nasi ministrowie próbowali przewidywać, jakich specjalistów będziemy potrzebować za trzydzieści lat. Tworzono programy finansujące określone kierunki na podstawie tego, czego Polska będzie wówczas potrzebowała. Już wtedy był to kompletny absurd. Choroba braku wyobraźni jest zresztą chorobą zawodową polityków wszystkich czasów, co zauważał już Platon.
I teraz mamy klops. Nadeszła sztuczna inteligencja. Jak sobie z tą rewolucją radzić? Na pewno nie przez dokładanie kolejnych umiejętności technicznych. Jest jedna myśl, którą powinni wybić sobie do głów wszyscy uczniowie i studenci: wszystko, co może za ciebie zrobić sztuczna inteligencja, nie da ci miejsca na rynku pracy. To po prostu zrobi za ciebie AI. Jeżeli narzędzia sztucznej inteligencji piszą za nas, używanie ich w taki sposób w edukacji jest działalnością samobójczą. Musimy nauczyć się pisać i myśleć na tyle indywidualnie i oryginalnie, żeby wykraczać poza to, co potrafi sztuczna inteligencja.
Czy tu pojawia się szczególne miejsce dla humanistyki?
Na pewno potrzebujemy dziedzin i programów edukacyjnych, które będą uczyły krytycznego myślenia. Samo to oczywiście nie uczyni społeczeństwa odpornym na fałszywe informacje. Tak samo jak dostęp do wiedzy i internetu nie uczynił naszych społeczeństw lepszymi, choć wielu ludzi kiedyś tak sądziło.
Humanistyka daje jednak perspektywę wykraczającą poza nasz konkretny moment historyczny. Edukacja historyczna pozwala zrozumieć, że niektóre problemy, nawet jeśli wydają nam się specyficzne dla naszych czasów, występowały już wcześniej, a ludzie próbowali sobie z nimi radzić – z różnym skutkiem.
Wystarczy spojrzeć na politykę. Jeszcze niedawno mogło się wydawać, że czasy, w których ogromne znaczenie mają wielkie, czasem po prostu szalone jednostki, należą do przeszłości. Dziś znowu widzimy, jak wiele może zależeć od pomysłów pojedynczych przywódców – także pomysłów szalonych, choć czasem szalonych w sposób bardzo wyrafinowany. Być może dlatego w nauczaniu historii warto mocniej pokazywać, jak działa władza takich jednostek i do czego prowadziły ich decyzje. To może pomóc uczniom lepiej rozumieć również współczesną politykę.
Jest więc miejsce na punktowe korekty i pomysły lepiej pasujące do naszych czasów. Ale edukacja humanistyczna – literatura, historia, najlepiej połączenie jednego z drugim – może pomagać uczniom świadomie i krytycznie reagować na zalew informacji oraz szukać odpowiedzi na współczesne pytania wśród tych, które ludzie formułowali już wcześniej.
Do czego w takim razie powinna przygotowywać szkoła?
Nadal poruszamy się w paradygmacie stworzonym w XIX wieku, choć od tamtej pory świat bardzo się zmienił. Szkoła pozostaje jednak w dużej mierze oparta na ówczesnej koncepcji wychowawczej: ma kształcić człowieka kompletnego, wszechstronnego członka społeczeństwa, zarówno pod względem wiedzy, jak i związanych z nią umiejętności. I robić to w służbie państwa. Czy ten model nadal pasuje do społeczeństwa z jednej strony wielokulturowego, a z drugiej coraz silniej powiązanego ponad granicami państw? W ogólnym zarysie wydaje mi się, że tak.
W przypadku humanistyki jednym z najczęściej dyskutowanych problemów jest kanon lektur szkolnych. Ten temat wraca z chorobliwą wręcz regularnością, również dlatego, że dobrze brzmi medialnie i łatwo wywołuje awantury, które dobrze się “klikają”. Tymczasem najpierw powinniśmy ustalić, czym kanon ma być i czemu ma służyć. Czy najnowsza powieść science fiction albo popularna literatura young adult powinna do niego wejść tylko dlatego, że podoba się młodzieży i odpowiada jej zainteresowaniom? Moim zdaniem nie.
Kanon lektur szkolnych nie musi być dla ucznia na danym etapie edukacji przyjemny ani odpowiadać jego pokoleniowej wrażliwości.
Kanon jest zjawiskiem kultury, które ma trwać i które jest ważne właśnie dlatego, że istniało przed nami. Dyskusja o jego nagłych korektach jest w pewnym sensie zaprzeczeniem samej idei kanonu.
Tylko co daje młodemu człowiekowi Homer, Dante, Kochanowski czy Mickiewicz?
Ziarna, które mają kiełkować później. Każde dzieło klasyczne pełni podobną rolę. Z jednej strony włącza nas w – mówiąc nieładnie – sztafetę pokoleń. Czytając Dantego albo Homera, dołączamy do tych, którzy robili to przed nami, i zyskujemy z nimi wspólny język. Jest też druga strona. Dostajemy język do rozmowy z samymi sobą na różnych etapach życia. Gdy zmieniają się jego okoliczności mamy do dyspozycji obrazy, wzory i schematy, które ludzie stworzyli dawno temu i które pomagają nam myśleć o wojnie, śmierci, chorobie, żałobie czy starości.
Kanon nie jest więc wyłącznie na teraz. Jest także na później. Dlatego z natury rzeczy będą się w nim znajdować elementy, które mogą wydawać się staroświeckie. Nie ma w tym nic złego. I nie ma gwarancji, że znajomość tych tekstów realnie pomoże nam w życiu. Daje jednak język obrazów, wyobraźni i wzorów decyzji etycznych.
Gdyby mógł pan podjąć jedną decyzję, która poprawiłaby nauczanie humanistyki w polskiej szkole, od czego należałoby zacząć?
Nie ma jednej dobrej decyzji. Ministrowie edukacji i szkolnictwa wyższego przez dziesięciolecia próbowali znajdować takie pojedyncze rozwiązania. Z tego właśnie brały się kolejne katastrofy i mizeria, w której teraz się znajdujemy.
Najważniejsze, czego potrzebuje polska szkoła – i opieram to przekonanie na rozmowach z nauczycielami – to spokój. Jeżeli potrzebna jest jakaś reforma, to taka, która zagwarantuje brak kolejnych reform.
Trzeba dać nauczycielom narzędzia i spokój. Nie mówiąc już o spokoju życiowym, czyli pieniądzach.
Mówiąc nieco żartobliwie, ajważniejszą decyzję należałoby więc chyba wpisać do konstytucji: zakaz majstrowania przy systemie edukacji zgodnie z bieżącymi pomysłami polityków. Róbmy nieduże, punktowe korekty. Myślmy o tym, do czego ma służyć system edukacji, ale w bardzo ogólnym wymiarze. Ludzie, którzy ciężko pracują na dole – nauczyciele i dyrektorzy szkół – sobie poradzą. Zrobią to tak, żeby było dobrze, a w każdym razie lepiej. Zasypując ich kolejnymi reformami i pomysłami, sprawiamy, że żyją w piekle.
Prof. Marek Węcowski – historyk starożytności, profesor nauk humanistycznych, pracownik Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Studiował historię na Uniwersytecie Warszawskim oraz w École des hautes études en sciences sociales w Paryżu. Był m.in. visiting scholar na Columbia University, junior fellow w Center for Hellenic Studies Uniwersytetu Harvarda oraz stypendystą programu Fulbrighta na Princeton University. Specjalizuje się w historii Grecji archaicznej i klasycznej oraz kulturze antycznej. Jest autorem książek Sympozjon, czyli wspólne picie; The Rise of the Greek Aristocratic Banquet; Dylemat więźnia. Ostracyzm ateński i jego pierwotne cele oraz Tu jest Grecja! Antyk na nasze czasy, nominowanej do Nagrody Literackiej Nike. Jego najnowsza książka to Homer na nasze czasy (Znak Literanova, 2026).