Polska w kosmosie to już nie mem. Rozmowa z dr. Jakubem Bochińskim o industrializacji sektora kosmicznego

SpaceX Dragon oraz Międzynarodowa Stacja Kosmiczna

fot. SpaceX Crew Dragon approaching the International Space Station. Link źródłowy (oryginalny plik): NASA Image Library

Od chwili przystąpienia Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej w 2012 r., nasz sektor kosmiczny przeszedł drogę od studenckich eksperymentów do etapu szybkiej industrializacji. Z ESA współpracuje 450 podmiotów, realizujących ponad 540 projektów, a przemysł kosmiczny zatrudnia już 15 tys. osób

Academia: Lot Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego na ISS przyciągnął uwagę mediów i zwykłych ludzi, a kosmos nagle stał się nośnym tematem. Pytanie jednak, czy czegoś nie przespaliśmy, bo rewolucja kosmiczna w Polsce rozgrywa się już od lat.

Dr Jakub Bochiński, ekspert od polskiej branży kosmicznej: Jeszcze kilka lat temu hasło „Polska w kosmosie” – to słynne „Poland can into space” – funkcjonowało raczej jako żart. Było trochę memów, trochę pobłażliwego zainteresowania, że niby my też byśmy chcieli. A dzisiaj? Mamy polskie satelity, zintegrowane w całości u nas. Mamy firmy, które naprawdę robią rzeczy na światowym poziomie. I, co najważniejsze, jesteśmy na ścieżce wykładniczego wzrostu. Każdy kolejny krok przyspiesza następny. I tak wchodzimy w tę „świecę pionową” – gwałtowny wzrost, który właśnie się dzieje na naszych oczach.

Co było momentem przełomowym?

Wejście Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej. Nagle musieliśmy zacząć działać jak prawdziwi partnerzy. A ESA nie tylko zamawia – ona też uczy. Mówi, czego potrzebuje, jak to powinno być opisane, przetestowane, zaprojektowane. I daje pieniądze, ale tylko jeśli umiesz dostarczyć produkt na poziomie. Firmy i inne podmioty sektora kosmicznego więc szkoliły się i profesjonalizowały.

W naszej branży kosmicznej mieliśmy też punkty zwrotne. W 2012 r. w kosmos poleciał pierwszy polski satelita, wkrótce potem Lem i Heweliusz zbudowane w Centrum Badań Kosmicznych PAN. Potem była era eksploracji – dużo nauki, sporo porażek. Uczyli się wszyscy – naukowcy, przemysł, studenci. Od 2020 r. zaczęła się „era cubesatów” – małych, tanich, seryjnych satelitów. I nagle tam, gdzie wcześniej wysyłaliśmy w kosmos pojedyncze obiekty, teraz pojawiła się ich cała chmara. Doszło do skoku jakościowego i ilościowego.

Teraz wchodzimy w erę mikrosatelitów. Eagle Eye ważył już 55 kg. W tym i przyszłym roku na orbitę trafi kilka kolejnych satelitów z tej samej linii produktowej. I to już nie są prototypy. Długo funkcjonował żart, że w kosmos lata raczej kilogramaż satelitów niż tonaż, bo ton w kosmos nie wynosimy. Jednak to się właśnie zmienia. W latach 2025-2027 łącznie powinna polecieć na orbitę ponad tona polskich satelitów. To początek pełnoprawnego przemysłu kosmicznego.

Czyli już nie eksperymenty, a produkcja masowa?

To już pytanie nie „czy się uda”, ale „ile jesteśmy w stanie zbudować”. Problemem stają się moce przerobowe: ilu mamy pracowników, ile laboratoriów, jakie mamy zapasy gotówki. Już nie chodzi tylko o R&D, ale  coraz bardziej również o logistykę, kompetencje zarządcze, łańcuchy dostaw a nawet zwyczajną biurokrację. Jedna misja to w końcu tysiące komponentów, setki zamówień i dziesiątki dostawców rozsianych po całym świecie.

To jedyny sektor high-tech w Polsce, który wszedł w taką skalę industrializacji?

Nie jestem pewien, bo nie znam się na innych branżach aż tak dobrze. Ale widzę, że sektor kosmiczny rośnie wyjątkowo szybko. Może  porównywalnym przypadkiem są ostatnio firmy zbrojeniowe, które obecnie też mają kłopot z własnymi mocami produkcyjnymi. Wojsko chce 200 sztuk, a firma może wyprodukować 50 – i podpisuje umowę ramową z nadzieją, że za chwilę uda się jej przeskalować. My w branży kosmicznej jesteśmy w podobnym punkcie. Problemem jest także to, że mamy wciąż mało ludzi do pracy. Do niedawna większość zatrudnianych przez firmy z branży pracowników musiała przebranżawiać się z zupełnie innych specjalności.

Czy mamy już jakąś specjalizację?

Na razie wygląda na to, że najmocniejsi jesteśmy w satelitach obserwacyjnych i w przetwarzaniu danych na orbicie. Specjalizujemy się też w małych satelitach, ale to akurat bardziej wynik ograniczeń niż strategii. Wielkie misje są jeszcze zbyt drogie i ryzykowne. Brakuje nam też spójnej strategii. Krajowy Program Kosmiczny od lat jest w fazie opracowywania  i wciąż nie został wdrożony. Paradoksalnie może to i dobrze, bo rynek rozwija się szybciej niż strategia w poprzednich wersjach to przewidywała..

A co z misjami załogowymi?

To inna liga. Lot Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego to wydarzenie symboliczne, historyczne i ważne dla tych, którzy pracują nad podtrzymywaniem życia, systemami dla astronautów, analogowymi misjami.

Dla firm budujących satelity to może nie mieć bezpośredniego znaczenia, ale wpływa na całość sektora – podnosi rangę Polski w ESA, zwiększa składkę, wzmacnia pozycję negocjacyjną. A najważniejsze – buduje zainteresowanie. Jeśli dzięki temu więcej dzieciaków wybierze studia techniczne, jeśli inżynierowie i menedżerowie z innych branż zaczną traktować kosmos jako realną ścieżkę kariery – to wygra cały sektor.

W Wielkiej Brytanii, kiedy Tim Peake leciał w kosmos, postawiono sobie bardzo konkretny cel: zwiększyć zatrudnienie w sektorze o 30 tysięcy osób w ciągu dekady i to był prawdziwy cel jego misji. U nas może być podobnie – i mam nadzieję, że tak będzie. Bo żeby budować sektor kosmiczny, potrzebujemy nie tylko inżynierów, ale też ludzi od zakupów, prawa, produkcji, zarządzania. Tego wszystkiego, co składa się na przemysł. Sławosz może być tym sygnałem: „lecimy tam, żeby zostać”.

A dzisiaj? Mamy polskie satelity, zintegrowane w całości u nas. Mamy firmy, które naprawdę robią rzeczy na światowym poziomie. I, co najważniejsze, jesteśmy na ścieżce wykładniczego wzrostu.

Przejdź do treści