prof. Agata Starosta

O niskich nakładach na badania, 10-procentowej skuteczności grantów i o tym, czy posłowie powinni chodzić „korepetycje z nauki”, rozmawiamy z prof. Agatą Starostą z Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN

Academia: Zacznijmy od wątku, który poruszyła pani niedawno w mediach społecznościowych: korepetycje dla polityków. Skąd taki postulat?

Z bardzo prostego doświadczenia. Dość często uczestniczę w posiedzeniach komisji sejmowych poświęconych nauce i edukacji. Zaskakuje mnie, że posłowie zasiadający w takich komisjach czasem nie rozróżniają podstawowych pojęć związanych z nauką. Na przykład niektórzy nie widzą różnicy między NCN a NCBR. Wiele osób nie rozumie też, czym różnią się instytuty naukowe, instytuty badawcze i uniwersytety, choć pełnią one inne role. To naprawdę elementarne kwestie, jeśli ktoś ma współtworzyć prawo dotyczące nauki.

To znaczy, że problemem nie jest tylko poziom finansowania, ale też poziom rozumienia systemu?

Dokładnie tak. Oczywiście pieniądze są kluczowe, ale jeśli nie rozumie się, jak system działa, trudno projektować sensowne rozwiązania. 

Naukowcy są potrzebni nie tylko przy doradzaniu w Ministerstwie Nauki, ale również w wielu innych resortach. Podam przykład z własnego podwórka: stacja Arctowskiego na Antarktydzie. To nie jest tylko sprawa Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, lecz także Ministerstwa Spraw Zagranicznych, bo obowiązuje Traktat Antarktyczny. To pokazuje, jak bardzo interdyscyplinarne są te kwestie.

Czyli „korepetycje” powinny dotyczyć nie tylko polityki naukowej?

Wystarczy spojrzeć na debaty klimatyczne, energetyczne czy zdrowotne. Tam decyzje mają bardzo silne podstawy naukowe. Jeśli polityk nie rozumie, na czym polega proces badawczy, czym różnią się badania podstawowe od wdrożeniowych albo czym jest ewaluacja czy recenzja, łatwo podejmuje decyzje oparte na przekonaniach lub naciskach.

Tymczasem ministerstwo powinno opierać decyzje na wiedzy, a nie na przekonaniach czy interesach. Interes powinien być jeden: żeby kraj się rozwijał i żeby żyło nam się coraz lepiej.

Jak takie „korepetycje” miałyby wyglądać? Obowiązkowe szkolenia dla posłów?

Nie wiem, czy obowiązkowe, ale bardziej systemowe konsultacje byłyby potrzebne. To mogłaby być inicjatywa Sejmu czy Senatu, by regularnie korzystać z wiedzy ekspertów przy kluczowych projektach ustaw.

Pytanie oczywiście, kto wybierałby grono naukowców i jak zapewnić pluralizm opinii. Ważne jest, by mieć ogląd z wielu stron i budować odporność na naciski jednej czy drugiej grupy.

Czy politycy w ogóle są tym zainteresowani?

Są tacy, z którymi rozmawia się łatwiej i są tacy, którzy w ogóle nie są zainteresowani rozmową. To smutne, bo to powinna być inicjatywa samych polityków, żeby chcieli wiedzieć więcej. Kiedy wracałam do Polski w 2018 r. odbywało się sporo konsultacji ze środowiskiem naukowym, nawet z tymi, które były krytyczne wobec ówczesnego ministerstwa. Co później zrobiono z tą wiedzą, to inna sprawa, ale sam mechanizm słuchania był ważny.

Czy środowisko naukowe powinno bardziej profesjonalnie zabiegać o uwagę polityków?

Myślę, że to dobry pomysł. Tak jak istnieją różne komitety, tak powinny mieć większą siłę przebicia, a nie tylko dyskutować we własnym gronie. Komisje sejmowe to ogromne pole do działania. Naukowcy pojawiają się tam nie tylko w sprawach nauki, lecz także zdrowia czy energetyki. Może potrzebne jest bardziej systemowe podejście, może nawet element profesjonalnego lobbingu, żeby tłumaczyć, dlaczego wiedza ekspercka jest potrzebna.

Wróćmy do pieniędzy. Polska przeznacza na badania niewiele ponad 1 proc. PKB.

Tak, a razem z przedsiębiorstwami około 1,4 proc. To bardzo mało. Średnia unijna wynosi około 2,2 proc. PKB. Ministerstwo deklaruje, że powinniśmy do tego poziomu dążyć, ale brakuje planu, jak to zrobić. Skokowy wzrost finansowania też nie jest rozwiązaniem, bo pieniądze mogą zostać wydane nieefektywnie. Trzeba zdecydować, czy zwiększamy granty, czy subwencje oraz w jaki sposób budujemy stabilność zatrudnienia.

Dziś współczynnik sukcesu dla grantów to około 10 proc.

Tak, to znaczy, że 90 proc. wniosków nie dostaje finansowania. Na Zachodzie finansowanie otrzymuje zwykle 25–30 proc wniosków. Takie poziomy – 20–35 proc. – wpisano też do naszej strategii rozwoju kraju. Przy takim wskaźniku można budować portfolio publikacji i patentów. 

Bez stabilnego finansowania krajowego trudno konkurować o granty europejskie. Nie mając odpowiedniej liczby publikacji i doświadczenia, jesteśmy oceniani gorzej niż zespoły z krajów, które mają silne wsparcie administracyjne i dostęp do funduszy.

A co z młodymi badaczami?

Tylko około 3 proc. osób pracujących w Akademii to młodzi naukowcy, a osoby po 60. roku życia stanowią około 14–17 proc. Przy obecnej demografii musimy się starać podwójnie, żeby młodych zatrzymać.

Oferując najniższą krajową osobie po długich studiach i wielu praktykach, nie zatrzymamy jej w nauce. Praca eksperymentalna to często długie godziny i brak możliwości dorabiania. Najniższa krajowa nie powinna być standardem w zawodzie wymagającym wysokich kwalifikacji.

Czy bez „korepetycji dla polityków” da się ten system naprawić?

Będzie bardzo trudno. Nawet najlepsze postulaty finansowe nie zadziałają, jeśli nie będzie zrozumienia, po co inwestować w badania i jak działa system. Jeżeli politycy będą podejmować decyzje w oparciu o wiedzę, a nie intuicję czy naciski, zyskają silniejszy mandat i większą skuteczność. A to leży w interesie całego państwa, nie tylko środowiska naukowego.

Przejdź do treści