Adobe Fireffly

Kreatywność to jedno z tych słów, które wszyscy rozumieją intuicyjnie, ale rzadko potrafią precyzyjnie zdefiniować. Od lat bada ją prof. dr hab. Maciej Karwowski z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego, który został wybrany na członka korespondenta Polskiej Akademii Nauk. Jest jednym z nielicznych przedstawicieli nauk społecznych w Polsce z tytułem profesora w dwóch dyscyplinach: psychologii i pedagogice

Academia: Kreatywność to słowo, którego używa dziś prawie każdy. Tyle że zwykle nie bardzo wiadomo, co się pod nim kryje. Jak pan ją rozumie jako psycholog?

Prof. Maciej Karwowski: To taka mini-twórczość. Jednostki wybitne, które tworzą wielkie dzieła albo dokonują odkryć naukowych oczywiście są kreatywne. Psychologów często interesuje jednak coś bardziej podstawowego: te właściwości naszego myślenia, która sprawiają, że potrafimy wyjść poza to, co wiemy i wymyślić coś nowego.

Można więc powiedzieć, że kreatywność to potencjał intelektualny, dzięki któremu jesteśmy w stanie coś odkrywać albo tworzyć. Jest to charakterystyka dość uniwersalna. Każdy ma jakiś jej poziom, choć oczywiście nie oznacza to, że jest on u różnych ludzi identyczny, ani, że ci z wysoką kreatywnością zostaną wybitnymi twórczami.

Lubię porównanie do sportu. Medal olimpijski byłby w tej metaforze odpowiednikiem wybitnej twórczości. Żeby po niego sięgnąć, trzeba mieć bardzo wysoki poziom sprawności fizycznej, ale sama sprawność fizyczna nie wystarczy. Podobnie jest z kreatywnością i wybitną twórczością. Kreatywność, to konieczny warunek faktycznych osiągnięć twórczych – dzieł sztuki, odkryć naukowych, biznesowych innowacji – ale warunek niewystarczający. Potrzeba jeszcze lat pracy, treningu, wiedzy i zdolności specyficznych dla danej dziedziny.

Dziś pytanie o kreatywność wraca w nowym kontekście, bo niemal każda rozmowa na ten temat prędzej czy później schodzi na AI. I zwykle brzmi to tak: sztuczna inteligencja wszystko uśredni, ujednolici i zabije twórczość. Pan też widzi taki problem?

Chyba nie. Jak zwykle wokół nowej technologii jest bardzo dużo przesady. Jak będzie za kilka lat, tego nikt rozsądny nie powie, bo naukowcy nie są wróżkami. Natomiast jeśli patrzymy na to, co dzieje się dziś, mniej więcej od upowszechnienia ChatGPT, to widać kilka rzeczy.

Po pierwsze, te modele są trenowane tak, by podawać odpowiedź najbardziej prawdopodobną, czyli w pewnym sensie średnią. To oznacza, że bardzo dobrze radzą sobie z produkowaniem treści przeciętnych: poprawnych, generowanych szybko, ale ostatecznie często mało ciekawych. W wielu łatwych, zautomatyzowanych zadaniach taka odpowiedź wystarczy. Problem zaczyna się wtedy, gdy potrzebna jest rzeczywista oryginalność.

W niedawnym, jeszcze nieopublikowanym badaniu, amerykańscy psychologowie porównali setki tysięcy esejów rekrutacyjnych studentów sprzed upowszechnienia AI i po nim. Wynik jest bardzo ciekawy. Teksty pisane już w epoce sztucznej inteligencji są leksykalnie bardziej zróżnicowane, pojawia się w nich więcej efektownych słów i konstrukcji, ale jednocześnie są mniej oryginalne treściowo i bardziej się do siebie upodabniają. Tak więc choć brzmią wyszukanie, są mniej ciekawe i mniej twórcze. To chyba najlepiej pokazuje, gdzie leży ryzyko. Nie w tym, że maszyna nagle stanie się wielkim twórcą, tylko w tym, że ludzie pójdą na łatwiznę.

Żeby dobrze używać takich modeli, trzeba się znać na tym, o co się je pyta. Jeśli ktoś ma słabą wiedzę, to bardzo łatwo zaakceptuje odpowiedź tylko dlatego, że brzmi pewnie i szybko się pojawiła. 

Ekspertowi łatwiej oddzielić ziarno od plew.

Mamy też sporo badań, które sprawdzają, czy modele są bardziej kreatywne od ludzi w klasycznych testach psychologicznych. Kiedy dostają zadania, które mogły już widzieć w czasie treningu, czasem wypadają lepiej od przeciętnego człowieka. Ale kiedy tworzy się nowe zadania, sytuacja wygląda znacznie mniej spektakularnie. 

Jeśli poprosi się model o napisanie haiku, to bardzo często okazuje się, że nawet nie rozumie dobrze formy, a już na pewno nie robi tego lepiej niż człowiek, który naprawdę pisze. Na razie nie ma więc mocnych powodów, by twierdzić, że AI myśli bardziej kreatywnie, o ile w ogóle można tu mówić o myśleniu.

A jednak wiele osób, także tych pracujących twórczo, mówi o AI trochę inaczej: nie jako o autorze, tylko jako o sparingpartnerze. Kimś do burzy mózgów, doprecyzowania pomysłu, pierwszego oporu. To pana zdaniem działa?

Sztuczna inteligencja może być bardzo użyteczna nie wtedy, gdy myśli za nas, tylko wtedy, gdy daje informację zwrotną. Da się te modele dobrze wytrenować do rozpoznawania, co jest bardziej, a co mniej oryginalne w odpowiedziach człowieka. A wiemy z badań, że ludzie potrafią się na takim feedbacku uczyć.

Można by więc sobie wyobrazić trening, w którym ktoś rozwiązuje problem, podaje kilka propozycji, a model błyskawicznie i adekwatnie odpowiada: to są niezłe pomysły, ale wszystkie idą w jedną stronę, spróbuj podejść do tego inaczej. To już nie jest zastępowanie człowieka, tylko wspieranie go w rozwijaniu myślenia.

I to jest ważne także dlatego, że da się to robić na dużą skalę. Człowiek, nauczyciel czy trener, może pracować z ograniczoną liczbą osób. Model może równocześnie dawać taki feedback tysiącom ludzi. W edukacji to może mieć realne znaczenie.

W naszych badaniach widzimy też inny ciekawy efekt, okazuje się bowiem, że współpraca z AI może osłabiać wiarę ludzi we własną kreatywność. Ktoś widząc, jak szybko i łatwo model generuje odpowiedzi, zaczyna myśleć: skoro on robi to tak sprawnie, to może ja wcale nie jestem tak dobry/a. A to może działać demotywująco.

Od lat bada pan nie tylko samą kreatywność, ale też to, czy ludzie w ogóle wierzą, że są w stanie zrobić coś oryginalnego. Jak bardzo to przekonanie wpływa na realne działanie?

Bardzo mocno. Dotyczy to zresztą nie tylko kreatywności, ale w ogóle ludzkiego działania. Jeśli ktoś w w siebie wątpi, to często nawet nie podejmuje próby zmierzenia się z problemem. A jeśli nie próbuje, to szansa powodzenia jest oczywiście zerowa. Z drugiej strony nie chodzi też o to, żeby mieć o sobie całkowicie nierealistyczne, zawyżone mniemanie. Na ogół bowiem ktoś, kto jest przekonany, że poradzi sobie świetnie bez wysiłku, nie uruchamia odpowiednich zasobów. I wtedy wypada gorzej, niż mógłby.

Dlatego najważniejsze nie jest ani ślepe zaniżanie własnych możliwości, ani ślepe ich zawyżanie, tylko możliwie adekwatna ocena siebie. To jest trudne, bo ludzie z reguły chcą chronić swój obraz siebie i mają skłonność do zawyżania różnych ocen. Ale kiedy uczymy ich trafniej patrzeć na własne pomysły i możliwości, to naprawdę działa. Widzimy, że przekłada się to na motywację, wytrwałość i gotowość do podejmowania kolejnych prób.

To podważa bardzo wygodny mit, że kreatywność po prostu się ma albo się jej nie ma. Na ile w ogóle da się ją trenować?

Badania pokazują, że że odziedziczalność kreatywności jest znacząca, ale nieprzesądzająca. Zresztą wszystkie ludzkie właściwości są do pewnego stopnia odziedziczalne, ale w przypadku kreatywności duże znaczenie odgrywa tzw. środowisko specyficzne: wpływ szkoły, zajęć dodatkowych, własnej aktywności, unikalnych hobby. Tak więc poziom kreatywności nie jest czymś raz na zawsze ustalonym. A odpowiedź na pytanie, czy można ją rozwijać, jest generalnie pozytywna. Od lat 60. XX wieku istnieje bogata tradycja treningów twórczości i mamy mnóstwo badań, także metaanaliz, pokazujących, że takie treningi działają. Uczestnicy po zakończeniu takich zajęć nie stają się wielkimi twórcami, ale w standaryzowanych testach wypadają lepiej niż przed treninigiem i lepiej niż grupy kontrolne. Pokazuje to, że że można skutecznie wzmacniać operacje intelektualne odpowiedzialne za twórcze myślenie.

Co to znaczy w praktyce? Co się ćwiczy, kiedy ćwiczy się kreatywność?

Twórcze myślenie nie jest jedną prostą zdolnością. To umiejętność generowania wielu różnych pomysłów, dostrzegania odległych powiązań, posługiwania się analogią, metaforą, kojarzenia rzeczy, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują.

W treningach twórczości projektuje się zadania i ćwiczenia tak, żeby dotykały tych różnych operacji. Taki cykl zwykle trwa kilka do kilkunastu tygodni, mniej więcej semestr, czasem 10 do 15 spotkań. I po nim rzeczywiście widać różnicę.

Tytułem przykładu – ostatnio wraz ze współpracownikami realizowaliśmy duży program „Kompas kreatywności” wdrożony w stu szkołach podstawowych w całym kraju. Nauczyciele prowadzili zajęcia, które z jednej strony rozwijały wyobraźnię i twórcze myślenie dzieci, a z drugiej uczyły ich o świecie w ramach edukacji wielokulturowej. Dzieci poznawały różne kraje, ich kulturę, wynalazki i ważne zjawiska, a jednocześnie były zachęcane do zadawania pytań, szukania własnych odpowiedzi i eksperymentowania. Po roku zajęć widzieliśmy bardzo wyraźne efekty: młodzi uczestnicy nie tylko byli bardziej kreatywni, ale i bardziej tolerancyjni i empatyczniTo pokazuje, że nawet w dużym systemie można robić rzeczy sensowne i stosunkowo tanie.

W Polsce o szkole najczęściej mówi się albo katastroficznie, albo życzeniowo. A pan patrzy na to z perspektywy badań?

Wokół polskiej szkoły narosło mnóstwo mitów. Nie jest idealna, ale też wcale nie jest wyjątkowo zła. Narzekanie na nią nie jest niczym oryginalnym – w zasadzie niemal wszędzie ludzie narzekają na edukację. Wszyscy zapewne chcielibyśmy, aby była bardziej otwarta, dawała uczniom więcej wolności i przestrzeni na pomysłowość. Rzeczywiście jest co zmieniać.

To dobrze, że coraz częściej pojawiają się postulaty kształcenia kreatywnego i krytycznego myślenia. Sam bardzo chciałbym, żeby tych elementów w szkole było więcej. Ale czy da się to odgórnie zadekretować, a później skutecznie wdrożyć, to już inna sprawa.

Gdyby jednak miał pan wskazać jedną rzecz, którą naprawdę dałoby się wprowadzić do szkoły i która nie skończyłaby jako kolejny martwy zapis w podstawie programowej, to co by to było?

Myślę, że więcej pracy projektowej niż dotychczas. To nie brzmi może bardzo rewolucyjnie, ale mogłoby wiele zmienić. Chodzi o sytuację, w której uczniowie dostają na jakiś czas realną inicjatywę: sami wybierają problem, robią wokół niego własny research, szukają rozwiązań, testują pomysły, a następnie projektują – a być może również wdrażają rozwiązanie. To może być projekt badawczy, wdrożeniowy, społeczny. Jeśli chcemy, żeby uczniowie byli bardziej samodzielni i bardziej kreatywni, to szkoła musi dawać im przestrzeń do eksploracji. A tego nie da się zrobić w 40 minut lekcji. Jedni wpadają na pomysły szybko, inni potrzebują czasu, żeby coś przetrawić. Dlatego potrzeba zapewne raczej miesiąca niż tygodnia projektowego, obecnego na każdym przedmiocie. Pewne rozwiązania idące w tym kierunku pojawiają się w nowych propozycjach – czas pokaże, na ile skuteczne się okażą.

Podobne rozwiązania funkcjonują choćby w programach matury międzynarodowej. Oczywiście ich wprowadzenie wymaga dania uczniom większej swobody, ale także świadomości i zgody na to, że nie wszystko od razu wyjdzie. Tak, pomysły i rozwiązania czasem będą słabe. Ale to też jest część procesu. Jeśli nie ma miejsca na błąd, nie ma też miejsca na prawdziwe myślenie. A już na pewno nie ma wtedy miejsca na twórcze myślenie.

Przejdź do treści