Czytasz artykuł w trybie offline
Prof. Maciej Janowski o historii napisanej przez góry
**Zimowy widok na Howerlę (2061 m n.p.m.), najwyższy szczyt Ukrainy, położony na terenie Karpackiego Rezerwatu Biosfery.** Fot. LorikNov / Wikimedia Commons.
Czy Karpaty mają własną tożsamość? Dlaczego rumuński bojar przypomina polskiego Sarmatę, a historia jednej górskiej wsi może opowiedzieć dzieje całego regionu? W książce „Karpaty. Opowieść o pewnych górach” prof. Maciej Janowski, historyk z Instytutu Historii PAN, opowiada, dlaczego warto patrzeć na ten region jak na jedną historyczną całość i dlaczego jego losy mogą dziś powiedzieć wiele również o współczesnej Europie
Academia: Karpaty to mozaika narodów, języków i kultur. Co sprawia, że dla historyka tworzą jeden region i jednego bohatera książki?
Prof. Maciej Janowski: Dla mnie to zaczęło się od romantycznego przekonania o ludach Europy Środkowej, któremu hołdowałem jako bardzo młody człowiek. Potem ten obraz zaczął mi się składać jako turyście. Schodziłem doliną w rumuńskich Karpatach i zastanawiałem się czym to się właściwie różni od naszych dolin beskidzkich. Jeszcze mocniejsze było jednak doświadczenie kultury. W klasztorze Cozia, w przełomie Czerwonej Wieży, oglądałem freski fundatorów. Nie mieli kontuszy, ale mieli żupany, podobne szable, podobne wąsy i podgolone głowy. Patrzyłem na nich i myślałem, że czuję się bliżej domu niż wtedy, kiedy oglądam zachodnioeuropejskie portrety ludzi w perukach i muszkieterskich strojach. Tak zaczęło się we mnie rodzić poczucie, że to jednak jest jakiś region mający własną tożsamość kulturową.
Oczywiście to jest założenie dyskusyjne. Każde takie założenie jest dyskusyjne. Fernand Braudel zrobił coś podobnego, pisząc historię Morza Śródziemnego jako jednego regionu. Nie porównuję się do Braudela, który był jednym z największych historyków XX w., ale miałem podobne przekonanie, że istnieją pewne warunki naturalne, historyczne i kulturowe, które pozwalają spojrzeć na Karpaty jako na całość.
Co jest najważniejszym spoiwem tej całości?
Góry. To brzmi banalnie, ale ma konkretne konsekwencje. W Europie Środkowo-Wschodniej najbardziej represyjną wobec chłopów instytucją był folwark pańszczyźniany oparty na produkcji zboża. W górach jego klasyczna forma nie mogła funkcjonować. To oznaczało większą swobodę mieszkańców. Sam fakt życia w górach tworzył więc inny typ społeczeństwa i gospodarki. Gdyby ktoś zanegował znaczenie tej cechy, moja książka właściwie nie miałaby sensu. To jest element, który trzyma całą jej konstrukcję.
Jeżeli Morze Śródziemne ma swoją śródziemnomorskość, to co byłoby odpowiednikiem karpackości?
Nie wiem. I mówię to całkiem serio. Nie jestem człowiekiem z Karpat. Jestem z Warszawy, z najnudniejszej możliwej Kongresówki. W góry jeżdżę na wakacje, otwieram gębę i się gapię. Nie mam rodziny na Podhalu, nie mam żadnej szczególnej wiedzy wewnętrznej.
Poza tym historia nie jest nauką ścisłą. W historii się rzeczy nie definiuje. W historii się rzeczy wyczuwa i opisuje. Gdybym potrafił jednym słowem opisać specyfikę Karpat, nie pisałbym książki liczącej ponad 800 stron. Powiedziałbym to jednym słowem i miałbym sprawę załatwioną.
Karpaty często opisuje się jako miejsce spotkania kultur. Tyle że w powszechnym przekonaniu w historii tego regionu kultury nie tylko współpracowały, ale też wielokrotnie się ścierały. Co właściwie wyróżnia Karpaty pod tym względem?
Karpaty są kulturowo bardziej różnorodne, niż mogłoby wynikać z ich stosunkowo niewielkich rozmiarów. Leżą blisko świata islamu i blisko świata chrześcijaństwa wschodniego. Spotyka się tutaj wyjątkowo dużo grup językowych, religijnych i kulturowych. Co ważne, te grupy nie tylko ze sobą walczyły. One również stale na siebie oddziaływały.
Weźmy rumuńskich bojarów z fresków. Wyglądają niemal jak polscy Sarmaci. Nie wiem, kto od kogo pożyczał i czy wszyscy nie pożyczali po prostu od Turków, ale coś ewidentnie krążyło między tymi kulturami. Podobnie jest z samorządnością. Prawo miejskie bywało różne, ale szeroko rozumiana samorządność miejska była do siebie podobna. Podobnie zresztą jak samorządność wiejska. Mam wrażenie, że wsie górskie zachowywały większy stopień samorządności niż wsie na równinach. W górach kontrola właściciela ziemskiego była po prostu trudniejsza.
Migracje były tu czymś naturalnym.
Nie chcę robić wykładu o współczesnej polityce, ale obecna histeria wokół migracji często ignoruje fakt, że migracje są jednym z najbardziej naturalnych zjawisk w historii. Ludzie zawsze się przemieszczali. Szukali lepszych warunków życia, bezpieczeństwa albo po prostu możliwości zarobku. Polska przyzwyczaiła się do swojej powojennej jednorodności etnicznej. Tymczasem jest to raczej wyjątek niż reguła. Taką jednorodność osiąga się zwykle dzięki wojnom, wysiedleniom i zbrodniom. Normalny stan historii jest taki, że ludzie przychodzą, odchodzą, mieszają się ze sobą i tworzą nowe społeczności. W Karpatach działo się tak przez całe stulecia.
Jak wygląda historia Karpat oglądana z perspektywy zwykłej wsi?
To jest perspektywa, którą bardzo lubię. Wyobraźmy sobie wieś gdzieś na pograniczu dzisiejszej Słowacji i Węgier. Najpierw mieszkają tam Rusini. Potem przychodzą Wołosi. W pobliżu stoi zamek albo w każdym razie jakiś dwór, siedziba pana wsi, któremu trzeba płacić czynsze. Powstaje cerkiew. Czasem funduje ją właściciel ziemski albo biskup, ale czasem sama wieś. Historycy sztuki odnajdują później napisy „kosztem całej gromady”. To bardzo ważne świadectwo sprawczości. Mieszkańcy chcieli pokazać, że sami zbudowali świątynię i nikt im jej nie podarował.
Jest karczma, jest kuźnia prowadzona przez Cygana. Pojawia się Żyd, czasem Ormianie. Przechodzą armie. Jedne, drugie i trzecie. Dla miejscowych nie ma większego znaczenia, czy są to „nasi”, czy „obcy”, bo wszyscy potrafią równie skutecznie ograbić wieś. Życie toczy się na granicy przetrwania. Jeden większy nieurodzaj może oznaczać głód. Ale jednocześnie taka wieś jest bardziej odporna na kryzysy niż wieś na równinach. Ma rolnictwo, ma hodowlę, ma las. Jeżeli zawiedzie jedno źródło utrzymania, zostają pozostałe.
I jest jeszcze gromada wiejska. Bardzo lubię odnajdywać w księgach sądowych wpisy, w których mieszkańcy piszą o swojej wspólnocie „Rzeczpospolita”. „Rzeczpospolita naszej wsi zebrała się na wybór wójta”. To pokazuje ogromne poczucie godności i podmiotowości.
Potem przychodzi XVIII w. Pojawia się absolutyzm oświecony; władca monarchii habsburskiej, cesarz Józef II postanawia odgórnie wszystkich uszczęśliwić. Był przyzwoitym człowiekiem i naprawdę chciał wszystkich uszczęśliwić. Jak zwykle przy takich projektach, rezultaty bywają różne. Wieś się modernizuje. Obok rolnictwa, hodowli, gromady i kościoła pojawia się coraz silniejsze państwo, urzędnicy i wojsko. A później przychodzą turyści z miasta, którzy naczytali się Waltera Scotta i uznali, że góry są piękne. Świat zaczyna się zmieniać. Zresztą pomyślałem sobie niedawno, że gdybym jeszcze kiedyś wrócił do tematu Karpat, to może napisałbym historię jednej fikcyjnej wsi na pograniczu polsko-węgierskim. Taka perspektywa bardzo mnie kusi.
A czym są Karpaty w 2026 roku?
Jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że zmierzają w stronę stania się wielkim przedsiębiorstwem turystycznym. I niekoniecznie byłoby to coś złego. Rozsądnie prowadzona turystyka może przynosić korzyści lokalnym społecznościom, a jednocześnie chronić dziedzictwo regionu. Zainteresowanie przyjezdnych często pomaga ratować stare kościoły, cerkwie czy ślady dawnych kultur. Tyle, że przyszła pełnoskalowa wojna w Ukrainie, a Karpaty są dziś w dużej mierze zapleczem wojny. Na stronach internetowych wielu miejscowości można znaleźć listy mieszkańców, którzy zostali zmobilizowani i zginęli.
Gdyby Ukraina się nie obroniła, rosyjskie wojska mogłyby dojść do Karpat. Naprawdę uważam, że Ukraińcy walczą także za nas. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że największym problemem Karpat będzie nadmiar turystów. Dzisiaj wiemy, że historia potrafi wrócić szybciej, niż sądziliśmy.
Maciej Janowski – historyk, dyrektor Instytutu Historii im. Tadeusza Manteuffla PAN. Zajmuje się historią Polski i Europy Środkowej, szczególnie XIX w. Autor prac poświęconych dziejom regionu, historii idei i przemianom społecznym w Europie Środkowo-Wschodniej.
Poniżej publikujemy fragment książki „Karpaty. Opowieść o pewnych górach” wydanego nakładem wydawnictwa Międzynarodowe Centrum Kultury

Góry, lasy, wolność
Niemal od zawsze wakacje były w górach. Nie żebym to jakoś specjalnie uwielbiał; było to naturalne, a potem już tak zostało. Po 1989 roku doszły Karpaty słowackie, rumuńskie, węgierskie, ukraińskie (choć ciągle w małym stopniu)… Nigdy nie miałem poważnych ambicji turystycznych, na moich kolegów ze Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich spoglądałem ze czcią i z dystansem, nie interesowałem się głębiej sztuką, historią czy etnografią terenów górskich — po prostu łaziłem po kościółkach, skansenach i ruinach zamków, przeglądałem przewodniki i mapy. I nagle, po ponad trzech dekadach takich zabaw, w lecie 2007 roku, w mieście Sławsku nad rzeką Opór, niedaleko kratownicowego mostu kolejowego, przez który co chwilę olbrzymie składy towarowe ciężko toczyły swe pięćdziesiąt kilka wagonów w górę, ku stacji Ławoczne, ostatniej przed główną granią karpacką, a potem przez najdłuższy tunel w Galicji i przez najpiękniejszy wiadukt na Rusi Zakarpackiej dalej ku Mukaczewu i Użhorodowi — no więc wtedy nagle wpadła mi do głowy myśl: napiszę historię Karpat! Siedziałem właśnie w sali konferencyjnej eleganckiego hotelu Perła Karpat, gapiąc się przez okno na rzekę, niebo, słońce, góry, świerki i pociągi, i narzekając w duchu na swój ciężki los, że nie jestem tutaj z plecakiem na wakacjach, tylko „profesjonalnie”, jako wykładowca na „Summer school”. Cały cykl kilku szkół letnich w ukraińskich Karpatach był fascynującym przeżyciem, ale ten wykład był na szczęście dość nudny. Szybko naszkicowałem na kartce schemat kompozycyjny książki. Teraz pozostało jedynie ją napisać.
Nie ma gór bez dolin. Gdyby cały obszar Karpat leżał na jednej wysokości, powiedzmy 2000 metrów, nie byłyby to góry, lecz płaskowyż. Miasta w dolinach rzecznych, cała pagórkowata Wyżyna Siedmiogrodzka otoczona górami niemal z każdej strony, szczyty Tatr Wysokich, Retezatu czy Fogaraszy, przekraczające 2500 metrów nad poziomem morza (najwyższy szczyt: Gerlach — 2655 m n.p.m.), i uzdrowisko Łaźnie Herkulesa, leżące nad brzegiem Dunaju wśród gór, na wysokości około 170 metrów nad poziomem morza — to wszystko na równych prawach jest częścią Karpat i ich historii. Na skali pionowej Karpaty zajmują więc prawie dwa i pół kilometra.
Na mapie zaś jest to obszar — patrząc w skali europejskiej — nie tak wielki: obejmuje około 209 tysięcy kilometrów kwadratowych, nieco więcej niż dwie trzecie powierzchni Polski. Nie tak wielki także z innego względu. Istnieje prosty wzór pozwalający obliczyć, na jaką najdalszą odległość można spojrzeć ze szczytu o danej wysokości, by zobaczyć obiekt znajdujący się na poziomie morza1. Oczywiście kiedy obiekt, na który patrzymy, nie leży na poziomie morza, lecz tysiąc lub dwa tysiące metrów wyżej, wtedy zasięg widzenia odpowiednio się powiększa. Otóż jeśli pominiemy kwestię pogodowych ograniczeń widoczności, to ze szczytów Gór Bihorskich powinno dać się objąć wzrokiem całe Karpaty: od Beskidów na północy do Fogaraszy na południu. To nie jest moje osobiste doświadczenie; najdalszy widok karpacki, jaki był moim udziałem, to delikatna linia głównej grani Tatr Wysokich z wieży widokowej na Czowanioszu w górach Börzsöny — jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów w linii prostej. W internecie jednak można znaleźć zdjęcia Karpat rumuńskich widzianych z Bieszczadów. To niby nic ważnego, ale wydaje mi się, że w jakiś sposób daje pogląd na całość niniejszej książki: patrząc na teren całych Karpat jakby z lotu ptaka, poszukujemy ogólnej opowieści, która ukaże całość naszych gór. Podstawowe założenie, na którego przyjęciu (bądź odrzuceniu) stoi (albo pada) cała koncepcja tej książki, jest następujące: istnieje coś takiego jak „górskość”. Fizyczne uwarunkowania (ukształtowanie terenu, klimat, wody, roślinność itp.) ziem górskich są tak ważne, że znacząco wpływają na sposób funkcjonowania ludzi w górach. W związku z tym — przykładowo — wieś na północnych stokach podkarpackich, gdzieś w południowej Małopolsce, i wieś na południowych stokach Karpat, gdzieś na Wołoszczyźnie, mają tyle cech wspólnych wynikających z ich położenia na terenach podgórskich lub górskich, że uprawnia to do napisania ich wspólnej historii. To nie jest wniosek z pracy — to jest założenie wstępne.
Na czym polega różnica między pisaniem historii Karpat a (dajmy na to) historii Polski? historia kraju czy państwa, nawet tak bardzo zdecentralizowanego, jakim była dawna Rzeczpospolita, jest skoncentrowana na najwyżej kilku punktach (a bywa też, że na jednym). Ogromną większość kraju zbywa się ogólnikami. Tymczasem historia Karpat jest historią bez centrum. Nie ma „serca Karpat”, albo raczej — ich serce jest wszędzie.
Na początek oczywistość — im wyżej, tym zimniej. W bardzo luźnym przybliżeniu po podejściu każdych stu metrów w pionie, temperatura obniża się o mniej więcej sześć dziesiątych stopnia Celsjusza, ale różne czynniki lokalne mogą tę regułę modyfikować. Zarówno generalna prawidłowość spadku temperatury w miarę wzrostu wysokości nad poziomem morza, jak i jej wszelkie modyfikacje mają zasadniczy wpływ na funkcjonowanie w górach istot żywych — ludzi, zwierząt i roślin.
Na czym więc polegałaby „górskość” Karpat – nie jakichkolwiek gór, ale konkretnie Karpat – w ciągu dziejów?
Wyliczmy, zupełnie wstępnie i bez pretensji do ścisłości (wszystko to będzie szczegółowo wyjaśnione dalej), kilka jej cech:
- Duży udział hodowli zwierząt (kosztem rolnictwa) i jej specyficzna organizacja, zupełnie odmienna od organizacji pasterstwa nizinnego.
- Wpływ kultury wołoskiej (który nie ogranicza się tylko do pasterstwa).
- Stosunkowo większy poziom swobody wsi, mniejsza dokuczliwość systemu pańszczyźnianego.
- Specyficzna pograniczność kulturowa łącząca się z istotnym przez setki lat zobowiązaniem wsi granicznych do ochrony granic.
- Ważna rola lasu i przemysłów leśnych w gospodarce wiejskiej (dotyczy to także terenów puszczańskich na nizinach).
- Częstsze niż na nizinach występowanie pewnych typów ukształtowania przestrzennego wsi (wieś łanów leśnych, wieś rozproszona).
- Zbójnictwo jako fenomen ziem górskich. Nie jest oczywiste, czy natężenie przemocy było w górach silniejsze niż na nizinach, ale formy organizacyjne tej przemocy były inne.
- Wielu autorów (Friedrich Ratzel w ogólności, Fernand Braudel w odniesieniu do regionu śródziemnomorskiego, Kazimierz Dobrowolski w odniesieniu do Karpat polskich) pisało o specyficznej produktywności kulturowej regionu, w którym kultura gór styka się z kulturą równin. Te rozważania są bardzo powabne, choć grożą ześlizgnięciem się w ogólniki.
Pisząc o górskim pograniczu, trudno pominąć problem górskiej wolności — zmitologizowany w opowieściach o zbójnikach, ale przecież realny. Cała sztuka polega na tym, aby utrzymać równowagę między pseudoromantyczną egzaltowaną apoteozą górskiej wolności a pseudorealistyczną i równie egzaltowaną demaskacją górskiej nędzy, przemocy i wyzysku. Oba te podejścia są z gruntu fałszywe, choć każde ma w sobie coś prawdziwego. Dzieła sztuki powstające na terenach górskich, dzieła, których prezentacja stanowi dużą część tej książki, są decydującym argumentem przeciw tezie skrajnie pesymistycznej. Takiej sztuki nie tworzą niewolnicy. Wolność w górach jest zdecydowanie czymś więcej niż romantycznym stereotypem.
Wreszcie ostatni ważny problem: piękno gór. Zapewne istnieje jakieś biologiczne uwarunkowanie sprawiające, że zachwyt nad górami zdarza się ludziom we wszystkich epokach (pojawia się tu pojęcie biofilii9). Jednak o wiele ważniejsze, w każdym razie dla historyka, są zmieniające się w ciągu dziejów ideały piękna. Jest jasne, że zachwyt górami wzmaga się w epoce romantyzmu — i od tej pory pozostaje z nami na stałe. Otóż trudno ukrywać, że ja także ów zachwyt podzielam, towarzyszył mi podczas wycieczek, a także podczas lektur, które w dużym stopniu były przecież ewokacją owych wycieczek. Ufam, że nie wpłynął on negatywnie na sposób prezentacji; a może nawet miał nań wpływ pozytywny. Był on bowiem wyzwaniem: jeśli artysta ma jakieś głębsze przeżycia związane z pięknem krajobrazu, nieba, wiatru, wody lub też dzieł sztuki, to może odpowiedzieć na to swoją własną twórczością — napisać wiersz, skomponować utwór muzyczny, namalować obraz czy zaśpiewać pieśń. W ten sposób piękno rodzi piękno, przyczynia się do stworzenia czegoś nowego, oryginalnego, a świat staje się bogatszy. Historyk jest tej możliwości pozbawiony. On nie uwieczni gór w dziele, którego artyzm choć w niewielkim stopniu oddałby ich piękno, bo zrobić tego nie umie. On może tylko spróbować opowiedzieć ich historię.
Spróbowałem więc.
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Nie Egipt, lecz Karpaty? Nowa teoria pochodzenia koła
Nie Egipt, lecz Karpaty? Nowa teoria pochodzenia koła Przejdź do publikacji: Nie Egipt, lecz Karpaty? Nowa teoria pochodzenia koła
Przejdź do publikacji: Skąd się wzięły dziwne nazwy. Ukryta historia na mapie Polski