Adobe Firefly

Grant ERC w polskiej nauce wciąż działa jak znak jakości: jeśli ktoś go zdobył, wiadomo, że gra na światowym poziomie. Problem w tym, że takich osób i takich projektów nadal mamy za mało. O tym, po co Europie w ogóle ERC, dlaczego Polska jest w tym wyścigu w tyle i co należałoby zmienić niemal od zaraz, rozmawiamy z prof. Michałem Tomzą z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, laureatem ERC Starting Grant i ambasadorem ERC.

Grant ERC w polskiej nauce wciąż działa jak znak jakości: jeśli ktoś go zdobył, wiadomo, że gra na światowym poziomie. Problem w tym, że takich osób i takich projektów nadal mamy za mało. O tym, po co Europie w ogóle ERC, dlaczego Polska jest w tym wyścigu w tyle i co należałoby zmienić niemal od zaraz, rozmawiamy z prof. Michałem Tomzą z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, laureatem ERC Starting Grant i ambasadorem ERC.

Academia: Po co dziś w ogóle Europie ERC?

Prof. Michał Tomza: Granty ERC różnią się od grantów krajowych tym, że pozwalają na znacznie wyższy poziom ambicji i dają przyzwolenie na dużo większy poziom ryzyka. To jest ich specyfika. Mają być maksymalnie oderwane od wszystkiego poza doskonałością naukową, wybitnością projektu i kompetencjami kierownika. Kiedyś bardzo dużą rolę odgrywało samo CV naukowca składającego wniosek. Dziś ERC coraz mocniej skłania się ku temu, że dorobek ma przede wszystkim gwarantować wykonalność projektu, ale to jakość samego projektu, jakość badań i potencjalny wpływ wyników powinny być decydujące. Powiedziałbym więc, że ERC to najwyższy poziom ambicji, jaki możemy sobie wyobrazić. I ten poziom jest konieczny, bo nie ulega wątpliwości, że badania podstawowe są niezwykle ważną częścią całego ekosystemu gospodarki i naszej cywilizacji.

Z jednej strony badania podstawowe są źródłem kompletnie nowych idei i często kompletnie nowych technologii. Bardzo często rozwijamy w fizyce kwantowej niezwykle zaawansowane technologie po to, żeby odpowiedzieć na fundamentalne pytania o to, jak działa wszechświat, skąd się wziął, jaka jest jego przyszłość i w ogóle na czym to wszystko polega. I nagle okazuje się, że technologie, które powstają po to, żeby zajrzeć do wnętrza atomu, mają później zastosowanie w komunikacji, medycynie albo w innych obszarach, których początkowo nikt nie miał na myśli. To właśnie coś, co historia nauki pokazuje bardzo wyraźnie: badania prowadzone w oderwaniu od bezpośredniego zastosowania bardzo często okazują się doskonałym źródłem nowych technologii. I nie drobnych ulepszeń, ale rozwiązań naprawdę przełomowych.

W Polsce ERC jest  traktowany jak znak jakości: jeśli ktoś zdobył taki grant, to wiadomo, że wszedł do ścisłej czołówki. Ale równocześnie panuje przekonanie, że to jest coś niemal nieosiągalnego. Co tu jest prawdą, a co mitem?

Prawda, jak zwykle, leży pośrodku. ERC jest trudny do zdobycia, bo to program bardzo konkurencyjny. Natomiast trzeba też uczciwie powiedzieć, że polscy naukowcy są po prostu mało skuteczni w jego zdobywaniu. Trzeba sobie też powiedzieć szczerze, że średni poziom polskiej nauki jest nadal niższy niż średni poziom nauki w Niemczech, Francji, Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych. Tylko trzeba od razu dodać, że ta słabość nie wynika z tego, że mamy mniej zdolnych ludzi.

Prof. Michał Tomza (Fot. Mirosław
Kaźmierczak/UW)

Uważam, że studentów studiów licencjackich i magisterskich na fizyce na Uniwersytecie Warszawskim kształcimy tak dobrze jak na Harvardzie czy MIT, a być może nawet lepiej. Problem nie zaczyna się na etapie talentu. Problem zaczyna się później, na etapie warunków uprawiania nauki. I tutaj głównym źródłem słabości jest po prostu dużo gorsze finansowanie. To zresztą widać już nie tylko intuicyjnie, ale też w analizach. Mamy wyraźne dane pokazujące, że skuteczność krajów w zdobywaniu grantów ERC jest bardzo silnie powiązana z krajowym poziomem finansowania nauki. I to jest bardzo brutalna zależność. Jeśli nie zwiększymy finansowania, nie zwiększymy też naszej skuteczności. 

Uważam, że liczba grantów ERC jest dobrą miarą doskonałości naukowej. Oczywiście nie idealną, bo nie każdy świetny projekt dostanie finansowanie. To, że ktoś nie dostał ERC, nie oznacza jeszcze, że jest słabym naukowcem. Ale jeśli spojrzymy na poziom statystyczny, na kraje, uczelnie, całe środowiska, różnice zaczynają być bardzo znaczące. I w tym sensie ERC jest znacznie lepszym wskaźnikiem niż wiele innych metryk, którymi lubimy się posługiwać. Cytowania, punkty, prestiż czasopism – to wszystko bywa bardzo nierówne między dziedzinami i niestety czasem da się to naginać. Natomiast w przypadku grantów europejskich znacznie trudniej przejść przez sito w sposób nieuczciwy czy niezasłużony.

W tym kontekście istnieje problem, o którym mówi się rzadziej: brak  doświadczenia iknow-how w środowisku. Jeśli na danym wydziale czy w instytucji jest kilku albo kilkunastu laureatów ERC, to mniej doświadczony  badacz może po prostu zapytać ich przy kawie, jak zbudować taki wniosek, jak pokazać ryzyko, jak opisać ambicję projektu. Tam, gdzie takiego zaplecza brakuje, badacz w dużej mierze pozostaje zdany na siebie.  Kiedy pierwszy raz aplikowałem, korzystałem z pomocy osób, które już miały takie doświadczenie. I to jest coś, co bardzo pomaga. Problem w tym, że takie know-how nie bierze się znikąd. Ono akumuluje się dopiero wtedy, kiedy jako środowisko zaczynamy częściej wygrywać.

A może po prostu nie lubimy ryzyka?

Jestem przekonany, że badania naukowe muszą być ambitne i muszą być ryzykowne. Tylko trzeba sobie uczciwie powiedzieć jedno: na ryzyko trzeba mieć warunki. Jeżeli ktoś zarabia niewiele więcej niż płaca minimalna i od kolejnego grantu zależy, czy w ogóle będzie mógł zostać w nauce, to trudno się dziwić, że nie podejmuje bardzo ambitnych, ryzykownych tematów. To nie jest kwestia charakteru, tylko warunków pracy. Dlatego byłbym ostrożny z oskarżaniem polskich naukowców o brak ambicji. Bardzo często to nie jest brak ambicji, tylko konsekwencja funkcjonowania w systemie, który za porażkę potrafi karać zbyt surowo. Jak wspomniałem, dane pokazują wyraźnie, że skuteczność krajów w zdobywaniu grantów ERC jest mocno związana z krajowym poziomem finansowania nauki. Jeśli nie zwiększymy finansowania, nie zwiększymy naszej skuteczności. I z tego powodu nie da się oddzielić dwóch rzeczy: większego finansowania i większych oczekiwań. One muszą iść razem. Musimy zacząć od lepszego finansowania nauki w Polsce i dopiero wtedy wymagać więcej ambicji, pracowitości, transparentności i etyczności.

Najprostszym i pierwszym krokiem powinno być dwukrotne zwiększenie budżetu Narodowego Centrum Nauki. To rozwiązanie, które od dawna wydaje się oczywiste dla dużej części środowiska. Dziś, przy współczynnikach sukcesu na poziomie około 10 proc., bardzo wiele naprawdę dobrych wniosków odpada i system staje się częściowo loterią. Gdyby udało się przekroczyć próg 20 proc., sytuacja poprawiłaby się wyraźnie. Nadal byłaby to konkurencja oparta na jakości, ale dużo mniej przypadkowa. Jestem przekonany, że to samo w sobie podniosłoby poziom ambicji wielu projektów. Jeśli naukowcy nie mieliby poczucia, że uczestniczą w grantowej ruletce, tylko rzeczywiście rywalizują na jakość, łatwiej byłoby im podejmować ambitniejsze tematy.

Gdyby trzeba to było wytłumaczyć politykowi w dwóch zdaniach: dlaczego państwo ma dołożyć do nauki, skoro zawsze są pilniejsze wydatki?

Po pierwsze dlatego, że nauka jest relatywnie tania. Wbrew temu, jak się o niej czasem mówi, kwoty potrzebne do realnej poprawy sytuacji są niewielkie w skali budżetu państwa. Dwukrotne zwiększenie budżetu NCN to około  1.7 miliarda złotych. To nie są duże pieniądze z punktu widzenia państwa. I właśnie to, moim zdaniem, nie do końca dociera do polityków. Mówimy o kwotach, które w skali budżetu są niewielkie, a mogą bardzo dużo zmienić. Zresztą wystarczy spojrzeć na to, jak łatwo państwo potrafi tracić albo wydawać znacznie większe środki w innych obszarach. Niedawno straciliśmy 5,5 miliarda złotych na źle zamówionych szczepionkach sprzed kilku lat. Na tym tle okazuje się, że kwota potrzebna na realne wzmocnienie systemu finansowania nauki jest relatywnie mała.

Po drugie dlatego, że jeśli Polska ma utrzymać tempo rozwoju, nie może w nieskończoność opierać gospodarki na relatywnie taniej pracy i montażu cudzych technologii. Ten model się wyczerpuje. Jeśli chcemy dalej się rozwijać, potrzebujemy własnych technologii. Potrzebujemy zwłaszcza deep techu, który będzie podstawą gospodarki. A to nie bierze się znikąd: jego źródłem są badania naukowe. Sztuczna inteligencja, biotechnologia, technologie kwantowe – to wszystko jest oparte na dekadach inwestowania w badania podstawowe. Brak inwestycji teraz oznacza, że za pięć czy dziesięć lat staniemy się peryferium świata. Alternatywa jest prosta: albo rozwijamy własne technologie, albo pozostajemy montownią. Tyle że nie da się być zamożną montownią w nieskończoność. 

Dobrym przykładem jest chyba branża AI. OpenAI czy ElevenLabs pokazują, że Polacy potrafią grać w światowej ekstraklasie. Tylko zwykle nie robią tego tutaj.

ElevenLabs to świetny przykład. Firma została założona przez Polaków, ma wielomiliardową wycenę, ale główną siedzibę ma w  z Londynie. Oczywiście korzysta pośrednio z tego, że Polska kształci bardzo dobrych informatyków i inżynierów. To jest nasz ogromny atut. I właśnie dlatego pytanie nie powinno brzmieć: „czy potrafimy?”, tylko: „dlaczego nie dzieje się to częściej i dlaczego nie dzieje się tutaj?”. Naprawdę uważam, że już teraz bardzo dobrze kształcimy studentów. I aż się prosi zadać pytanie, co by było, gdybyśmy podnieśli jeszcze poziom ambicji i poziom badań naukowych prowadzonych na uczelniach i w instytutach. Wtedy nie mielibyśmy jednego spektakularnego sukcesu raz na kilka lat. Moglibyśmy mieć znacznie więcej takich firm i projektów w Polsce.

Tylko problem jest też taki, że inwestycja w naukę nie daje politycznego efektu po roku czy dwóch. To nie jest inwestycja, którą da się łatwo sprzedać w cyklu wyborczym. Jej skutki widać po 10, 15, 20 latach. Ale to nie znaczy, że tych skutków nie ma. One są ogromne.

W sztucznej inteligencji wiele firm powstaje dzięki ludziom, którzy spędzili w nauce kilka lat, zrobili doktorat albo byli bardzo blisko doktoratu i dopiero potem przeszli do biznesu. W technologiach kwantowych ten proces jest jeszcze dłuższy. Tam bardzo często startupy o wartości setek milionów czy miliardów dolarów wyrastają z dwóch dekad badań podstawowych. To zresztą bardzo dobry przykład, bo technologie kwantowe są mi szczególnie bliskie. Widzimy dziś firmy, które sprzedają już bardzo zaawansowane urządzenia, ale za tym stoi 20 lat spokojnej, systematycznej pracy badawczej. Bez niej nie byłoby czego komercjalizować.

Czyli ERC to tak naprawdę element geopolityki?

Inwestycja w badania naukowe jest inwestycją w przyszłość gospodarczą i polityczną. Tylko że nie da się jej rozpisać prostymi wskaźnikami w stylu: ten projekt przyniesie dokładnie tyle i tyle pieniędzy. To działa raczej jak inwestowanie w startupy. Nie chodzi o to, żeby każdy projekt dawał równie spektakularny efekt. Chodzi o to, żeby co jakiś czas pojawiło się odkrycie, które całkowicie zmienia reguły gry. Jeżeli nawet jeden na sto czy jeden na tysiąc finansowanych projektów doprowadzi do powstania naprawdę przełomowej technologii, taka inwestycja zwraca się wielokrotnie. Jednocześnie nie można też zapominać o znaczeniu nauk humanistycznych i społecznych, które są ważną częścią ekosystemu nauki — bez nich trudno zapewnić, by rozwój technologii przebiegał w sposób odpowiedzialny i bezpieczny dla naszej cywilizacji. 

Świat nie stoi w miejscu. Chiny inwestują dziś w naukę na ogromną skalę. Stany Zjednoczone od dekad budują swoją przewagę właśnie na połączeniu świetnych uczelni, odwagi technologicznej i kapitału wysokiego ryzyka. Jeśli Europa nie chce zostać z tyłu, musi traktować naukę serio.

Gdyby więc można było podjąć jedną decyzję, która realnie zwiększyłaby szanse Polaków na zdobywanie grantów ERC, co by to było?

Gdybym miał wskazać najważniejszy ruch, byłby on prosty: dwukrotnie zwiększyć budżet NCN i uprościć system biurokratyczny, zwłaszcza w obszarze interpretacji prawa zamówień publicznych do zakupów aparatury i prowadzenia badań. Jestem przekonany, że gdyby to zrobić, w ciągu kilku lat zobaczylibyśmy bardzo wyraźny wzrost liczby grantów ERC trafiających do Polski. Być może nawet dwukrotny.

Dane pokazują wyraźnie, że skuteczność krajów w zdobywaniu grantów ERC jest mocno związana z krajowym poziomem finansowania nauki. Jeśli nie zwiększymy finansowania, nie zwiększymy naszej skuteczności

Przejdź do treści