Czytasz artykuł w trybie offline
Prof. Węcowski: Odyseja to odpowiedź na świat, który wymknął się spod kontroli
Popiersie Homera autorstwa Philippe’a-Laurenta Rolanda, 1812, Luwr. Fot. Urban / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0. Zdjęcie przetworzone z wykorzystaniem AI.
Dlaczego po trzech tysiącach lat warto wracać do Homera? Prof. Marek Węcowski w swojej najnowszej książce Homer na nasze czasy przekonuje, że Iliada i Odyseja są czymś więcej niż fundamentem europejskiej literatury. To opowieści o wojnie, polityce, przywództwie i świecie, który gwałtownie się zmienia i problemach zaskakująco bliskich współczesności
Academia: W tytule pańskiej książki pojawia się sformułowanie „na nasze czasy”. Czego tak naprawdę może nas dziś nauczyć człowiek sprzed trzech tysięcy lat?
Prof. Marek Węcowski: Homera można czytać na dwa sposoby. Pierwszy jest historyczny: próbujemy zrozumieć go w realiach jego epoki, niezależnie od tego, jak oceniamy historyczność świata przedstawionego w eposach. Drugi sposób jest równie ważny. Wielkie dzieła klasyczne żyją własnym życiem przez stulecia i w różnych epokach przemawiają do nas na nowo opowiadając o naszych własnych doświadczeniach znacznie więcej, niż się spodziewaliśmy.
Dlatego spory o kanon literacki wydają mi się często jałowe. Dotyczą przede wszystkim tego, czego uczymy się w szkole, a nie tego, co robimy z tym bagażem kulturowym później. Tragedie królewskie Szekspira najmocniej przemawiają do nas wtedy, gdy wokół widzimy polityczne intrygi i walkę o władzę. Podobnie jest z Homerem. Pisząc tę książkę, próbowałem – być może dość ryzykownie – połączyć dwie perspektywy: historyczną i współczesną. Uważam, że właśnie dziś zarówno Iliada, jak i Odyseja brzmią wyjątkowo aktualnie.
Dlaczego?
Powstały w świecie, który gwałtownie się zmieniał. Globalizacja przestała być modnym hasłem, ale świat nadal rozszerza się w zawrotnym tempie – geograficznie, politycznie, technologicznie i kulturowo. Jeszcze w IX wieku p.n.e. świat starożytnych Greków ograniczał się głównie do Morza Egejskiego. Potem zaczęli oni zakładać kolonie od Hiszpanii po Morze Czarne. Docierali do Egiptu i Lewantu, wracali z nowymi opowieściami, przedmiotami, ideami, kultami i doświadczeniami. Nagle okazało się, że świat jest znacznie większy, niż dotąd sądzono. To doświadczenie przypomina nasze. Świat rozszerza się nie tylko na mapie, lecz także w ludzkich głowach.
Jak Homer odpowiada na tę zmianę?
W Odysei nie próbuje wpisać wędrówek Odyseusza w mapę nowo poznawanego przez Greków świata. Do dziś na Sycylii czy w Zatoce Neapolitańskiej przewodnicy pokazują turystom miejsca, gdzie miała mieszkać Kirke albo Cyklopi. Takie “mapowanie” mitu na rzeczywistość jest czymś naturalnym. Homer robi jednak coś dokładnie odwrotnego. Całą podróż Odyseusza przenosi do świata baśni. Odrywa ją od konkretnej geografii i świadomie lokuje poza rzeczywistością, którą Grecy właśnie poznawali. Zamiast oswajać nowy świat, ucieka w opowieść ponadczasową – do świata stabilniejszych wartości.
Z Iliadą jest inaczej. Tam ten rozszerzający się świat ma przede wszystkim wymiar polityczny. W tym samym czasie rodzi się grecka polis – wspólnota obywateli, która nie ma odpowiednika w świecie starożytnym. Nazywamy ją miastem-państwem, ale to określenie spłyca sprawę. Chodzi o wspólnotę ludzi, którzy sami decydują o swoich sprawach, również o wojnie. To doświadczenie wróci w Europie dopiero wiele stuleci później.
Homer z konsekwencji narodzin polis tworzy właściwie traktat polityczny. Wielki szwajcarski historyk Kurt Raaflaub czytał Iliadę i Odyseję właśnie w ten sposób. Jeśli przyjrzymy się obu poematom, zobaczymy, że opowiadają tę samą historię. W centrum stoi wspólnota i wybitna jednostka. W Iliadzie jest nią Achilles – niezwyciężony wojownik. W Odysei Odyseusz – człowiek, którego największą siłą są rozum i polityczny talent. Obaj są wspólnocie niezbędni. Bez nich nie ma zwycięstwa ani przetrwania. Paradoks polega jednak na tym, że Homer nie opowiada o tym, jak wielcy bohaterowie ratują wspólnotę, lecz o tym, jak mogą doprowadzić ją do katastrofy. Achilles obraża się na Agamemnona i wycofuje z walki. Skutki jego gniewu ponoszą Achajowie. Odyseusz z kolei, wracając spod Troi, traci wszystkich swoich towarzyszy – z powodu własnych błędów, pychy czy złych decyzji. A kiedy dociera na Itakę, morduje zalotników Penelopy, a następnie chce rozprawić się również z ich rodzinami. Dopiero interwencja bogów zatrzymuje spiralę przemocy.
To bardzo gorzka refleksja. Człowiek, który miał ocalić albo chronić wspólnotę, sam staje się dla niej zagrożeniem. Homer nie daje prostego zakończenia. Nie wiemy, czy ostatecznie dochodzi do pojednania. Oba poematy pozostawiają tę kwestię otwartą.

Iliada i Odyseja nie są opowieściami o bohaterach, których po prostu należy podziwiać.
Zdecydowanie nie. Homer nie tworzy pomników. Opisuje problemy. W Iliadzie jednym z najważniejszych jest pytanie o władzę. Agamemnon jest legalnym przywódcą wyprawy, ale okazuje się fatalnym politykiem: pysznym, konfliktowym i niekompetentnym. Kiedy na obóz spada zaraza, Achilles zwołuje zgromadzenie wojowników. Formalnie jest to uzurpacja. Nie ma do tego prawa. Poeta natychmiast komplikuje jednak sytuację. Achilles działa z inspiracji Hery i Ateny, a więc bogiń. Tyle że Agamemnon również sprawuje władzę z woli bogów. Nie dostajemy więc odpowiedzi, lecz dylemat. Kto ma rację? Legalna, ale nieudolna władza? Czy ktoś, kto łamie obowiązujący porządek w imię dobra wspólnoty?
To przypomina późniejszy teatr ateński. W Antygonie Sofoklesa również nie otrzymujemy prostego rozstrzygnięcia. Antygona czy Kreon? Achilles czy Agamemnon? Homer nie moralizuje. Zmusza do namysłu.
Podobnie postępuje z samą ideą wspólnoty. Grecja jego czasów nie była jednym państwem, lecz mozaiką setek rywalizujących poleis. Tymczasem Homer pokazuje obraz wspólnej wyprawy wszystkich Achajów pod Troję. Ale i tutaj unika propagandy. Pokazuje spory, konflikty i rywalizację. Co więcej, najpiękniejszy wzór patriotyzmu odnajdujemy nie po stronie Greków, lecz Trojan. Jest nim Hektor – człowiek walczący za swoje miasto i rodzinę. To niezwykłe, że właśnie Grek uczynił największym bohaterem narodowym własnego przeciwnika.
Homer nieustannie podważa nasze wyobrażenia o wspólnocie. Pokazuje napięcia między jednostką a zbiorowością, między „nami” i „nimi”, między lojalnością a pychą. Dlatego jego eposy brzmią dziś tak współcześnie. Nie dają gotowych odpowiedzi, ale uczą zadawania właściwych pytań.
Czyta Pan Homera od wielu lat. Czy w ostatnich latach zdarzyło się coś, co sprawiło, że jakiś fragment Iliady albo Odysei odbiera Pan inaczej?
Najbardziej zmieniło się chyba nasze poczucie stabilności świata. Przyznam, że nigdy szczególnie w nią nie wierzyłem – jestem raczej pesymistą – ale przez długi czas dominowało przekonanie, że żyjemy w rzeczywistości w miarę przewidywalnej. Nie chodzi nawet o słynny „koniec historii”, lecz o wiarę, że przyszłość będzie rozwijała się według reguł, które potrafimy zrozumieć. Dziś wiemy, że tak nie jest. Politycznie, ideowo, technologicznie – świat okazał się znacznie mniej stabilny i przewidywalny, niż sądziliśmy.
To zmienia sposób czytania nie tylko Homera, ale całej klasyki. Nagle wyraźniej dostrzegamy pęknięcia, niepewność, konflikty i reakcje ludzi na rzeczywistość, która wymyka się spod kontroli. Nie powiedziałbym jednak, że odkrywamy zupełnie nowego Homera. Wielkie dzieła pozostają żywe właśnie dlatego, że każda epoka wydobywa z nich coś innego. To raczej my się zmieniamy.
Oczywiście w czasie wojny Iliada staje się przede wszystkim poematem o przemocy i jej konsekwencjach. Tak czytała ją Simone Weil w słynnym eseju Iliada, czyli poemat siły. Pisała go podczas II wojny światowej, uciekając przed prześladowaniami. Nie znała jeszcze pełnej skali Holokaustu, ale doświadczała wojny i jednocześnie rozliczała własny, przedwojenny pacyfizm. Jej pytanie nie brzmi: jak uniknąć wojny? Raczej: co wojna robi z człowiekiem i dlaczego tak łatwo zamienia ludzi w narzędzia przemocy?
Mam wrażenie, że właśnie te pytania dziś wybrzmiewają najmocniej. Kiedy świat wydawał się bardziej przewidywalny, czytaliśmy Homera inaczej. Teraz mocniej widzimy kruchość wspólnoty, pychę przywódców, rozpad porządku i doświadczenie wojny. To wszystko zawsze było w tych eposach, ale dopiero współczesność sprawia, że zwracamy na to większą uwagę.
Dla kogo jest więc ta książka? Kto powinien po nią sięgnąć?
Z zawodowego obowiązku powinienem odpowiedzieć, że dla wszystkich. Ale poważnie mówiąc – dla ludzi, którzy chcą połączyć własne doświadczenie z wielką kulturą. Klasyka zaczyna żyć dopiero wtedy, gdy odnajdujemy w niej siebie. Dla jednych będzie to historia starzejącego się Odyseusza, dla innych gniew młodzieńczego Achillesa albo doświadczenie wojny, wygnania czy powrotu do domu. Homer pozwala spojrzeć na własne życie z perspektywy znacznie dłuższej niż nasze własne doświadczenie.
Myślę jednak także o tych, którzy próbują zrozumieć świat. Literatura nie zbuduje lepszej rakiety ani nie wynajdzie leku na raka. Może natomiast pomóc lepiej rozumieć ludzi, politykę, wspólnotę i samych siebie. Dlatego właśnie warto dziś wracać do Homera. Nie dlatego, że jest obowiązkowym punktem kanonu, ale dlatego, że pomaga odnaleźć się w rzeczywistości, która znów staje się nieprzewidywalna.
Na marginesie książki trudno nie zapytać o współczesne powroty do Homera. Jeszcze przed premierą ekranizacji Odysei Christophera Nolana wybuchły dyskusje o obsadzie i o tym, jak wyobrażamy sobie Greków. Czy antyk rzeczywiście był tak biały, jak często go przedstawiamy?
Oczywiście, że nie. To wyobrażenie narodziło się dopiero w XVIII wieku. Świat grecki był znacznie bardziej zróżnicowany. Już w epoce archaicznej Grecy żeglowali do Egiptu i Lewantu, a ich wyobraźnia sięgała daleko poza Morze Śródziemne. W Iliadzie pojawia się choćby porównanie do Pigmejów mieszkających w głębi Afryki. To oczywiście wiedza pośrednia, ale pokazuje, jak szeroki był horyzont greckiej wyobraźni. W samej Grecji żyli też niewolnicy pochodzący z wielu różnych części świata.
Grecy mieli własne ideały piękna, ale one również nie były jednolite. W Iliadzie Achilles i Menelaos są opisywani jako blondyni lub rudowłosi. Musieli jednak należeć do mniejszości, skoro z późniejszych źródeł wiemy, że niektórzy arystokraci farbowali włosy na blond, aby upodobnić się do herosów. Także jasna skóra kobiet nie wynikała wyłącznie z wyglądu, lecz z konwencji kulturowej. Kobiety przedstawiano jako jaśniejsze od mężczyzn, bo większość czasu spędzały w domu, podczas gdy mężczyźni pracowali i walczyli na słońcu.
Czy Helena może więc być czarnoskóra?
Oczywiście, że może. Po pierwsze dlatego, że w świecie greckim nie istniał jeden obowiązujący kanon mitu. Każdy poeta opowiadał go na swój sposób. Po drugie, już w późniejszej tradycji pojawia się Memnon – przywódca Etiopów, czyli Afrykańczyków – jedna z najważniejszych postaci cyklu trojańskiego. Grecy nie wyobrażali sobie więc świata jako jednorodnego. Najważniejsze jest jednak coś innego. Jeśli Christopher Nolan wybrał aktorkę, którą uważa za najpiękniejszą kobietę świata, to miał do tego pełne prawo. A jeśli przy okazji wszyscy zaczęli się o Helenę kłócić, osiągnął coś bardzo homerowego. Bo najważniejszą cechą Heleny od trzech tysięcy lat jest właśnie to, że wszyscy się o nią spierają.
Prof. Marek Węcowski – historyk starożytności, profesor nauk humanistycznych, pracownik Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Studiował historię na Uniwersytecie Warszawskim oraz w École des hautes études en sciences sociales w Paryżu. Był m.in. visiting scholar na Columbia University, junior fellow w Center for Hellenic Studies Uniwersytetu Harvarda oraz stypendystą programu Fulbrighta na Princeton University. Specjalizuje się w historii Grecji archaicznej i klasycznej oraz kulturze antycznej. Jest autorem książek Sympozjon, czyli wspólne picie, The Rise of the Greek Aristocratic Banquet, Dylemat więźnia. Ostracyzm ateński i jego pierwotne cele oraz Tu jest Grecja! Antyk na nasze czasy, nominowanej do Nagrody Literackiej Nike.
Poniżej drukujemy fragment książki Homer na nasze czasy, która ukaże się nakładem Znak Literanova.

Apoteoza Homera
W Muzeum Brytyjskim w Londynie (nr inw. 1819,0812.1) znajduje się niezwykły relief wykonany najprawdopodobniej w egipskiej Aleksandrii w końcu III wieku p.n.e. Podpisany z imienia artysta – Archelaos, syn Apolloniosa z Priene – wyrzeźbił na nim niezwykle bogatą scenę. To apoteoza Homera (il. 8). Dzięki opisującym poszczególne postaci inskrypcjom możemy dokładnie zrozumieć każdy detal.
W centrum płaskorzeźby, z berłem w dłoni, siedzi sam Poeta. Przypomina tronującego Dzeusa, najwyższe bóstwo Hellenów. Za odbierającym kult heroiczny Homerem stoją boskie personifikacje: zamieszkały Świat (gr. Oikoumene), jako kobieca postać uosabiająca zarazem całą ludzkość, oraz skrzydlaty Czas (gr. Chronos). Para bóstw, którą na tym przedstawieniu utożsamia się niekiedy z hellenistycznymi władcami Egiptu Arsinoe III i Ptolemeuszem IV (panował w latach 221–205 p.n.e.), nakłada na głowę Poety wieniec. Po obu stronach tronu klęczą personifikacje Iliady i Odysei – przedstawione jako dzieci. Przed nim stoi Mit, wyobrażony jako mały chłopiec. Asystuje przy ołtarzu, na którym za chwilę zostanie złożona Homerowi ofiara z byka.
Po drugiej stronie ołtarza Mitowi w dopełnieniu obrzędu pomaga Historia. Za nią widzimy procesję ofiarników pozdrawiających Poetę wzniesionymi rękami i pochodniami. Są wśród nich Poezja, Tragedia i Komedia. Za nimi kroczy Natura (gr. Physis), a potem Cnota (gr. Areté), Pamięć (gr. Mnēmē), Wierność (gr. Pistis), wreszcie Mądrość (gr. Sophía). Powyżej, na zboczu góry Helikon, widzimy dziewięć Muz oraz ich „przodownika” Apollona. Na szczycie tronuje Dzeus trzymający berło. Towarzyszy mu jego boski posłaniec – orzeł, a także wymieniająca z nim spojrzenia bogini Mnemosyne, matka Muz i bóstwo pamięci, patronka wszystkich sztuk i nauk.
Niżej, na wysokości Muz i Apollona, nieco na uboczu stoi anonimowy dla nas mężczyzna. Sam Goethe jako pierwszy rozpoznał w nim artystę i fundatora, który uczcił płaskorzeźbą swój triumf w jakimś konkursie poetyckim. Zapewne w Aleksandrii, być może w przybytku kultowym Homera-herosa, tak zwanym Homerejonie. Jegomość ten nieco nieskromnie porównuje się zatem z samym Poetą, co widać nawet w szczegółach. Obaj w prawych dłoniach trzymają zwój papirusowy swojego dzieła.
Jak widzimy, płaskorzeźba jest tak pedantyczna, że zrozumienie dokładnego jej przesłania nie wymaga żadnego wysiłku. W greckim świecie ducha i sztuki Homer jest ubóstwionym – albo lepiej: heroizowanym – odpowiednikiem Dzeusa, czczonym przez całą ludzkość i po wszystkie czasy. Hołd oddaje mu nawet sama Natura. To od niego wywodzą się wszystkie formy greckiej literatury, to on uczy Hellenów najważniejszych cnót i wartości. Mitologia, ale i piśmiennictwo historyczne Greków, na równi z Iliadą i Odyseją, są jego rodzonymi dziećmi. Apollon i Muzy wraz z najwyższym bogiem patronują mu z Olimpu i Helikonu.
W tej skomplikowanej całości dobrze widać rolę, jaką w czasach powstania reliefu przypisywano Homerowi w greckiej kulturze. Zanim jednak do tego doszło, minąć musiały całe wieki wymyślania Poety, owijania go w kolejne warstwy szczegółowej legendy i w kolejne znaczenia.
Świat bez Autora
W naszych rozplotkowanych czasach trudno nam wyobrazić sobie dzieło bez twarzy, biografii i anegdoty. W kulturze tradycyjnej było inaczej. Przez długie lata, czasem stulecia, utwory krążyły podpisane jedynie imieniem przekazanym przez tradycję. A często po prostu anonimowo, bo nawet to tradycyjne imię autora nie było nikomu do niczego potrzebne. Na przykład w starożytnej tradycji bliskowschodniej dziełom literackim spisanym na glinianych tabliczkach towarzyszyły niekiedy co najwyżej imiona skrybów, którzy wykonali daną kopię utworu. Dopiero z czasem, jeśli w ogóle, przyszło erudycyjne zaciekawienie człowiekiem stojącym za dziełem sztuki.
W Grecji taka ciekawość na większą skalę pojawiła się na dobre w dojrzałej epoce klasycznej. A więc w czasach Sofoklesa i Sokratesa, to jest w drugiej połowie V wieku p.n.e. Od tamtej pory zapamiętywano lub notowano wiadomości, faktyczne albo anegdotyczne, na temat poetów i pisarzy. Pojawią się też wtedy pierwsze greckie biografie, a już za życia Peryklesa powstanie nawet najwcześniejszy europejski utwór autobiograficzny. To Podróże (gr. Epidemíai) wszechstronnego poety i pisarza Iona z wyspy Chios, dziś niestety zaginione.
W tamtym okresie od czasu do czasu do obiegu trafiały jakieś informacje o dawnych poetach: imię, rodzinna wyspa, epizod z życia. Najczęściej ta szczątkowa wiedza była najżywsza tam, skąd poeci mieli pochodzić – w rodzinnej polis, w okolicznych miejscowościach, w kręgu lokalnej tradycji. Tam łatwiej było o anegdotę, o opowieść przekazywaną z pokolenia na pokolenie, czasem nawet o kult poety wyniesionego do rangi herosa, jak w przypadku Archilocha z Paros, któremu poświęcono specjalne sanktuarium.
Gdy taka pamięć już istniała, starożytni chętnie „doczepiali” do znanego imienia kolejne utwory. Teksty, które krążyły samodzielnie, przypisywano znanym poetom, nie troszcząc się zbytnio o dowody. Nie było zresztą narzędzi, by takie przypisania rzetelnie weryfikować – ważniejsze było to, żeby wiersz miał autora z imieniem i miejscem pochodzenia, niż to, czy ten wybór da się uzasadnić.
Najczęściej jednak tradycja przechowywała co najwyżej imię i nazwę ojczyzny dawnego twórcy. A co z jego biografią? Trzeba ją było po prostu wymyślić na podstawie starych i nowych legend oraz strzępów niepewnych informacji. Albo po prostu siłą wyobraźni ludzi epoki klasycznej, karmionej interpretacją tych miejsc w dziełach, w których można było dopatrywać się osobistych doświadczeń archaicznych poetów.
Ale czasami dane autobiograficzne można rzeczywiście odnaleźć. Chociażby w poezji wspomnianego już Archilocha. W swoich wierszach sam opowiada nam on o swojej karierze najemnika, archaicznego greckiego „psa wojny”, a może nawet właściciela całej grupy najemników. Jego zaś wzmianka o całkowitym zaćmieniu słońca (zapewne z 6 kwietnia 648 roku p.n.e.) wygląda na relację naocznego świadka – a to pozwala nam datować jego aktywność bardzo dokładnie. Zazwyczaj jednak próżno szukać w poezji tego rodzaju pewnych informacji.
Mimo to w następnych epokach Grecy będą tę pseudobiograficzną tradycję przyjmowali z pełnym zaufaniem. Będą też na jej podstawie mnożyli dalsze spekulacje i pisali coraz bardziej rozbudowane żywoty dawnych twórców. Zwłaszcza że w epoce hellenistycznej – po śmierci Aleksandra Wielkiego – i później, już w czasach rzymskich, stare greckie miasta funkcjonowały w ramach wielkich, wieloetnicznych imperiów. A wtedy duma z własnej kultury, w tym szczególnie ze swoich wielkich rodaków z dawnych czasów, pozwalała wyróżnić się na tle innych poddanych Aleksandra, jego następców czy Imperium Romanum. Paros szczycić się będzie swoim Archilochem tak jak małoazjatycki Halikarnas historykiem wojen perskich Herodotem (il. 9).
Tak było również w wypadku Homera. A dokładniej: w wypadku Homera było znacznie gorzej. Chociażby dlatego, że w czasach, kiedy zaczęła się kształtować grecka biografistyka, a więc w V wieku p.n.e., miał on już więcej niż jedną ojczyznę – kilka różnych miast spierało się o jego pochodzenie. W późniejszej wersji było ich aż siedem: Smyrna, Chios, Kolofon, Argos, Salamina Cypryjska, Ateny i Rodos. W czasach rzymskich dodawano do nich nawet Rzym.
Jednocześnie Poeta był już wówczas w pewnym sensie bezimienny. Słowo „Homer” nie było przecież prawdziwym imieniem greckim. To termin pospolity oznaczający „zakładnika” albo „gwaranta” jakiegoś układu. Biografowie Homera musieli zatem je wyjaśnić – co czynią zresztą do dzisiaj – często proponując inne niż zwyczajne rozumienie rzeczownika homēros. Hipotez takich przez dwa i pół tysiąclecia narosło bardzo wiele.
Zanim jednak zobaczymy, w jaki sposób wymyślano Homera w czasach, gdy już zajmowano się autorami dzieł literackich, musimy poczynić ważne zastrzeżenie. Brak zainteresowania osobą autora i jego biografią nie oznaczał, że grecki epos był postrzegany jako zbiór luźnych pieśni bez twórcy i kształtu. Przeciwnie: istniała wyraźna idea eposu jako całości. Choć była to całość ruchoma i niestabilna.
Jak pokażemy dalej, wpływowa szkoła badań nad Homerem do dziś utrzymuje, że epos był przez stulecia żywym organizmem. Zmieniał się z występu na występ, podlegał ciągłej rekompozycji, zależał od pamięci i kunsztu śpiewaka. Jako zamknięty, ustalony tekst wyłonił się bardzo późno. W przypadku Iliady i Odysei być może dopiero w Atenach od końca VI wieku p.n.e., przy okazji konkursów panatenajskich. Taka perspektywa sprawia, że pytanie o Poetę z krwi i kości traci sens. Na szczęście nie jest jedyna.
Paradoks polega jednak na tym, że Homer nie opowiada o tym, jak wielcy bohaterowie ratują wspólnotę, lecz o tym, jak mogą doprowadzić ją do katastrofy.
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Upadek Troi: Ostrzeżenie z przeszłości
Upadek Troi: Ostrzeżenie z przeszłości Przejdź do publikacji: Upadek Troi: Ostrzeżenie z przeszłości
Przejdź do publikacji: Prof. Węcowski: Spór o język w humanistyce to fałszywy problem
Prof. Węcowski: Spór o język w humanistyce to fałszywy problem Przejdź do publikacji: Prof. Węcowski: Spór o język w humanistyce to fałszywy problem
Przejdź do publikacji: Jak mówić o wspólnocie, która nie mieści się w granicach kraju ani epoki