Wokół rządowego planu odbudowy zasobów przyrodniczych wybuchła afera o rzekomą „likwidację pszczół”. W rzeczywistości chodzi o coś znacznie prostszego: uporządkowanie hodowli, która dziś szkodzi zarówno pszczołom miodnym, jak i dzikim zapylaczom. O chorobach, monokulturach i miejskich ulach mówi dr Anna Gajda,  kierowniczka Pracowni Chorób Owadów Użytkowych Instytutu Medycyny Weterynaryjnej SGGW

Gdyby ktoś śledził w ostatnich dniach media społecznościowe, mógłby uznać, że pszczoły zaraz znikną, a urzędnicy zamkną wszystkie pasieki. Czy to ma coś wspólnego z rzeczywistością?

Dr n. wet. Anna Gajda: Nie, zupełnie nie. To raczej efekt nieczytania ze zrozumieniem. Mówimy o Krajowym Planie Odbudowy Zasobów Przyrodniczych, wynikającym z unijnych zobowiązań, którego celem jest poprawa stanu środowiska. Zajmuję się jego częścią dotyczącą zapylaczy – z perspektywy weterynaryjnej i pszczelarskiej. Jeśli rozwiązania zostaną dobrze dopracowane, skorzystają na tym wszyscy. Obecna burza wynika z nieprecyzyjnych zapisów, które mogą być różnie interpretowane. Dlatego chcemy jeszcze konsultować plan z organizacjami pszczelarskimi. Nie chodzi o ograniczanie hodowli, tylko o poprawę warunków dla pszczół.

Jednym z głównych problemów jest dziś nadmierne zagęszczenie. Zbyt duża liczba pszczół w jednym miejscu oznacza mniej pokarmu i szybsze rozprzestrzenianie się chorób. Do tego dochodzi brak kontroli nad tym, gdzie i ile uli jest ustawianych. W praktyce zdarza się, że pojawia się wiele pasiek należących do różnych pszczelarzy, którzy często nawet o sobie nie wiedzą. To sprzyja transmisji patogenów między rodzinami pszczelimi, a także między nimi, a dzikimi zapylaczami.

Jakie choroby są dziś największym problemem?

Jeśli szukać analogii, najbliżej byłoby wirusom. Większość pszczół – zarówno miodnych, jak i dzikich – ma z nimi kontakt. To nie jest jedna choroba do wyeliminowania, tylko stała obecność patogenów w populacji. Rodzinapszczoły miodnej działa jak jeden organizm – utrata części osobników nie zaburza aż tak jej funkcjonowania. U dzikich zapylaczy, zwłaszcza samotnic, sytuacja wygląda zupełnie inaczej i to one są znacznie bardziej wrażliwe.

Patogeny przenoszą się m.in. przez kwiaty. Jedna pszczoła zostawia wirusa, kolejna go przejmuje. To przypomina sytuację na stadionie – im większe zagęszczenie, tym szybsza transmisja. W świecie pszczół takim „stadionem” jest kwiat. Podobnie działa współdzielenie źródeł wody. 

Czyli problem ma charakter systemowy?

Tak. Nie da się go rozwiązać, lecząc pojedyncze rodziny. To problem środowiskowy – trzeba zmienić warunki, w jakich funkcjonują pszczoły. Dotyczy to także relacji między pszczołą miodną a dzikimi zapylaczami. Choroby mogą się między nimi przenosić, a dzikie gatunki częściej ponoszą tego konsekwencje.

Jak duża jest skala problemu?

Choroby to tylko jeden z czynników. W przypadku dzikich zapylaczy kluczowe są cztery: patogeny, chemizacja rolnictwa i monokultury i utrata siedlisk. Środki ochrony roślin są dla nich szczególnie szkodliwe, a ich stosowanie często pogłębia problem. Monokultury z kolei zapewniają jednorodny pokarm – dają energię, ale nie dostarczają wszystkich potrzebnych składników. Do tego dochodzi utrata siedlisk: znikają miedze, krzewy i miejsca rozwoju owadów. Krajobraz staje się jednorodny i coraz mniej przyjazny.

Jak można to uporządkować?

Nie da się sterować pszczołami, ale można sterować warunkami. Jednym z kierunków jest ograniczenie liczby rodzin pszczelich na danym obszarze – tak, by uniknąć nadmiernego zagęszczenia.

Drugi krok to uporządkowanie istniejącego systemu. Mamy rejestrację pasiek i przepisy dotyczące ich przemieszczania, ale nie zawsze działają w praktyce. Docelowo chodzi o to, by wiedzieć, gdzie znajdują się ule i ile ich jest. W przyszłości mogą powstać narzędzia pomagające ocenić, gdzie można ustawić pasiekę, a gdzie jest już zbyt duże zagęszczenie.

A co z miejskimi ulami?

Jeszcze niedawno traktowano je jako prosty sposób wspierania bioróżnorodności. Dziś widać, że to nie zawsze działa. Warunki w mieście często są dla pszczół miodnych trudne. Na dachach wysokich budynków zimą jest bardzo zimno, latem bardzo gorąco, a silny wiatr utrudnia powrót do ula. Wokół bywa mało roślin, więc pszczoły trzeba dokarmiać.

To nie znaczy, że ule w mieście nie mają sensu. Problem pojawia się wtedy, gdy są stawiane bez analizy warunków. Jednocześnie miasta stają się schronieniem dla dzikich zapylaczy, które tracą siedliska na wsi. Duża liczba pszczół miodnych może zwiększać konkurencję o ograniczone zasoby.

Wracamy więc do punktu wyjścia: nie chodzi o to, by pszczoły miodne zniknęły. Problem zaczyna się wtedy, gdy ich liczba i rozmieszczenie przestają być dopasowane do możliwości środowiska.

Przejdź do treści