Czytasz artykuł w trybie offline
Sto lat Rosji pod fałszywą tożsamością
Dziesięcioro rosyjskich agentów zatrzymanych 27 czerwca 2010 roku.
Źródło: U.S. Marshals Service
Fałszywa tożsamość, prawdziwe małżeństwo, dzieci, które nie wiedzą, kim naprawdę są ich rodzice. Shaun Walker, korespondent „The Guardian” i autor książki „Nielegałowie”, opowiada o rosyjskich nielegałach – jednym z najbardziej osobliwych projektów radzieckiego i rosyjskiego wywiadu oraz o psychologicznej cenie życia pod cudzą biografią
Academia: Czy w świecie, w którym niemal każdy przez cały czas zostawia cyfrowe ślady, trudniej przygotować nielegała do działania czy go wykryć?
Shaun Walker: Z jednej strony zbudowanie wiarygodnej legendy nielegała, czyli zawodowego oficera wywiadu działającego w głębokiej konspiracji na terenie obcego państwa, rzeczywiście stało się trudniejsze. Jest jednak i druga strona. Jeśli uda się przejść ten pierwszy, bardzo trudny etap i stworzyć tożsamość, która wytrzyma konfrontację z rzeczywistością, pod pewnymi względami taki agent może funkcjonować we współczesnym świecie nawet lepiej niż kiedyś.
Jak wygląda droga od rekrutacji do momentu, w którym agent może zacząć funkcjonować jako nielegał?
Jeżeli mówimy o przypadku radzieckim i rosyjskim, z czasem się to zmieniało. Podczas zimnej wojny KGB miało tysiące ludzi wyszukujących kandydatów na najlepszych radzieckich uczelniach. Szukano osób z tak zwanych dobrych rodzin, czyli bez dysydentów czy „wrogów ludu”, inteligentnych, uzdolnionych językowo i możliwie mało charakterystycznych z wyglądu. Mieli dobrze wyglądać, ale nie za dobrze; nie być ani za wysocy, ani za niscy i nie mieć żadnej szczególnej cechy, po której ktoś zapamiętałby ich na lata.
Potem zaczynał się długi proces. Kandydat początkowo nie wiedział nic o programie, w którym ma uczestniczyć. Przechodził testy i rozmowy. Jeśli uznano, że się nadaje, rozpoczynał szkolenie, które trwało kilka lat. Nigdy nie wchodził do budynku KGB ani nie znał prawdziwych nazwisk instruktorów – wszystko odbywało się w konspiracyjnych mieszkaniach. Musiał opanować język i kulturę kraju, z którego rzekomo pochodził, oraz nauczyć się osobowości człowieka, pod którego miał się podszywać.
Drugi element szkolenia stał się dla mnie szczególnie wyraźny podczas rozmów z byłymi nielegałami: psychologiczna przemiana człowieka. To trochę przypomina wstępowanie do sekty. KGB było organizacją skrajnie paranoiczną, a tutaj musiało wysłać kogoś na Zachód i stracić nad nim bezpośrednią kontrolę. Trzeba więc było wychować człowieka całkowicie lojalnego. I tu pojawia się paradoks: potrzebowali ludzi, którzy będą przez cały czas okłamywali wszystkich wokół, czasem nawet własną rodzinę, a jednocześnie pozostaną absolutnie uczciwi wobec własnej służby. To nie zawsze działało.
A rodzina?
Początkowo rekrutowano niemal wyłącznie mężczyzn i wysyłano ich do Stanów Zjednoczonych czy Kanady. Niektórzy nie wytrzymywali psychicznie: zaczynali romanse i wyznawali wszystko nowym partnerkom, popadali w alkoholizm, czasami przechodzili na drugą stronę. KGB uznało więc, że najlepszym zabezpieczeniem będzie wysyłanie nielegałów parami. W kulturze popularnej powstał mit, że wyglądało to mniej więcej tak: „Towarzyszu Smirnow, oto pańska partnerka do końca życia”. W rzeczywistości nie było aż tak źle. Zwykle próbowano dobrać ludzi, którzy rzeczywiście się sobie podobali.
Pojawiał się też problem dzieci. Agent nie mówił bliskim w Związku Radzieckim, czym naprawdę się zajmuje. Mógł twierdzić, że pracuje na przykład w stacji badawczej na Antarktydzie i dlatego wraca do domu raz na dwa lata. Dziś, kiedy rodzina oczekuje wiadomości na WhatsAppie każdego dnia, byłoby to trudniejsze, bo nawet ze stacją na Antarktydzie można się przecież kontaktować.
Z dziećmi było jeszcze gorzej. Jeden z nielegałów, z którym rozmawiałem, ożenił się podczas szkolenia, a jego żona zaszła w ciążę. Jeśli dziecko rodziło się jeszcze w Związku Radzieckim, dla przyszłego nielegała była to katastrofa. On dostawał nowy akt urodzenia, jego partnerka również. Mogli zainscenizować spotkanie za granicą, a potem wziąć ślub. Ale co zrobić z dzieckiem urodzonym w ZSRR, które nie pasuje do tej historii? W takich przypadkach KGB zwykle żądało pozostawienia dziecka w kraju. Jeżeli natomiast rodziło się ono już wtedy, gdy rodzice funkcjonowali pod fałszywymi tożsamościami, dostawało prawdziwe dokumenty, a samo jego istnienie wzmacniało wiarygodność rodzinnej legendy.
Tylko że jeśli misja trwa wiele lat, pojawia się kolejne pytanie: kiedy powiedzieć dzieciom prawdę? I czy w ogóle ją mówić?
Podczas wymiany więźniów latem 2024 roku do Moskwy wróciła rodzina rosyjskich nielegałów posługujących się argentyńskimi tożsamościami. Ich dzieci miały, o ile dobrze pamiętam, jedenaście i siedem lat. Dopiero w samolocie dowiedziały się, że nie są Argentyńczykami, tylko Rosjanami, i że Władimir Putin będzie na nich czekał na lotnisku.
Rodzina, od której zaczynam książkę, została zatrzymana w Stanach Zjednoczonych w 2010 roku. Jej synowie mieli wtedy 16 i 20 lat. Obaj twierdzą, że nie mieli pojęcia, iż nie są zwyczajną kanadyjsko-amerykańską rodziną. Jest też historia chłopaka, którego oboje rodzice byli nielegałami. Kiedy miał 14 lat, ojciec powiedział mu, że w rzeczywistości nie jest prawicowym Niemcem tęskniącym za czasami nazizmu, lecz komunistą pracującym dla KGB. A potem zaproponował, żeby syn został nielegałem drugiego pokolenia.

Dla służb taki agent byłby spełnieniem marzeń. Pierwsze pokolenie mogło mieć świetne dokumenty, ale nie przeszłoby dokładnego sprawdzania przeszłości przy próbie zatrudnienia w CIA czy Departamencie Stanu. Tymczasem ktoś, kto naprawdę urodził się w Stanach Zjednoczonych, pod tym względem rzeczywiście był tym, za kogo się podaje.
Największe afery szpiegowskie zimnej wojny kojarzą się raczej z ludźmi takimi jak Kim Philby czy Aldrich Ames niż z nielegałami. Czy cały ten ogromny wysiłek w ogóle się Sowietom opłacał?
Rosjanie bardzo chcieliby, żebyśmy wierzyli, że tak. Za Putina powstał ogromny kult nielegałów. Praktycznie co miesiąc rosyjska telewizja pokazuje kolejny dokument o takim agencie i wszystkich wspaniałych rzeczach, które zrobił, choć zwykle jest tam mało konkretów. Zresztą jedno z moich głównych pytań podczas pracy nad książką brzmiało, czy warto było ponosić taki wysiłek, skoro przygotowanie jednego agenta zajmowało tyle czasu.
Doszedłem do wniosku, że z każdą dekadą było trudniej, a program stawał się mniej użyteczny. W latach 20. i 30. nielegałowie rzeczywiście dokonywali niezwykłych rzeczy. Byli użyteczni dla Związku Radzieckiego, który miał ograniczoną liczbę placówek dyplomatycznych na Zachodzie. Podczas zimnej wojny ich misje trwały coraz dłużej. Skoro poświęcono kilka lat na wyszkolenie i ulokowanie takiego agenta na Zachodzie, nie chciano nadmiernie go narażać. Paradoksalnie więc im więcej inwestowano w szkolenie, tym ostrożniej KGB wykorzystywało nielegałów.
Była też koncepcja uśpionych agentów: gdyby zimna wojna stała się gorąca i dyplomaci wrócili do domu, można byłoby uruchomić takie komórki. Ale kiedy patrzy się na to, czym część nielegałów rzeczywiście się zajmowała, okazuje się, że czasem były to dość banalne raporty polityczne.
KGB bardzo zależało, by trafiali na ważne stanowiska, tylko że wówczas pojawiał się kolejny problem. Oficerowie byli zazwyczaj świetnie wykształceni i inteligentni, ale w swojej nowej tożsamości formalnie nie mieli wykształcenia. Służby mogły powiedzieć: „Musisz dostać się do tego think tanku”, a agent odpowiadał: „Jak mam się tam dostać, skoro jako człowiek, którego udaję, nie mam żadnego dyplomu?”.
Czasem udawało się to obejść. Don Heathfield, czyli Andriej Biezrukow, osiedlił się z żoną w Toronto, skończył studia ekonomiczne, a potem dostał się do Harvard Kennedy School. Miał już naprawdę imponujące CV i poznawał wielu interesujących ludzi. Tyle że FBI wiedziało, kim jest, dzięki informatorowi w Moskwie.
W mojej książce wraz z upływem kolejnych dekad opowieść o sukcesach szpiegowskich coraz bardziej staje się historią o tym, jak przez dwadzieścia lat żyć jako ktoś inny i nie zwariować. Sama działalność wywiadowcza robi się coraz mniej imponująca.
Co dzieje się z człowiekiem, który tak długo udawał kogoś innego?
Ciekawy jest przypadek niedoszłego nielegała drugiego pokolenia, którego rodzina została wykryta przez FBI, zgodziła się na współpracę i trafiła do programu ochrony świadków. Dostała nową tożsamość i została przesiedlona. W pewnym sensie program ochrony świadków jest najbliższym odpowiednikiem życia nielegała. Przeprowadzasz się w nowe miejsce, masz nowe nazwisko, nową historię życia i nie wolno ci opowiadać ludziom, kim naprawdę jesteś.
Są też ludzie, którzy wrócili do Moskwy. Andriej Biezrukow i Jelena Wawiłowa, zatrzymani w Stanach Zjednoczonych w 2010 roku, prowadzą dziś bardzo dziwne życie. Regularnie występują w kremlowskich programach i powtarzają narrację władz. Trudno powiedzieć, kim właściwie są. Czy zawsze byli tacy jak teraz, czy może grają kolejną rolę? Wiedzą, że jeśli chcą funkcjonować w Rosji Putina, powinni zachowywać się właśnie w ten sposób. Być może to tylko kolejne postacie, w które się wcielili.
Nie jestem psychologiem ani psychiatrą, ale miałem wrażenie, że nielegałów można z grubsza podzielić na dwie grupy. Jedni bardzo łatwo przechodzili od jednej tożsamości do drugiej, nie przejmowali się szczególnie konsekwencjami swoich kłamstw i potrafili się odciąć od chaosu, który powodowali. Drudzy bardzo źle sobie z tym radzili: przechodzili załamania psychiczne, mieli koszmary, byli przedwcześnie wycofywani z misji.
Dla kogo jest pańska książka?
Pisząc ją, myślałem o dwóch grupach czytelników. Pierwsza jest oczywista: ludzie, którzy lubią książki szpiegowskie i interesują się psychologicznym wymiarem takiego życia. Sam zainteresowałem się tym tematem z innego powodu. Zaczęło się w 2010 roku, kiedy jako dziennikarz pracujący w Moskwie zajmowałem się historią rodziny nielegałów, która wróciła do Rosji. Potem zacząłem zgłębiać cały program.
Im dalej cofałem się w czasie – przez upadek Związku Radzieckiego, praską wiosnę, II wojnę światową, lata 30., aż do bolszewickiego podziemia – tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że jest to niezwykłe zwierciadło stu lat rosyjskiej historii. Można przez nie spojrzeć na cały radziecki eksperyment: na to, jak się rozpoczął, dlaczego się skończył i co wydarzyło się później w Rosji Putina.
Na każdym etapie historia programu nielegałów odzwierciedla konkretny moment w dziejach Rosji. Mam więc nadzieję, że po książkę sięgną również ludzie zainteresowani Rosją i jej historią.
Poniżej publikujemy fragment książki „Nielegałowie”, wydanej nakładem wydawnictwa Port.

Życie Ann Foley legło w gruzach w parne, pochmurne popołudnie w czerwcu 2010 roku. Dzień rozpoczął się dość przyjemnie. Ann i jej mąż Don zabrali swoich dwóch synów, Tima i Alexa, na uroczysty lunch do indyjskiej restauracji niedaleko ich domu w Cambridge w stanie Massachusetts. Tim, który przyjechał z Waszyngtonu na lato po ukończeniu drugiego roku na George Washington University, obchodził właśnie dwudzieste urodziny. Potem całą czwórką wrócili do domu, który Don i Ann zaledwie kilka tygodni wcześniej kupili w pobliżu Harvard Square. Miał dwa piętra, portyk przed wejściem i był zdecydowanie najwspanialszym miejscem, w jakim dotąd mieszkali, co odzwierciedlało coraz lepszą sytuację finansową rodziny. Firma konsultingowa Dona dobrze radziła sobie na rynku, a Ann niedawno podjęła pracę w branży nieruchomości. W salonie w ramach dalszego ciągu świętowania Don otworzył butelkę szampana. Po toaście Tim poszedł do siebie na górę. Jakiś czas później rozległo się głośne pukanie do drzwi. Ann pomyślała, że to pewnie przyjaciele syna przyszli złożyć mu urodzinowe życzenia.
– Jacyś niezapowiedziani goście! – zawołała do Alexa, który właśnie wchodził po schodach, by sprawdzić, co robi starszy brat.
Za drzwiami stała grupa ubranych na czarno mężczyzn.
– FBI! – krzyknęli i wtargnęli do środka.
Dwie pary agentów zapędziły Dona i Ann w przeciwległe kąty otwartego salonu i założyły im kajdanki na nadgarstki. Później Alex obserwował przez okno, jak rodzice zostają poprowadzeni przez frontowe drzwi i dalej chodnikiem z czerwonej cegły do czekających czarnych samochodów.
Oficerowie odmówili braciom jakichkolwiek wyjaśnień, ale Alex uznał, że musiała to być jakaś straszna pomyłka. Nie potrafił sobie wyobrazić, co takiego mogliby wywinąć jego raczej nudnawi rodzice, żeby doprowadzić do tak dramatycznego nalotu.
Dziewięć lat po aresztowaniu, w ciepłe letnie popołudnie 2019 roku, spotkałem się w Moskwie z kobietą, która niegdyś znana była jako Ann Foley. Zaproponowała popularną kawiarnię stylizowaną na francuską niedaleko parku Gorkiego. Większość pseudorustykalnych stolików zajmowali młodzi, dobrze ubrani moskwiczanie z klasy średniej, która narodziła się podczas wieloletnich rządów Władimira Putina. Znalazłem wolne miejsce, Ann przyszła kilka minut później. Była po pięćdziesiątce, miała blond włosy, niebieską bluzkę i masywny naszyjnik. Uśmiechnęła się życzliwie, uścisnęła mi dłoń i usiadła. Gdy przyszedł kelner, zamówiła po rosyjsku cappuccino, po czym przeszła na angielski. Mówiła biegle w obu językach, jednak gdzieś w kadencjach jej angielszczyzny pobrzmiewał słaby, ale dający się wychwycić rosyjski akcent. Zastanawiałem się, czy wyłapałbym go, gdybym spotkał ją dekadę wcześniej w Stanach Zjednoczonych. I czy pomyślałbym, tak jak teraz, że w rysach jej twarzy było coś wyraźnie słowiańskiego. Prawie na pewno nie. W tamtym czasie nikt nie miał cienia podejrzeń co do Ann Foley, sympatycznej agentki nieruchomości z Kanady, która pracowała na pół etatu.
W rzeczywistości Ann Foley nie była ani sympatyczna, ani nie pracowała w agencji nieruchomości, bo nie żyła. Prawdziwa Ann Foley urodziła się we wrześniu 1962 roku w Montreal General Hospital i zmarła siedem tygodni później na wirusowe zapalenie opon mózgowych. Jej rodzicom, nowożeńcom Edwardowi i Pauline, pozostały tylko dwie małe fotografie przypominające im o córce, która pojawiła się w ich życiu na tak krótko. Ponad dwa dziesięciolecia później kanadyjskie władze otrzymały wniosek o wydanie duplikatu aktu urodzenia, najwyraźniej od samej Ann Foley. Nikt nie zakwestionował ani nie sprawdził tej prośby. Akta nie były jeszcze zdigitalizowane i scentralizowane. Władze wydały akt urodzenia, a później paszport. Ann Foley wróciła do życia.
Siedząca w kawiarni naprzeciwko mnie kobieta przeżyła ponad dwadzieścia lat, aż do nalotu agentów FBI, jako Ann Foley z Montrealu, oszukując sąsiadów, przyjaciół, a nawet własne dzieci. Faktycznie nazywała się Jelena Wawiłowa, a urodziła się i wychowała na Syberii. Jelena była nielegałką, agentką działającą pod głębokim przykryciem, wyszkoloną przez KGB. Don, jej mąż, również był nielegałem KGB, naprawdę nazywał się Andriej Biezrukow.
Jelena i Andriej poznali się na początku lat osiemdziesiątych jako studenci historii w syberyjskim Tomsku. Werbownicy z KGB wybrali ich do wstępnej weryfikacji. Później kandydaci przeszli żmudny kilkuletni program szkoleniowy, podczas którego uczyli się języka, manier i kształtowali tożsamość na wzór przeciętnej kanadyjskiej pary. Opuścili Związek Radziecki osobno w 1987 roku, zainscenizowali spotkanie w Kanadziei nawiązali relację tak, jakby dopiero się poznali. Pobrali się po raz drugi, jako Don i Ann, i osiedlili w Toronto, gdzie Jelena urodziła dwóch synów, Tima i Alexa. W 1991 roku rozpadł się Związek Radziecki i przez kilka lat tych dwoje nielegałów zdanych było wyłącznie na siebie. Jednak pod koniec dekady do władzy w Moskwie doszedł eksoficer KGB, Władimir Putin. Andriej i Jelena podjęli działalność szpiegowską, teraz dla SWR, agencji wywiadu zagranicznego nowej Federacji Rosyjskiej. Jako Don Heathfield Andriej zdobył posadę w Harvard’s Kennedy School, dzięki czemu para z dwojgiem dzieci mogła przenieść się do Cambridge i rozpocząć działalność w Stanach Zjednoczonych. Podczas gdy Andriej nawiązywał kontakty na Harvardzie, Jelena odgrywała rolę, jak to nazywała, „piłkarskiej mamy” – wychowywała dwóch synów i zajmowała się domem, ale kiedy dzieci były już w łóżkach, zakradała się do schowka i odszyfrowywała wiadomości radiowe z Moskwy.
Jelena i Andriej nigdy nie rozmawiali ze sobą po rosyjsku i nigdy nie wspominali o Rosji Timowi i Alexowi. Od czasu do czasu Jelena wybierała się w tajną podróż do Ameryki Południowej lub Kanady, by spotkać się z opiekunami z SWR z dala od potencjalnych obserwatorów z FBI. Po drodze, dla zatarcia śladów, zmieniała paszporty. Dla synów wymyślała przyziemne wyjaśnienia swojej nieobecności. Nikt, z kim Jelena miała kontakt, nie miał pojęcia o jej prawdziwych talentach i osiągnięciach. Była wyszkoloną agentką KGB, zmuszoną do odgrywania roli zwykłej gospodyni domowej. Kiedy spotkaliśmy się w Moskwie, zapytałem ją, czy trudno było poradzić sobie z tą sprzecznością. Napiła się kawy i słabo się uśmiechnęła. Powiedziała, że ludzie, którzy łakną uznania, nigdy nie przebrnęliby przez szkolenie dla nielegałów. „Szpieg jest aktorem, ale aktorem, który nie potrzebuje publiczności ani sceny”.
Jelena podkreśliła, że nigdy nie powiedzieliby z Andriejem prawdy synom, gdyby nie zgarnęło ich FBI. „Byliśmy odpowiedzialni za własną ochronę i bezpieczeństwo, nie mogliśmy nikomu powiedzieć, bo wiązało się to ze zbyt dużym ryzykiem”, stwierdziła stanowczo. Przyznała, że przed nalotem FBI wstępnie planowali wycofanie się ze szpiegostwa i być może pewnego dnia powrót do Rosji. Z pewnością wtedy musieliby coś powiedzieć synom. „No tak, ale to już zupełnie inna historia – stwierdziła zaskakująco rzeczowo. – Musieliśmy stworzyć wiele różnych legend. Była legenda dla naszych rodziców, legenda dla przyjaciół w Rosji. Legendy, legendy i legendy. Jeszcze jedna legenda to dla nas żaden problem. Niestety, takie są zasady tej gry”.
Polecane:
-
Artykuł
1000-lecie koronacji Bolesława Chrobrego Przejdź do publikacji: 1000-lecie koronacji Bolesława Chrobrego
-
Awatary zmarłych i nowe obietnice nieśmiertelności Przejdź do publikacji: Awatary zmarłych i nowe obietnice nieśmiertelności
-
Artykuł
Cła jako narzędzie polityki handlowej: broń polityczna czy jednak krótkowzroczna pułapka? Przejdź do publikacji: Cła jako narzędzie polityki handlowej: broń polityczna czy jednak krótkowzroczna pułapka?
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: „Nasi chłopcy” i ich niewygodna historia. Wywiad z prof. Kąkolewskim
„Nasi chłopcy” i ich niewygodna historia. Wywiad z prof. Kąkolewskim Przejdź do publikacji: „Nasi chłopcy” i ich niewygodna historia. Wywiad z prof. Kąkolewskim
Przejdź do publikacji: Czy sztuczna inteligencja umie zadawać pytania lepiej niż ludzie? Ankiety, kłamstwa i nowe narzędzia badawcze
Czy sztuczna inteligencja umie zadawać pytania lepiej niż ludzie? Ankiety, kłamstwa i nowe narzędzia badawcze Przejdź do publikacji: Czy sztuczna inteligencja umie zadawać pytania lepiej niż ludzie? Ankiety, kłamstwa i nowe narzędzia badawcze
Przejdź do publikacji: Gdzie Europa wietrzy spisek?