System działa dziś trochę tak, jakby zakładał, że każdego naukowca trzeba przede wszystkim pilnować, żeby nie oszukiwał, a dopiero później zastanawiać się nad tym, jakie badania prowadzi.

Postulat zwiększenia finansowania nauki do 3 proc. PKB poparły uczelnie, instytuty i organizacje reprezentujące badaczy. O tym, dlaczego politycy wciąż traktują naukę bardziej jako koszt niż inwestycję, jak zmienił się system oceny badań i dlaczego coraz więcej energii naukowców pochłaniają procedury, rozmawiamy z prof. Marcinem Pałysem, przewodniczącym Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego

Academia: Środowisko naukowe coraz głośniej mówi o konieczności zwiększenia finansowania nauki do 3 proc. PKB. Jak Pan patrzy na tę debatę?

Prof. Marcin Pałys: Również Rada Główna na swoim ostatnim posiedzeniu przyjęła uchwałę popierającą inicjatywę „3% dla nauki, 100% dla Polski”. Myślę, że do polityków dociera fakt, że nauka jest niedofinansowana. Obawiam się jednak, że sposób, w jaki dziś uprawiana jest polityka w Polsce, powoduje, że znacznie większe zainteresowanie budzą kwestie związane ze służbą zdrowia albo obronnością, bo są to tematy bardziej nośne politycznie.

Natomiast to, jak niedofinansowanie nauki przekłada się później na strategiczne problemy państwa i strategiczne deficyty, bardzo słabo przebija się do debaty publicznej. Dlatego kluczowe wydaje mi się, żeby rozumieli to nie tylko politycy, ale też obywatele. Bez tego nacisk na polityków będzie pochodził wyłącznie ze środowiska naukowego, a to za mało, żeby doprowadzić do trwałej zmiany myślenia o nauce.

Wydatki na ochronę zdrowia i na obronność są ogromne i będą dalej rosły. W praktyce są dziś finansowane z pieniędzy pożyczonych, które w przyszłości będą musieli spłacić podatnicy. Rozwój nauki może sprawić, że opracowywane przez naukowców rozwiązania potrzebne np. dla medycyny albo bezpieczeństwa będą dla Polski tańsze. Inwestując dzisiaj w naukę, możemy ograniczać koszty w przyszłości.

Prof. Marcin Pałys

Czy Polska ma dziś spójną politykę naukową?

Myślę, że mamy dużo intencji dotyczących polityki naukowej. Natomiast sama polityka naukowa zbyt słabo wskazujepriorytety i cele. To jest raczej długa lista różnych oczekiwań niż dokument, który rzeczywiście wyznacza sposób działania państwa. Najważniejsze pytanie brzmi: czy polityka naukowa państwa jest realną wskazówką dla innych resortów? Czy wpływa na decyzje podejmowane poza samym ministerstwem nauki? Mam wrażenie, że nie. Dla innych obszarów państwa to dokument, który ma niewielkie znaczenie praktyczne i nie wpływa w istotny sposób na decyzje ministrów.

Rada Główna, KRASP i inne organizacje regularnie uczestniczą w konsultacjach legislacyjnych. Ma Pan poczucie, że środowisko naukowe jest w tych procesach realnie słuchane?

To zależy od konkretnego przypadku. Są sytuacje, w których rzeczywiście odbywa się dyskusja już na etapie przygotowywania przepisów. Powstają zespoły z udziałem przedstawicieli KRASP, Rady Głównej, PAN, instytutów badawczych czy różnych konferencji rektorów i wtedy można mówić o realnej rozmowie. Oczywiście nawet wtedy ostateczne decyzje należą do kierownictwa ministerstwa. 

Są jednak również sytuacje zupełnie inne. Takie, w których konsultacje mają przede wszystkim charakter formalny. Chodzi bardziej o to, by można było później napisać, że konsultacje się odbyły, niż o rzeczywiste uwzględnienie zgłaszanych uwag czy potraktowanie ich jako wkładu do zmian w projekcie.

Jednym z największych sporów ostatnich lat pozostaje ewaluacja nauki i system punktowy. Jak Pan patrzy na skutki tych zmian?

Kiedy mniej więcej dziesięć lat temu dyskutowano zasady ewaluacji i zmiany ustawy, dominowało przekonanie, że problemem polskiej nauki jest zbyt mały udział w międzynarodowym obiegu wiedzy. Uważano, że publikujemy za mało albo głównie lokalnie, a nie w czasopismach o zasięgu globalnym. W związku z tym powstał system, który miał promować publikowanie w czasopismach międzynarodowych. I pod tym względem on rzeczywiście zadziałał. Dzisiaj trudno powiedzieć, że polscy naukowcy za mało pracpublikują w czasopismach międzynarodowych.

Jednocześnie pojawiły się bardzo poważne skutki uboczne. System doprowadził do podporządkowania ogromnej części aktywności zdobywaniu punktów. Zaczęło się liczyć przede wszystkim to, żeby publikować i to w czasopismach puktowanych. Czasem nawet niezależnie od tego, jak duże znaczenie mają same badania.

To jest przykład sytuacji, w której chęć rozwiązania jednego problemu stworzyła problemy w innych miejscach systemu. Dlatego przy projektowaniu zmian bardzo ważne jest myślenie również o skutkach ubocznych. Często zaskakują nas nie same efekty planowanej reformy, ale to, co pojawia się przy okazji.

Jak podporządkowanie systemu punktom i raportowaniu wpływa na codzienną pracę naukowców?

Bardzo dużo czasu i uwagi poświęcamy na rozliczanie, raportowanie i wykazywanie, że wszystko zostało wykonane zgodnie z procedurami. Kiedy przychodzi do ustalania priorytetów, często ważniejsze staje się pokazanie, że wszystko formalnie się zgadza, niż samo znaczenie wyników badań. To jest częściowo związane z bardzo niskim poziomem zaufania społecznego. System działa dziś trochę tak, jakby zakładał, że każdego naukowca trzeba przede wszystkim pilnować, żeby nie oszukiwał, a dopiero później zastanawiać się nad tym, jakie badania prowadzi.

To ma konkretne skutki. Ogranicza gotowość do podejmowania ryzyka, a bez ryzyka trudno mówić o badaniach przełomowych. W wielu rozmowach przebija się dziś przekonanie, że chcemy robić rzeczy ważne i ambitne, ale na końcu miesiąca trzeba jeszcze utrzymać zespół, zdobyć odpowiednią liczbę punktów i sprawić, żeby „spięły się rachunki”.

Jakie skutki może mieć niedofinansowanie nauki?

Pierwszy problem polega na tym, że przy słabym finansowaniu nauka skupia się przede wszystkim na podążaniu za tym, co dzieje się w głównym nurcie światowych badań, zamiast próbować wyznaczać nowe kierunki rozwoju. To jest mechanizm prowadzący do „pułapki średniego rozwoju”, o której w Polsce mówiło się już wcześniej w kontekście gospodarki.

Drugi problem dotyczy ludzi. Słabe finansowanie wynagrodzeń odciska się na kadrach: w systemie pozostają przede wszystkim osoby bardzo silnie zmotywowane pasją albo takie, które z różnych powodów mogą sobie pozwolić na pracę naukową mimo takich warunków. Z drugiej strony część najbardziej ambitnych osób wybiera inne ścieżki zawodowe albo wyjeżdża za granicę.

To nie jest nowy problem. Mieliśmy już podobną sytuację w latach 90., kiedy finansowanie nauki było bardzo słabe. Później mogliśmy obserwować kariery osób, które odniosły sukces za granicą, ale nie znalazły miejsca dla siebie w polskim systemie nauki.

Gdzie są te pola, na których środowisko naukowe jest rzeczywiście słuchane, a gdzie pozostaje ignorowane?

Wydaje mi się, że jesteśmy słuchani przede wszystkim tam, gdzie chodzi o mechanizmy poprawiające jakość i ograniczające różnego rodzaju patologie. To są obszary, w których oczekuje się od nas propozycji i opinii. Dotyczy to zarówno badań naukowych, jak i kształcenia.

Jednocześnie mamy do czynienia z systemem niezwykle sproceduralizowanym. Bardzo często pomysły dotyczące usprawnień zderzają się z bardzo konserwatywnym aparatem prawnym, który nie jest nastawiony na pozostawianie większej swobody decyzyjnej ani na szybkie reagowanie w sytuacjach problemowych. Raczej tworzy kolejne procedury i bardzo szczegółowe mechanizmy postępowania.

To jest poważny problem, bo wiemy przecież, że istnieją sytuacje wymagające szybkiej reakcji. Dobrym przykładem jest Collegium Humanum. Wiele osób widzi, że dzieje się coś złego, ale mimo to przez miesiące nie widać skutecznych działań ani wyraźnych konsekwencji. Dla osób spoza systemu wygląda to tak, jakby instytucje były całkowicie bezradne.

Myślę też, że warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Dzisiaj bardzo często, szczególnie ze strony najmłodszej części środowiska, pojawiają się postulaty dalszego doprecyzowywania przepisów i ograniczania swobody podejmowania decyzji. To nie jest dobra droga, bo rzeczywistości nie da się w pełni przewidzieć i opisać prawem. Zawsze pojawiają się sytuacje, których wcześniej nie uwzględniono, a przy bardzo szczegółowych regulacjach niezwykle trudno później skutecznie reagować. Z drugiej strony takie oczekiwania nie biorą się znikąd. Wynikają z niskiego poziomu zaufania także wewnątrz środowiska i z przekonania, że na różnych etapach działania systemu może dochodzić do nadużyć albo nieuczciwości. To jest problem znacznie szerszy niż tylko sama nauka.

System działa dziś trochę tak, jakby zakładał, że każdego naukowca trzeba przede wszystkim pilnować, żeby nie oszukiwał, a dopiero później zastanawiać się nad tym, jakie badania prowadzi.

Przejdź do treści