Krzesła ustawione na platformie obserwacyjnej podczas testu jądrowego George w ramach programu Operation Greenhouse na atolu Enewetak w 1951 r.
Źródło: U.S. Department of Energy, domena publiczna.

Czy grozi nam nowy wyścig nuklearny? Czy świat znalazł się bliżej atomowej konfrontacji niż w czasach zimnej wojny? W książce Za sześć minut zima, która właśnie ukazała się po polsku, Mark Lynas analizuje scenariusze wojny jądrowej i ich klimatyczne konsekwencje. Pisarz i działacz ekologiczny przekonuje, że żyjemy w epoce bez realnych ograniczeń zbrojeń, a decyzja o odpaleniu rakiet może zapaść w ciągu kilku minut

Acadmia: Czy dziś  powinniśmy obawiać się wojny nuklearnej?

Mark Lynas: W latach 80. liczba rozmieszczonych głowic sięgała – o ile dobrze pamiętam – około 70 tysięcy. To były zupełnie absurdalne ilości, zdolne zniszczyć planetę wiele razy. Dziś arsenały są mniejsze, ale wciąż wystarczające, by doprowadzić do globalnej katastrofy. Nadal mówimy o potencjale wywołania Armagedonu i nuklearnej zimy, jeśli użyta zostałaby znacząca część już istniejących arsenałów.

Do tego dochodzi nowy kontekst geopolityczny. Mamy nie tylko uzbrojone Rosję i Stany Zjednoczone, lecz także Chiny, Indie, Pakistan czy Koreę Północną. Żyjemy w świecie multipolarnym i dotyczy to również broni jądrowej. Taki układ może być bardziej niebezpieczny niż prosta konfrontacja dwóch supermocarstw, jaką pamiętamy z lat 80.

Wygasł też ostatni traktat ograniczający zbrojenia.

Traktat New START wygasł w lutym. W praktyce oznacza to, że dziś nie ma żadnego obowiązującego porozumienia, które ograniczałoby rozmieszczanie broni jądrowej. System kontroli zbrojeń budowany przez dekady zimnej wojny po prostu przestał istnieć. Nie ma formalnych barier powstrzymujących państwa nuklearne przed dalszym zwiększaniem arsenałów.

Czy więcej krajów może uznać broń jądrową za polisę ubezpieczeniową?

Spójrzmy na Koreę Północną. Osiągnęła próg nuklearny i dziś – mimo że jest reżimem izolowanym i agresywnym – w zasadzie pozostaje nietykalna. Ma prawdopodobnie około 60 głowic. Nie wyobrażam sobie scenariusza, w którym ktoś próbuje tam przeprowadzić operację „dekapitacji” władzy.

Z kolei Iran pokazuje, że jeśli próbujesz wejść do klubu atomowego bez międzynarodowej zgody, ryzykujesz reakcję militarną. Dla części państw może to być lekcja: jeśli chcesz broń jądrową, musisz zdobyć ją, zanim ktokolwiek zdoła cię powstrzymać.

Mark Lynas. fot. (c) Didier Delgorge

Jest też przykład Ukrainy. Po 1991 r. odziedziczyła radziecką broń jądrową i z niej zrezygnowała w zamian za gwarancje suwerenności zapisane w Memorandum Budapeszteńskim. Jednym z gwarantów była Rosja. Dziś wiemy, jak to się skończyło. Dla niektórych państw wniosek może być prosty: jeśli masz broń jądrową, nie oddawaj jej.

Dodatkowo pojawia się pytanie o przyszłość amerykańskiego parasola nuklearnego nad Japonią czy Koreą Południową. Jeśli te państwa uznają, że nie mogą w pełni polegać na USA, mogą zacząć myśleć o własnym odstraszaniu. To byłoby bardzo destabilizujące.

Skąd tytuł Za sześć minut zima?

Chodzi o to, że prezydent Stanów Zjednoczonych może mieć zaledwie około sześciu minut na podjęcie decyzji o odpaleniu rakiet po otrzymaniu ostrzeżenia o nadchodzącym ataku. Obowiązuje doktryna launch on warning, czyli start na podstawie ostrzeżenia radarowego zanim dojdzie do faktycznego uderzenia. Broń musi zostać wystrzelona, gdy wrogie pociski są jeszcze tylko punktami na ekranie.

Sześć minut to bardzo mało czasu, by zdecydować o losie cywilizacji. A „zima” to oczywiście nuklearna zima, czyli gwałtowne ochłodzenie klimatu po pełnoskalowej wymianie uderzeń jądrowych.

Co nauka mówi o skutkach takiego konfliktu?

To zależy od skali. Kluczowe pytanie brzmi: ile sadzy i pyłu trafi do stratosfery i zablokuje promieniowanie słoneczne. To z kolei zależy od liczby spalonych miast. Im więcej użytych głowic i im więcej zniszczonych aglomeracji, tym więcej sadzy w atmosferze i silniejsze ochłodzenie.

File:Испытательный-пуск-ракеты-«Тополь-М»-на-космодроме-Плесецк.gif
Testowy start międzykontynentalnego pocisku balistycznego RT-2PM2 Topol-M z kosmodromu Plesieck w Rosji.
Źródło: Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej (mil.ru), CC BY 4.0.

Wymiana kilkudziesięciu ładunków nie wywoła globalnej zimy, ale spowoduje regionalne zmiany klimatu. Jeśli jednak mówimy o kilkuset czy kilku tysiącach głowic i spaleniu większości miast półkuli północnej, powstaną burze ogniowe porównywalne z tymi z Hamburga, Drezna czy japońskich miast pod koniec drugiej wojny światowej, tylko na znacznie większą skalę. Modele klimatyczne pokazują, że w takiej sytuacji doszłoby do  gwałtownego globalnego ochłodzenia w ciągu tygodni lub miesięcy.

Istnieją badania modelujące ograniczoną wojnę między Indiami a Pakistanem. Nawet taki, relatywnie „mały” scenariusz mógłby znacząco obniżyć globalną produkcję żywności. Spalone miasta Azji Południowej wygenerowałyby wystarczająco dużo sadzy, by wpłynąć na klimat i rolnictwo także poza regionem konfliktu.

Co skłoniło pana do zajęcia się tym tematem?

Wojna w Ukrainie i to, że zaczęły padać groźby użycia broni jądrowej. W 2022 r. w czasopiśmie Nature Food ukazała się analiza pokazująca, że w scenariuszu pełnoskalowej wojny między Rosją a USA liczba ofiar w państwach bezpośrednio zaangażowanych mogłaby sięgnąć ponad 90 proc. populacji, a w niektórych przypadkach nawet całości. To liczby, które trudno ignorować.

Mam wrażenie, że po zakończeniu zimnej wojny zapomnieliśmy o tej skali zagrożenia. Tymczasem od 1945 r. obowiązuje tabu użycia broni jądrowej. Jeśli zostanie złamane, wejdziemy w zupełnie nową, znacznie bardziej niebezpieczną rzeczywistość.

Czy świat wypiera to zagrożenie?

W pewnym sensie tak. Przez ostatnie ćwierć wieku skupiliśmy się na kryzysie klimatycznym. Częściowo rozwiązujemy ten problem dzięki rozwojowi czystej energii. Jednocześnie ignorujemy zagrożenie, które – jeśli się zmaterializuje – będzie znacznie poważniejsze niż „zwykła” zmiana klimatu.

Globalne ocieplenie ma stuprocentowe prawdopodobieństwo, bo już trwa, ale jego skutki są rozłożone w czasie. Ryzyko wojny nuklearnej można by szacować na około 1 proc. rocznie. To niewiele. Ale jeśli do niej dojdzie, skutkiem będzie  Armagedon. To zupełnie inny rodzaj ryzyka, a my zdaje się nauczyliśmy się z nim żyć, jakby go nie było.

Mark Lynas jest pisarzem i działaczem ekologicznym, wiceprzewodniczącym Rady ds. Nowych Technologii przy Światowym Forum Ekonomicznym, współpracownikiem naukowym w Szkole Geografii i Środowiska na Uniwersytecie Oksfordzkim oraz byłym doradcą klimatycznym prezydenta Malediwów. Publikował m.in. w The Guardian, New York Times, Washington PostWall Street Journal.

Poniżej publikujemy fragment książki „Sześć minut do zimy” (Wydawnictwo Port).

Regionalna wojna nuklearna

Zanim Stany Zjednoczone i Rosja znalazły się ponownie w nuklearnym impasie po wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 roku, wielu naukowców za najbardziej prawdopodobny scenariusz konfliktu jądrowego uważało starcie Indii z Pakistanem. Opublikowano wiele prac zawierających ocenę ryzyka takiej konfrontacji. Obydwa kraje mają spore zapasy głowic, a w ich wzajemnych stosunkach jest wiele punktów zapalnych, takich jak sporne terytorium Kaszmiru, o które stoczyły już ze sobą kilka wojen.

Choć z oczywistych powodów informacje o dokładnej liczbie posiadanych przez nie bomb jądrowych nie są publicznie dostępne, z najnowszych analiz wynika, że w 2018 roku Pakistan posiadał 140–150 głowic bojowych, ale arsenał ten szybko rośnie do spodziewanego w 2025 roku poziomu 220–250 głowic, po którego osiągnięciu kraj ten stanie się piątą potęgą nuklearną na świecie. Pakistan dysponuje pociskami nuklearnymi wystrzeliwanymi z powietrza, a także pociskami manewrującymi i balistycznymi bazowania naziemnego. Te ostatnie mają zasięg pokrywający całe terytorium Indii i nie tylko.

Ponieważ armia lądowa i lotnictwo wojskowe Pakistanu są o wiele mniejsze niż siły konwencjonalne znacznie potężniejszego sąsiada, Pakistan traktuje swój arsenał nuklearny jako środek odstraszania przeciwko atakom konwencjonalnym. Posiada więc również pewną liczbę mniejszych, taktycznych pocisków nuklearnych, przeznaczonych do użycia na polu bitwy. Nawet niewielkie naruszenie jego granic przez Indie spowodowałoby odpowiedź nuklearną, po której mogłaby nastąpić szybka eskalacja.

Liczbę głowic posiadanych przez Indie szacuje się z kolei na 160 sztuk, a każda z nich ma nawet dwukrotnie większą moc niż bomby atomowe, które zniszczyły Hiroszimę i Nagasaki. Indie od dłuższego czasu również dysponują pociskami wystrzeliwanymi z ziemi i z powietrza, a obecnie mają też okręty podwodne przenoszące broń jądrową, które mogą przetrwać atak na siły lądowe i dokonać niszczycielskiego odwetu.

Potencjalnym zagrożeniem dla Indii są też Chiny. Granica między tymi dwoma krajami w wielu miejscach jest sporna, a na linii faktycznej kontroli w Himalajach regularnie dochodzi do poważnych potyczek. Ostatnio w czerwcu 2020 roku 20 indyjskich żołnierzy zginęło w bezpośrednim starciu z chińskimi siłami. Indie mają więc poczucie zagrożenia z dwóch stron, a ich pociski o zasięgu nawet 6 tysięcy kilometrów mogą dolecieć do Pekinu.

W zasięgu indyjskich rakiet jest całe terytorium Pakistanu, a New Delhi dysponuje siłą ognia pozwalającą spopielić wszystkie większe ośrodki miejskie w tym kraju. W celu jej zwiększenia Indie przez cały czas produkują pluton w specjalnie w tym celu zaprojektowanych reaktorach.

Nie trzeba zbytnio wytężać wyobraźni, żeby uzyskać obraz potencjalnego konfliktu między Indiami a Pakistanem, ponieważ oba kraje mają za sobą wiele konfrontacji militarnych, a niektóre z nich mogły przerodzić się w konflikty nuklearne. Na krawędzi poważnej wojny znalazły się na przykład w 2019 roku, po samobójczym zamachu bombowym na indyjski konwój wojskowy w Kaszmirze, w którym zginęło 40 żołnierzy.

Wobec uzasadnionego podejrzenia, że roszczący sobie prawa do Kaszmiru Pakistan wspierał terrorystów, indyjskie lotnictwo przeprowadziło naloty na pakistańskie cele. Następnego dnia doszło do bezpośredniego starcia indyjskich i pakistańskich myśliwców nad terytorium Pakistanu, w wyniku którego indyjski MiG-21 został zestrzelony, a jego pilot trafił do niewoli.

W reakcji na wzrost napięcia w Islamabadzie zebrała się Narodowa Rada Dowódców pod kierownictwem premiera, sprawująca kontrolę nad arsenałem nuklearnym. Jeden z generałów oznajmił podczas tej narady: „Powiedziałem, że mamy dla was niespodziankę. Poczekajcie na nią […]. Wybraliście drogę wojny, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji dla pokoju i bezpieczeństwa w regionie”. Czy była to groźba nuklearna? Być może, ale na szczęście tym razem skończyło się na pustych słowach.

W marcu 2022 roku Indie przypadkowo wystrzeliły ponaddźwiękowy pocisk manewrujący, który doleciał 100 kilometrów w głąb terytorium Pakistanu. Zamiast zrobić wszystko, by zapewnić sąsiadów, że nie przenosił on głowicy nuklearnej i został wystrzelony w wyniku błędu, postawieni w kłopotliwej sytuacji przedstawiciele indyjskiej armii wybrali milczenie i nie skorzystali ze specjalnie w tym celu ustanowionej gorącej linii, a nawet przez dwa dni odmawiali wydania oficjalnego komunikatu.

Był to pierwszy przypadek w historii, kiedy państwo dysponujące bronią jądrową przypadkowo wystrzeliło pocisk konwencjonalny wycelowany w terytorium drugiego państwa nuklearnego. Nawet w czasie trwającej kilkadziesiąt lat zimnej wojny nigdy nie doszło do takiego incydentu między supermocarstwami.

Po wykryciu pocisku i wobec braku wyjaśnień ze strony Indii Pakistan postawił w stan najwyższej gotowości wszystkie przygraniczne bazy wojskowe oraz samoloty zdolne do przenoszenia broni jądrowej. Gdyby do takiego incydentu doszło w okresie zwiększonego napięcia, na przykład podczas zaognienia sytuacji w Kaszmirze trzy lata wcześniej, oba kraje szybko znalazłyby się na granicy wojny jądrowej, zwłaszcza wobec braku komunikacji ze strony indyjskiego „agresora”.

Kiedy dojdzie do pierwszej eksplozji nuklearnej, dowódcom nie będzie łatwo oprzeć się logice eskalacji. Wyobraźmy sobie, że Pakistan odpowiedział na przypadkowe wystrzelenie pocisku przez Indie niewielką salwą ostrzegawczą, wystarczającą do zniszczenia dwóch lub trzech mniej ważnych miast – dajmy na to Agry i Nagpuru – i uśmiercenia jednego lub dwóch milionów ludzi.

W Indiach jest ponad 50 miast o liczbie ludności przekraczającej milion, więc taki atak miałby niewielki wpływ na wielkość populacji kraju. Ale czy Indie mogłyby przyjąć cios i nie odpowiedzieć potężniejszym uderzeniem? To wątpliwe, a atak odwetowy mógłby zrównać z ziemią Hajdarabad, Islamabad albo Peszawar. To oznaczałoby dekapitację władz Pakistanu i zagrożenie dla dalszego istnienia państwa.

Mogłoby zatem pociągnąć za sobą frontalny atak nuklearny, którego celem byłoby ukaranie Indii – wystrzelenie kilkudziesięciu albo nawet ponad stu głowic jednocześnie. Po wykryciu nadlatujących rakiet Indie odpowiedziałyby tym samym, a gdyby do konfliktu dołączyły również Chiny, wymiana ognia byłaby jeszcze poważniejsza.

Ci sami naukowcy, którzy opracowali przedstawiony przeze mnie scenariusz ogólnoświatowej zimy nuklearnej, przedstawili również możliwe implikacje różnych konfliktów jądrowych toczonych na mniejszą skalę. W najbardziej ograniczonym scenariuszu dochodzi do użycia 100 głowic o mocy 15 kiloton każda (mniej więcej taką moc miały bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki).

W efekcie do stratosfery trafiłoby 5 milionów ton sadzy z płonących miast. Dla porównania, w przypadku wojny NATO z Rosją byłoby to aż 150 milionów ton. W czasie tego ograniczonego konfliktu zginęłoby około 27 milionów ludzi, natomiast gdyby wojna toczyła się w trochę większej skali i doszłoby do wybuchu 250 głowic o mocy 50 kiloton każda, do atmosfery trafiłoby 27 milionów ton sadzy, a w wyniku bezpośrednich działań wojennych życie straciłoby około 100 milionów osób.

W obu przypadkach liczba zabitych w czasie ataku – w wyniku działania fali uderzeniowej, ognia i choroby popromiennej – byłaby śmiesznie mała w porównaniu z liczbą osób cierpiących głód wskutek destabilizacji klimatu. Według modeli najmniejszy konflikt regionalny może doprowadzić do śmierci głodowej 255 milionów osób w ciągu pierwszych dwóch lat po wojnie, natomiast bardziej złowrogi scenariusz (ten z 27 milionami ton sadzy w atmosferze) pozostawia na pastwę głodu aż 1,4 miliarda osób w ciągu dwóch pierwszych lat.

Wydaje się niezwykłe, że wojna z użyciem zaledwie jednej setnej obecnego światowego potencjału nuklearnego może mieć tak dramatyczny wpływ na klimat. Świadczy to jednak o ogromnej niszczycielskiej sile tej broni.

Ograniczona zima nuklearna, do której dochodzi w scenariuszu z 27 milionami ton sadzy, zmniejsza globalną produkcję kalorii z głównych upraw o około jedną trzecią, co oznacza druzgocące załamanie dostaw żywności dla ludzkości. Nawet w najbardziej ograniczonym scenariuszu wojennym (z zaledwie 5 milionami ton sadzy ze 100 niewielkich głowic) globalna produkcja żywności ulega redukcji o 7 procent, co oznacza większy spadek plonów niż w przypadku jakiegokolwiek innego wydarzenia w najnowszej historii.

Prezydent Stanów Zjednoczonych może mieć zaledwie około sześciu minut na podjęcie decyzji o odpaleniu rakiet po otrzymaniu ostrzeżenia o nadchodzącym ataku. Obowiązuje doktryna launch on warning, czyli start na podstawie ostrzeżenia radarowego zanim dojdzie do faktycznego uderzenia. Broń musi zostać wystrzelona, gdy wrogie pociski są jeszcze tylko punktami na ekranie.

Sześć minut to bardzo mało czasu, by zdecydować o losie cywilizacji.

Przejdź do treści