Panoptykon zamiast polityki naukowej

Ocena parametryczna jednostek naukowych w jej obecnym kształcie przypomina Panoptykon – krytykowane przez Michela Foucaulta w Nadzorować i karać „więzienie idealne”, w którym więźniowie są stale obserwowani, a strażnicy pozostają niewidzialni

Jeremy Bentham, twórca utylitaryzmu i projektu Panoptykonu, nie był dla Foucaulta wzorem, lecz raczej prekursorem władzy opartej na inwigilacji i kontroli. Trudno oprzeć się wrażeniu, że subtelny znawca Foucaulta, poznański filozof Marek Kwiek – autor zwycięskiej koncepcji reform ministra Gowina – potraktował tę wizję nie jako krytykę, lecz jako instrukcję zarządzania nauką w Polsce.

I tak oto szczegółowo raportujemy dane, od których zależą losy naszych jednostek, ale robimy to w logice Panoptykonu. Nie wiadomo, które dane będą sprawdzane i dlaczego – eksperci Komisji Ewaluacji Nauki badają je tylko wtedy, gdy System Ewaluacji Dorobku Naukowego (SEDN) opatrzy je „walidatorem”, a oceniani nie wiedzą, co i kiedy zostanie tak oznaczone. Nie wiadomo, jakie decyzje podejmowano wcześniej ani dlaczego jedne osiągnięcia oceniano tak, a inne inaczej, bo w skali kraju nie podlegają one udostępnieniu jako informacje publiczne. Nie wiadomo nawet, jakim algorytmem kieruje się system SEDN, gdy tworzy listę publikacji do oceny. Robi to całkiem sprawnie, trzeba przyznać, ale dostępu do kodu mi odmówiono. Nie wiemy też, jakie będą progi punktowe kategorii naukowych – ustala się je dopiero po spłynięciu danych. Niech się więźniowie denerwują.

Do tego dochodzi niejasne i patologicznie skomplikowane rozporządzenie ministra, które określa, co podlega ocenie, a czego raportować nie wolno, pozostawiając ogromne pole dla dowolnych interpretacji. Do oceny nie można zgłaszać edytoriali. Czy wstęp do pracy zbiorowej jest edytorialem? Według słownika – nie, według niektórych ekspertów – przy słabym świetle księżyca zdecydowanie tak. Czy rozbudowany głos w dyskusji nad artykułem naukowym jest artykułem recenzyjnym? Trudno orzec, bo brak definicji. I tak dalej.

W tym kontekście opadają ręce, gdy słyszę, że humanistyka jest poszkodowana, bo nie docenia się publikacji w polskich czasopismach i wydawnictwach. W założeniu każda dyscyplina miała być oceniana osobno, więc gdyby literaturoznawcy publikowali wyłącznie w krajowych wydawnictwach, sama liczba punktów nie powinna mieć znaczenia – progi i tak ustala się relatywnie, po fakcie (w ostatniej ewaluacji zresztą niezgodnie z rozporządzeniem). Tyle że deklaracje reformatorów to jedno, a regulacje – drugie.

W rzeczywistości dyscypliny nie są oceniane osobno, bo wykazy czasopism i wydawnictw – podstawa punktacji – są wspólne. I tu zaczyna się absurd. Pismo nieistotne w medycynie może być ważne w filozofii, ale po uśrednieniu staje się przeciętne. Przypisania czasopism do dyscyplin opierają się na arbitralnych decyzjach komercyjnych baz i ręcznych korektach. W Polsce dodano też dyscypliny nieznane tym bazom („prawo kanoniczne” przyklejono do większości czasopism humanistycznych), co daje kuriozalne efekty. Będą jeszcze bardziej groteskowe, jeśli – jak zapowiada ministerstwo – punktacja ma odzwierciedlać maksima. Komitety PAN mogą wtedy windować czasopisma do 200 punktów. Już raz to widzieliśmy.

W efekcie do czołówki czasopism filozoficznych trafia rumuńskie „European Journal of Science and Theology”, skompromitowane przez publikację bezwartościowego tekstu podpisanego jako „Kapela Pilaka”. Tak – za takie pismo można dostać 200 punktów. To nie jest odosobniony przypadek. Polskie „Person and the Challenges – The Journal of Theology Education, Canon Law and Social Studies Inspired by Pope John Paul II” ma 100 punktów i przewyższa wiele prestiżowych tytułów („Hegel-Studien” – 40, „Nietzsche-Studien” – 70). Dlaczego przypisano je do stosunków międzynarodowych – pozostaje zagadką.

Lista wydawnictw nie jest lepsza. Humanistom podniesiono punktację monografii (słusznie), ale wspólna lista rodzi kolejne paradoksy. Najlepsze książki z logiki wydaje Springer Nature czy Birkhäuser, a punktowo traktowane są jak publikacje Księgarni św. Jacka. Wydawnictw niemieckich i włoskich prawie nie ma, za to Harrassowitz Verlag – podobno ważny dla historyków – ma rangę Oxford University Press. Filozofowie i logicy często nawet o nim nie słyszeli. 300 punktów.

Można co prawda zgłosić książkę spoza listy, ale pod warunkiem pełnego otwartego dostępu przez cały okres ewaluacji. Dlaczego? Nie wiadomo. Efekt jest taki, że np. Felix Meiner Verlag – kluczowy dla filozofii niemieckiej – nie spełnia wymogów, a znakomita monografia dostaje 5 punktów. 

Równie nierozsądnie wygląda kwestia przekładów. Przekład monografii na język kongresowy dostaje 50% punktów – tyle samo co tłumaczenie podręcznika z angielskiego na polski. Redakcja naukowa źródła – 100%, jeśli finansowana z NPRH lub NCN. Czyli jedni humaniści są równiejsi od innych.

Dochodzi do tego skomplikowana metoda wyznaczania listy osiągnięć: 3N, gdzie N to średnia liczba pracowników w czterech latach, liczona z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku. W humanistyce to absurd – większość pracuje indywidualnie. Ułamki „slotów” prowadzą do sytuacji, w której ktoś otrzymuje np. 3,8 udziału. Efekt? System premiuje pozorne współautorstwo.

Tak, humanistyka jest poszkodowana, ale nie dlatego, że brakuje punktów za monografie w PWN. Problem jest głębszy: cały system narusza elementarne zasady pomiaru. Kategorie naukowe wynikają z arbitralnych decyzji, nie z obiektywnej skali. Punkty odzwierciedlają raczej lobbying i chaos niż rzeczywisty prestiż. Nie wiadomo, co właściwie jest mierzone. Ani po co.

Wiadomo natomiast, jaki jest efekt. Uczelnie marnują ogromne zasoby czasu i energii, które mogłyby być przeznaczone na badania. Jedynym realnym sukcesem polityki naukowej ostatnich lat było powołanie Narodowego Centrum Nauki – instytucji działającej mimo ministerstwa, nie dzięki niemu. Tymczasem ministerstwo produkuje kolejne wadliwe programy i utrzymuje Panoptykon ewaluacji.

Ten system można łatać, minimalizować szkody, ale jego logika pozostaje niezmienna: to urzędnicza próba stałego podważania autonomii nauki i zmuszania jej do ciągłego uzasadniania własnego istnienia. W praktyce sprowadza się to do jednego – nadzorować i karać.

Przejdź do treści