Meteoryty są jednymi z nielicznych fragmentów kosmosu, które można znaleźć bez opuszczania Ziemi. Powstały na początku historii Układu Słonecznego, a dziś najczęściej leżą ukryte pod powierzchnią pól i łąk. W książce W poszukiwaniu kosmicznych okruchów Konrada Łęckiego są nie tylko obiektami laboratoryjnych analiz, ale także punktem wyjścia do opowieści przygodowej
Meteoryt pułtuski, który spadł 30 stycznia 1868 r., jest jednym z najlepiej udokumentowanych przypadków tego typu w Europie. Tysiące fragmentów rozsypały się na północnym Mazowszu, trafiając później do muzeów i prywatnych zbiorów. Wiele z nich wciąż czeka na odkrycie. Obiekt, z którego pochodziły te fragmenty, liczył około 4,5 mld lat. To właśnie ta historia staje się dla Łęckiego punktem wyjścia do wypraw w teren.
Autor podkreśla, że jego książka nie jest ani podręcznikiem, ani poradnikiem. – To nie jest również instrukcja szukania meteorytów – zaznacza, dodając: – To raczej książka przygodowa niż popularnonaukowa.

Wiedza o pochodzeniu meteorytów i sposobach ich identyfikacji pojawia się w tle, podporządkowana narracji o samym procesie poszukiwań, który znacznie częściej oznacza brak znalezisk niż spektakularny sukces.
Współczesne poszukiwania meteorytów wymagają czasu i cierpliwości. Fragmenty, które spadły w XIX w., znajdują się dziś pod ziemią i mogą być wykrywane jedynie dzięki temu, że zawierają w swoim składzie żelazo. – Innej metody po prostu nie ma – zauważa autor. Długie godziny spędzone w terenie przeplatają się z pracą nad mapami i archiwalnymi opisami dawnych obserwacji.
Osią narracji jest monotonia poszukiwań, niepewność i powtarzalność czynności. Dopiero na tym tle pojawia się moment odkrycia, który zyskuje znaczenie właśnie dlatego, że jest rzadki. – Znalezienie meteorytu to nie efekt szczęścia, lecz konsekwencji – podkreśla Łęcki.
Z naukowego punktu widzenia meteoryty są nośnikami informacji o początkach Układu Słonecznego. W ujęciu autora stają się jednak czymś więcej. – To fragment kosmosu, który można wziąć do ręki – pisze.
W poszukiwaniu kosmicznych okruchów to książka dla czytelników, którzy lubią historie o odkrywaniu i długiej drodze do celu. Meteoryt można kupić, ale ta opowieść dotyczy czegoś innego – samego aktu szukania. Poniżej publikujemy jej fragment.

ROZDZIAŁ IX
NOWY KIERUNEK POSZUKIWAŃ
Zima, 30 stycznia 1868 roku. To był zupełnie zwykły, czwartkowy wieczór. Słońce już dawno schowało się za horyzont. Ludzie w większości byli w domach, niektórzy wracali z podróży bądź uczestniczyli w wieczornym nabożeństwie. Pod butami skrzypiał śnieg, a po niebie przesuwały się liczne chmury. Nic szczególnego nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć chwilę później.
Tymczasem masywna bryła skalna, która wcześniej odłączyła się od ciała macierzystego (planetoidy Hebe), napotkała na swojej drodze naszą planetę i nie pytając nikogo o zgodę, wtargnęła w ziemską atmosferę.
W Rawiczu oddalonym o około 300 kilometrów od Pułtuska trwał właśnie koncert w murach ewangelickiego kościoła. To nie były czasy, w których energia elektryczna rozświetlała pomieszczenia tak jak dzisiaj. Główne źródła światła stanowiły wtedy łuczywa i świece, a także pierwsze lampy naftowe.
Nic więc dziwnego, że kiedy na zachodniej ścianie budynku pojawiła się niewiadomego pochodzenia fioletowa łuna, muzyka zamilkła w jednej chwili, a ludzie stanęli w przestrachu. Tymczasem intensywność wpadającego przez okna światła gwałtownie narastała, rzucając na ściany rozmaite cienie i powidoki. Jedna z kobiet omdlała. Reszta zebranych rzuciła się na oślep do ucieczki.
Ludzie wpadali na siebie wzajemnie i potykali się na schodach prowadzących do wyjścia. W wyniku tego zajścia kilkanaście osób zostało pokiereszowanych, z czego kilka poważnie.
Okolice Lublina (200 kilometrów od miejsca spadku):
We czwartek, 18 (30) stycznia, zaraz po godzinie 7-ej, miasto nasze przerażone zostało nadzwyczajnym blaskiem, który oświecił miasto na kilka sekund, z początku światłem białem, niebieskawem, podobnem do bengalskiego, w końcu zaś czerwonawem.
Na pewien znaczny czas przed tem zjawiskiem ukazały się na niebie dwie nowe jakieś gwiazdy ruchome, wyróżniające się od innych tak wielkością, jak i szczególnym swym blaskiem.
Nie ręcząc za prawdę tego, co słyszeliśmy od świadków naocznych, komunikujemy, że dziwne te zjawisko ukazało się w następujący sposób: na jasnym firmamencie południowo-zachodnim wzniosła się wspaniale kula ognista, pozostawiając za sobą smugę światła, na podobieństwo ogona.
Przesunąwszy się szybko po niebie, mimo tych nowych gwiazd, meteor pękł, sypiąc iskry i oświetlając daleko całą okolicę.

Warszawa (60 kilometrów od miejsca spadku):
Dnia onegdajszego, 30 stycznia, o godzinie 7-ej wieczorem, przy dobrym zmroku, zaimprowizowaną została dla Warszawy prawdziwa niespodzianka, iluminacya powietrzna, którą trudno jest opisać.
Osoby znajdujące się w mieszkaniach ujrzały się nagle jak gdyby w płomieniach, a najdrobniejsze szczegóły były dla nich widzialne, jak gdyby w jasny dzień.
Znajdujący się na ulicach mieli widok wspanialszy, bo nie tylko takież samo światło ogarnęło ich, ale nadto widzieli oni i źródło, zkąd potok światła wypływa. Ujrzeli bowiem w powietrzu dość wolno przesuwającą się kulę ognistą z południo-zachodu na północo-wschód.
Po za którą ciągnął się długi, w tęczowe barwy strojny ogon płomienisty. Po upływie kilku minut od chwili ukazania się tej dziwnej łuny usłyszeli huk, podobny do huku odległego grzmotu albo raczej turkotu kilku toczących się po bruku powozów.
Z uwagi na niecodzienną naturę zjawiska oraz staropolską pisownię powyższe relacje mogą się wydawać nieco bajkowe. Nic bardziej mylnego. Dostępna dzisiaj wiedza jasno wskazuje na to, że świadkowie opisali swoje obserwacje dostatecznie precyzyjnie.
Słowa o „sypiących się iskrach” czy „rozrzucaniu świecących odłamów” doskonale obrazują fragmentację ciała kosmicznego, które w trakcie przelotu atmosferycznego rozdzieliło się na wiele mniejszych kawałków, a potem spadło na Ziemię w postaci obfitego deszczu meteorytów.
Fragmenty skalne pochodzenia pozaziemskiego rozsypały się na długości około dwudziestu kilometrów, pokrywając obszar od Wielgolasu i Obrytego, przez Rowy i Stary Sielc, aż po Rzewnie i Boruty.
Największe okazy ważyły po kilka kilogramów, a najmniejsze, nazywane grochem pułtuskim, po parę gramów.
Od pewnego czasu z zainteresowaniem śledziłem kanał o nazwie astrokosmo, prowadzony na YouTube przez Janusza Kosmowskiego i poświęcony jego wieloletnim poszukiwaniom pozostałości po jednym z największych deszczów meteorytowych XIX wieku.
Pierwszy meteoryt pułtuski znalazł po trzech latach intensywnych poszukiwań, po czym przekazał go całkowicie nieodpłatnie Muzeum Regionalnemu w Pułtusku.
Meteoryty pułtuskie, choć rozsypały się w tysiącach okazów na obszarze wielu kilometrów kwadratowych, są uznawane za trudniejsze do odszukania niż meteoryty Morasko. Wynika to w dużej mierze z faktu, że meteoryt Morasko składa się głównie z metalicznego żelaza, natomiast meteoryt Pułtusk jest chondrytem zwyczajnym, zbudowanym przede wszystkim z materiałów krzemianowych i zawierającym jedynie niewielki dodatek żelaza.
O ile namierzenie meteorytu żelaznego można porównać do szukania igły w pudełku z guzikami, o tyle poszukiwanie chondrytu przypomina raczej szukanie tej igły w stogu siana.
Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że stąpam po krawędzi kosmicznego wiru, który już mnie nie wypuści.
Wydawca przygotował dla czytelników Academia specjalną ofertę.
Dzięki kodowi ACADEMIA do 7 lutego 2026 ebook i audiobook ksiązki „W Poszukiwaniu Kosmicznych Okruchów” można nabyć z 50% zniżką na stronie
kosmiczneokruchy.pl
Polecane:
-
Artykuł
„Czołgający się pionier” sprzed 400 mln lat zmienia historię wyjścia kręgowców na ląd Przejdź do publikacji: „Czołgający się pionier” sprzed 400 mln lat zmienia historię wyjścia kręgowców na ląd
-
Artykuł
„Gra o tron” mikroświata, czyli jak przejmują władzę mrówki-zdrajczynie Przejdź do publikacji: „Gra o tron” mikroświata, czyli jak przejmują władzę mrówki-zdrajczynie
-
Artykuł
2 st. Celsjusza ocieplenia jeszcze przed końcem dekady. Nowa prognoza WMO Przejdź do publikacji: 2 st. Celsjusza ocieplenia jeszcze przed końcem dekady. Nowa prognoza WMO
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Dlaczego kosmos milczy? Nowa hipoteza wyjaśnia paradoks Fermiego
Dlaczego kosmos milczy? Nowa hipoteza wyjaśnia paradoks Fermiego Przejdź do publikacji: Dlaczego kosmos milczy? Nowa hipoteza wyjaśnia paradoks Fermiego
Przejdź do publikacji: Energia z kosmosu. Nowa technologia może zmienić Europę
Energia z kosmosu. Nowa technologia może zmienić Europę Przejdź do publikacji: Energia z kosmosu. Nowa technologia może zmienić Europę
Przejdź do publikacji: Badania bez szybkiego zwrotu. Czego Polska uczy się szybciej niż NASA