Jurty na mongolskim stepie pomiędzy Ułan Bator a Karakorum.
Fot. Marcin Konsek / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0

Muzyka Mongolii nie jest folklorem odtwarzanym na scenie dla podtrzymania tradycji. Wciąż pozostaje żywą częścią codzienności, sposobem opowiadania świata i relacji z przyrodą. Dla Anny Grebieniow, podróżniczki i przyrodniczki od lat związanej z Mongolią, to jeden z kluczy do zrozumienia stepowej kultury

Grebieniow jeździ do Mongolii od lat 90., wracając przede wszystkim do przestrzeni i przyrody, w których krajobraz i rytm życia wciąż w niewielkim stopniu zostały podporządkowane cywilizacji. Równie istotni są dla niej ludzie i ich podejście do przybysza. – Wędrując napotykam nomadów, którzy często mnie wspierają. Nie pytają, kim jestem ani po co przyszłam. Otwierają dom, częstują, goszczą – opowiada Academii. Ta otwartość, połączona z prostotą życia, sprawia, że kultura mongolska stała się jej bliska także na poziomie osobistym.

Grebieniow sama prowadzi życie, które określa jako nomadyczne. Dużo się przemieszcza, często zmienia miejsca pobytu, znaczną część czasu spędza w drodze, w podróży, również pracę ma mobilną. – Zmieniam miejsca pobytu, mieszkam często w samochodzie. Mam namiot dachowy i to daje mi swobodę decydowania, gdzie danego dnia spędzę noc – opowiada. Taki sposób życia ułatwia jej zrozumienie kultury, w której ruch nie jest odstępstwem od normy lecz fundamentem.

Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów kultury mongolskiej jest muzyka. Anna Grebieniow opisuje ją nie jako zbiór melodii, ale jako pejzaż dźwiękowy stepu, gdzie – jak mówi – dźwięk jest „niemal zaklęty w krajobrazie”. Pieśni, które śpiewają ludzie stepu „opowiadają” otaczający świat. Częstym motywem są przestrzenne góry, nieskończony step, szybkie konie, szumiące rzeki, piękne kobiety, zasłużeni wojownicy, nostalgia za dawnym życiem. Podobne tradycje muzyczne istnieją także poza Mongolią, m.in. w Tuwie, jednak to właśnie Mongolia jest z nimi najsilniej kojarzona.

Głos stepu

Szczególnym elementem tego pejzażu jest śpiew gardłowy, czyli khoomei, który dla europejskiego ucha bywa zaskakującym doświadczeniem. – To brzmi dla nas niemal nieziemsko, ale tam jest czymś naturalnym – mówi podróżniczka. W Mongolii funkcjonuje kilka odmian tego śpiewu, m.in. sygyt, khoomeii kargyraa, różniących się barwą, wysokością i sposobem prowadzenia głosu.

Mongolscy muzycy grający na morin chuur – tradycyjnym instrumencie strunowym nazywanym „skrzypcami z końską głową”.
Fot. Mil.ru / CC BY 4.0

Grebieniow podkreśla, że wielu Mongołów opanowuje te techniki w sposób intuicyjny. – Wielu z nich ma naturalną łatwość w śpiewaniu w ten sposób. My też mamy taką możliwość, ale jesteśmy bardziej spięci, bardziej zagonieni, mniej oswojeni z własnym głosem i być może dlatego jest to trudniejsze – zauważa. Sama zaczęła uczyć się śpiewu gardłowego, traktując go jako uzupełnienie gry na tamtejszych instrumentach. – Ludzie śpiewają w drodze, w autobusach, przy pracy, przy zwierzętach – opowiada Grebieniow. – Są pieśni, które towarzyszą wypasowi, są takie, które śpiewa się zwierzętom chorym albo rodzącym. To jest sposób kontaktowania się ze światem.

Dwie struny

Drugim filarem mongolskiego pejzażu dźwiękowego są instrumenty smyczkowe, przede wszystkim Morin khuur, tradycyjny dwustrunowy instrument zakończony rzeźbą w kształcie końskiej głowy. Jej osobista relacja z instrumentem zaczęła się od prezentu, który otrzymała na pustyni Gobi. Morin khuur, należący do nauczyciela muzyki, został jej przekazany w geście przyjaźni. – To był jego osobisty instrument. Oddał mi go z serca. Obiecałam wtedy, że spróbuję nauczyć się grać, żeby ten dar nie stał się pamiątką wiszącą na ścianie – mówi.

Początki okazały się znacznie trudniejsze, niż się spodziewała. Nie miała wykształcenia muzycznego ani nie znała nut, a sam instrument nie wystarczy, aby powstała muzyka. – To bezprogowy instrument smyczkowy z bardzo długim gryfem. Trzeba precyzyjnie odnajdywać dźwięki, gra się paznokciami, wszystko jest na wyczucie – wylicza.

Mongolski zespół The Hu podczas koncertu na festiwalu Rock im Park w Norymberdze (2019).
Fot. Stefan Brending / CC BY-SA 3.0 DE

Zamiast się wycofać, zaczęła szukać nauczycieli. Zarówno w Polsce, jak i w Mongolii. Przełomem było spotkanie mistrza Batzorig’a Vaanchig’a, u którego postanowiła uczyć się od podstaw. Zapisała się do szkoły muzycznej i usiadła w ławce razem z dziećmi. – Trafiłam do pierwszej klasy z ośmiolatkami. Musiałam nadrabiać, bo one już znały gamy, a ja byłam zupełnie zielona – opowiada. – Musiałam brać dodatkowe lekcje indywidualne, żeby nadążyć. Teraz jestem już w pierwszej klasie podstawówki, awansowałam z zerówki – mówi z uśmiechem.

Muzyka w galopie

– Nie wiem, czy jest taki moment, w którym można powiedzieć: już umiem. Nawet mistrzowie uczą się cały czas, odkrywają nowe brzmienia – mówi. – Gdyby się zatrzymali, ta muzyka przestałaby być żywa.

Muzyka mongolska pozostaje też głęboko osadzona w codziennym życiu. – Jest obecna w jurtach, w domach, w autobusach. Ktoś zaczyna śpiewać, inni dołączają – opowiada.  W Polsce nie ma jednego, stałego miejsca poświęconego mongolskiej muzyce, choć zainteresowanie nią stopniowo rośnie. Grebieniow wraz z Bartem Pałygą i Magdą Polkowską pracują nad inicjatywą, która ma ułatwić dostęp do koncertów, warsztatów i spotkań z tą tradycją. 

Zapytana o to, jak jednym zdaniem opisać brzmienie Mongolii, Grebieniow odpowiada bez wahania– wiatr w końskiej grzywie.

Przejdź do treści