Kłamstwo rzadko bywa dziś szyte grubymi nićmi. Częściej przybiera formę drobnych przesunięć akcentów i opowieści skrojonych pod emocje odbiorcy. W nowej książce Wszyscy TO robimy, czyli krótka opowieść o mijaniu się z prawdą Dawid Myśliwiec pokazuje, że problemem nie jest samo istnienie kłamstwa, lecz to, jak łatwo przestajemy je zauważać

Autor wychodzi od tezy, która może brzmieć niewygodnie: mijanie się z prawdą nie jest patologią współczesności ani wyłącznie domeną cynicznych manipulatorów. To zjawisko głęboko wpisane w sposób funkcjonowania ludzi jako gatunku. – Im jako gatunek jesteśmy lepsi w wykrywaniu kłamstwa, tym żeby działało musi stawać się coraz bardziej przekonujące – mówi Myśliwiec w rozmowie z Academią. W efekcie powstaje swoista równowaga: część kłamstw pozostaje niewykryta nie dlatego, że jesteśmy naiwni, lecz dlatego, że mechanizmy oszukiwania i demaskowania oszustwa wzajemnie się napędzają.

Nowy kontekst kłamstwu knadają internet i algorytmy. – Internet przyniósł nam rzeczy, na które w żadnym wypadku nie jesteśmy biologicznie przygotowani, a na pewno nie na skalę pewnych zjawisk – podkreśla autor. Nie obiecuje przy tym świata wolnego od kłamstwa. Wręcz przeciwnie: pokazuje, dlaczego byłby on nie tylko nierealny, ale nawet niebezpieczny. – Marzenia o tym, że wyrugujemy mijanie się z prawdą i zbudujemy idylliczne, utopijne społeczeństwo, trzeba włożyć między bajki – dodaje.

Zamiast tego Dawid Myśliwiec proponuje zestaw prostych narzędzi intelektualnych, które ułatwiają rozpoznawanie manipulacji. – Najłatwiej opuszczamy gardę racjonalnego myślenia wtedy, gdy pojawiają się silne emocje – zauważa. Innym testem jest pytanie nie o liczbę argumentów, lecz o ich jakość oraz o to, „jak wyglądałyby argumenty, które mogłyby sprawić, że zmienimy zdanie”. To, jak pokazuje autor, bywa jednym z najlepszych sposobów odróżnienia wiedzy opartej na faktach od dogmatu.

Poniżej publikujemy fragment książki Wszyscy TO robimy, w której Dawid Myśliwiec krok po kroku opisuje mechanizmy kłamstwa, samooszukiwania i dezinformacji oraz wyjaśnia, dlaczego bez zrozumienia własnych ograniczeń poznawczych coraz trudniej odróżnić prawdę od dobrze zaprojektowanej nieprawdy.



Od zawsze lubiłem zwierzaki, ale długo nie mieliśmy szczęścia do posiadania takowych. Czy może raczej zwierzęta nie miały szczęścia do nas…

Gdy miałem niecałe cztery lata, nasz żółw Titi wydostał się na położony na drugim piętrze balkon i nieopatrznie postanowił go opuścić. Przez jakiś czas nie wiedzieliśmy, co się z nim stało. Później dowiedzieliśmy się, że z delikatnie uszkodzoną skorupą został odnaleziony przez sąsiadów, którzy od tej pory zostali jego opiekunami. Niedługo potem dostaliśmy rybki. Okazało się, że gatunki do akwarium wybrane zostały przez kogoś zupełnie niezorientowanego w wodnych łańcuchach pokarmowych i liczba naszych podopiecznych zmniejszyła się w nieprzyjemnych okolicznościach. Spaniel, którego kupiliśmy, okazał się mieć ciężką anemię. Niedługo później był doberman. Mój tata zasłyszał jednak, że ta rasa psów bywa agresywna względem dzieci i w niecały tydzień znalazł szczeniakowi inny dom.

Pierwsze bardziej udane doświadczenie ze zwierzętami domowymi stało się udziałem czarno-białego chomika syryjskiego (Mesocricetus auratus), którego nazwaliśmy Chomo (kilkulatkowie nie grzeszą kreatywnością). Chomo był bardzo wdzięcznym egzemplarzem – bez problemu dawał się wziąć na ręce, grzecznie pokonywał labirynty ułożone z kaset VHS. Jedynym „problemem” był jego głęboki sen. Rodzice uprzedzili nas, że chomiki nie należą do długożyjących gatunków zwierząt, i mam wyraźne wspomnienia, jak moje młodziutkie serce stawało za każdym razem, gdy Chomo nie reagował na delikatne poszturchiwania. Szczęśliwie, poza jednym przypadkiem, wykorzystanie większej siły wybudzało go ze snu. Dziś wiem, że najprawdopodobniej było to związane z naszym fundamentalnym niedopasowaniem, o którym rodzice nas nie uprzedzili. Chomiki są z natury aktywne w nocy. My byliśmy dziećmi szalejącymi za dnia. Nie nękaliśmy Chomo zbyt często, ale ze skruchą muszę przyznać, że dni, w których nie pozwoliliśmy mu spokojnie spać przez prawie trzy lata, uzbierało się kilkadziesiąt… Z perspektywy czasu patrzę na to wszystko bardzo krytycznie i cieszę się, że podejście do posiadania zwierząt (przynajmniej w niektórych kręgach) stało się dużo bardziej odpowiedzialne niż w latach 90. XX wieku. Ale to jeszcze nie koniec historii.

Kiedy miałem jakieś dziesięć–jedenaście lat, na naszym osiedlu otworzył się sklep zoologiczno-wędkarski. Zbliżało się nowe tysiąclecie i w ofercie takich placówek handlowych pojawiały się zwierzaki dużo bardziej egzotyczne. Nasz dobry kolega wszedł w posiadanie myszoskoczka. Kilka dni później inny z naszych kumpli kupił sobie jednego, potem następny – i wkrótce naszym rodzicom skończyły się wymówki, którymi mogli się wykpić od przygarnięcia pod swój dach nowego członka rodziny. Do dziś nie wiem, jaki był to konkretnie gatunek – wspomnienia o Mysi (wciąż nie wysilaliśmy się, nadając zwierzętom imiona) każą mi dziś podejrzewać, że była suwakiem mongolskim (Meriones unguiculatus). Wiele jej zachowań, takich jak kompulsywna potrzeba kopania, nawet w twardym podłożu, budowanie okrągłych gniazd z siana oraz upodobanie do rozdrabniania przedmiotów, pasuje do opisów tego gatunku. Wygląd, oczywiście, też się zgadza.

Jeżeli moja retrospektywna klasyfikacja gatunkowa jest poprawna, to Mysia żyła całkiem długo w dobrym zdrowiu. Przeżyła wszystkich swoich pobratymców, którymi opiekowali się moi podwórkowi koledzy. Przeżyła Flipa i Flapa – naszą parę myszy japońskich, które właściciel wspomnianego sklepu mylnie przez lata sprzedawał jako „myszki chińskie”, a które tak naprawdę były spotykanym na Dalekim Wschodzie podgatunkiem myszy domowej (Mus musculus, podgatunek wagneri). Przeżyła gupika pawie oczko (Poecilia reticulata), który stanowił nasze drugie, znów niestety krótkotrwałe, podejście do akwarystyki.

Odbyła nawet kilka zbyt bliskich spotkań z Figą, kotką, która zamieszkała z nami, gdy miałem lat czternaście i która kilkukrotnie pokazała nam, jak niewiele robi sobie z naszych chałupniczych zabezpieczeń hodowlanego pojemnika Mysi. Spieszę uspokoić – żadne z tych spotkań nie wiązało się z fizyczną krzywdą po którejkolwiek ze stron. Obecność drapieżnika w domu sprawiła jednak, że Mysia musiała zostać zabunkrowana na regałowej półce i dużo rzadziej wchodziliśmy z nią w interakcje.

Kiedy dokonała żywota, podjęliśmy pochopną decyzję, że miejsce po niej zajmie nowy myszoskoczek o imieniu Zenek. Kiedy go sobie przypominam, mam silne wyrzuty sumienia, bo obecność kota w domu sprawiała, że był on bardziej elementem wystroju niż żywym stworzeniem, którym ludzie się odpowiedzialnie zajmowali. Nie twierdzę, że był głodzony albo że żył w niehigienicznych warunkach. Chodzi mi o to, że biorąc odpowiedzialność za żywą istotę, powinniśmy lepiej mierzyć siły na zamiary i wykazać się większą przezornością. Posiadanie zwierzęcia dla samego jego posiadania jest zwyczajnie bez sensu. Pomijam tu kwestię kupowania „dzieciom na prezent” i hodowania w warunkach domowych niektórych gatunków, na co z perspektywy czasu patrzę zupełnie inaczej niż dwie dekady temu.

Dlaczego się o tym wszystkim rozpisuję? Przecież nikt nie prosił mnie o autobiografię. Otóż nostalgia jest w naszej rodzinie silna i kilka lat temu, wspominając nasze szczęsne lub nie zwierzaki, przeżyłem niemały szok, gdy moja mama (wszem i wobec zachwalająca swoją wyborną pamięć) nie przypomniała sobie Zenka. Tego samego, który przez dobre dwie dekady był moim wyrzutem sumienia. Przy pierwszej okazji napomknąłem o tym mojemu bratu i on również nie miał o nim żadnych wspomnień. Tata – identyczna historia. Ktoś tu się ewidentnie mija z obiektywną prawdą! Jednocześnie – znając poczciwość moich najbliższych – wiedziałem, że nikt nie kłamie. Możliwe, że to ja mam fałszywe wspomnienia…

Zresztą nie tylko w kwestii Zenka. Generalnie ludzie nie mają szczegółowych i wiarygodnych wspomnień z okresu życia, w którym byłem, gdy nasz żółw Titi spadał z balkonu. Jako kilkulatek mogłem też nie rozumieć, że nasze rybki się zjadają – wydaje mi się bardziej prawdopodobne, że „pamiętam” to z opowieści mojej mamy. To ona mogła we mnie te wspomnienia zaszczepić. A może kiedyś sobie to tak racjonalizowałem i sam to sobie wmówiłem, a podejrzenie, że wiem to od mamy, to tylko próba racjonalizacji wspomnienia? Racjonalizacji, dodam, która nadaje wspomnieniu dodatkowej wiarygodności.

Ta historia zmierza do bardzo istotnej konkluzji – jeżeli ktoś mija się z prawdą, nie musi to automatycznie oznaczać, że kłamie. Fenomen fałszywych wspomnień jest dziś dosyć powszechnie zbadany. Podatni na nie jesteśmy w zasadzie przez całe życie i wcale nie jest trudne zaszczepienie ich w kimś, jeżeli wiemy, jak można to zrobić. Bywa, że robimy to sobie sami (przynajmniej do pewnego stopnia), albo ktoś z zewnątrz wyrządza nam taką niedźwiedzią przysługę zupełnie przypadkiem. Choć z drugiej strony nie musi być to zjawisko wyłącznie negatywne. Są sytuacje, gdy ze względów terapeutycznych może okazać się wręcz pożądane.

Dlatego zanim przejdziemy do kłamstwa, manipulacji i metod obrony przed dezinformacją, chciałbym poświęcić kilka akapitów temu, jak działa (a raczej jak NIE działa) nasza pamięć, skupiając się na fenomenie fałszywych wspomnień.

Przejdź do treści