prof. Agata Starosta. Fot. Anna Amarowicz

Nowoczesne kampusy. Droga aparatura. I coraz mniej ludzi, którzy chcą w nich pracować. – Polska nauka właśnie wchodzi w okres luki pokoleniowej, która nałoży się na całą serię problemów, z którymi już się mierzy – mówi prof. Agata Starosta z Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN

W teorii punkt startowy kariery naukowej wygląda dziś lepiej niż kilkanaście lat temu. Wszyscy doktoranci mają zagwarantowane stypendium – to efekt reformy szkół doktorskich. Problem w tym, że jego wysokość nie nadąża za realiami rynku pracy i kosztami życia. Przez pierwsze dwa lata nauki doktorant dostaje około 3,5 tys. zł brutto. To mniej niż pensja minimalna, która w 2025 r. wynosi 4666 zł.

– To praca, nie studiowanie. W większości przypadków bardzo ciężka praca, zwłaszcza jeśli doktorant działa w projekcie eksperymentalnym – podkreśla prof. Starosta w rozmowie z Academią. Taka praca rzadko mieści się w ośmiu godzinach dziennie. Doświadczenia ciągną się wieczorami, zdarzają się weekendy w laboratorium, wyjazdy terenowe, dyżury przy aparaturze. Dorabianie po godzinach jest trudne albo wręcz nierealne. – To absolutnie nie są warunki godnej pracy – mówi badaczka. I dodaje bez ogródek: – Na kasie w dyskoncie można zarobić zdecydowanie więcej.

Dodatkowym źródłem napięć jest wiek doktorantów. Coraz częściej to nie 23-latkowie prosto po magisterce, lecz osoby po kilku latach pracy, czasem po zmianie kierunku studiów. 

– To ludzie, którzy liczą na odrobinę stabilności w życiu – zauważa prof. Starosta. Stypendium poniżej płacy minimalnej, brak umowy o pracę i kilkuletni horyzont niepewności trudno nazwać atrakcyjną ofertą.

Kontrakty bez końca i brak polityki kadrowej

Niepewność dotyczy jednak nie tylko doktorantów. Krótkie umowy, życie „od grantu do grantu” i brak stałych etatów to codzienność całego pokolenia młodych badaczy.

Po doktoracie można próbować zdobyć stanowisko asystenta lub adiunkta na uczelni albo w instytucie. Najczęściej oznacza to etat badawczo-dydaktyczny – stosunkowo niską pensję i bardzo dużo zajęć ze studentami. Alternatywą są staże podoktorskie finansowane z grantów. W najlepszym wariancie dają 2–3 lata dobrze opłacanej pracy badawczej, ale zawsze na czas określony i z pytaniem „co dalej” zadawanym od pierwszego dnia.

Do tego dochodzi specyfika prawa pracy w nauce. W większości branż po 33 miesiącach lub trzech kolejnych kontraktach pracodawca musi zaproponować umowę na czas nieokreślony. W sektorze badań i szkolnictwa wyższego ten mechanizm praktycznie nie działa. Każdy nowy grant to formalnie „inne zadanie”, więc kolejne umowy się nie sumują. Liczba podpisanych kontraktów idzie w dziesiątki, ale nie przekłada się na stabilizację zawodową.

Brak przemyślanej polityki kadrowej sprawia też, że wiele instytucji zatrudnia ludzi wyłącznie przy okazji nowych projektów. Rzadko zdarza się, by naukowcom, którzy przez lata zdobywają granty, budują zespoły i pokazują ciągłość wyników, instytut automatycznie oferował stały etat. System nie ma wbudowanego mechanizmu wyłapywania i zatrzymywania solidnych i zdolnych badaczy.

Puste laboratoria, pełne budynki

Skutki finansowej i kadrowej krótkowzroczności są coraz bardziej widoczne. W szkołach doktorskich kształci się dziś około 16 tys. doktorantów, a zaledwie jedna czwarta nauczycieli akademickich ma mniej niż 40 lat. To oznacza nie tylko starzejącą się kadrę, ale i kurczącą się bazę następców.

– Średnia wieku wykładowców przesunęła się w górę – mówi prof. Starosta. Do tego dochodzi kryzys demograficzny: po prostu jest mniej młodych ludzi. Jeśli niewielu z nich zdecyduje się na karierę naukową, za kilka lat uczelnie i instytuty mogą mieć problem zarówno z dydaktyką, jak i z prowadzeniem badań.

W ostatnich kilkunastu latach Polska zainwestowała miliardy złotych, głównie z funduszy europejskich, w infrastrukturę badawczą. Powstały nowe kampusy, zmodernizowane laboratoria, zakupiono aparaturę, której jeszcze dwie dekady temu trudno było sobie wyobrazić w krajowych jednostkach. – Jeśli jednak równolegle nie zainwestuje się w ludzi – od doktorantów po doświadczonych badaczy – wiele z tych miejsc pozostanie tylko efektowną dekoracją. Już dziś niektóre sale i laboratoria stoją niewykorzystane, bo brakuje kadry – podkreśla prof. Starosta.

Montownia czy innowacyjna gospodarka

Z perspektywy przeciętnego obywatela problem może wydawać się abstrakcyjny. Kasjerka czy kurier są bardziej „użyteczni” na co dzień niż fizyk czy biolożka molekularna. W krótkim horyzoncie budżetowym to pokusa: łatwiej przeznaczyć miliardy na nowe drogi niż na system grantów, który może zaowocować dopiero za dekadę.

Prof. Starosta zwraca jednak uwagę, że takie myślenie może zatrzymać nas w pułapce średniego rozwoju. Polska gospodarka rosła, korzystając z taniej siły roboczej. – Żeby utrzymać kurs w górę, musimy zacząć sprzedawać własne technologie – podkreśla badaczka.

Aby coś sprzedać, trzeba to najpierw opracować. To wymaga inwestycji na wszystkich poziomach: od badań podstawowych, przez prace aplikacyjne, po etap wdrożenia. Eksperci posługują się tu piramidą poziomów gotowości technologicznej – od pomysłu i eksperymentu w laboratorium po produkt na rynku. W Polsce finansuje się częściowo badania podstawowe i samo wdrożenie, ale „środek” pozostaje dziurawy. Brak stabilnych programów, które pozwalałyby przesuwać obiecujące pomysły z laboratoriów do prototypów i współpracy z przemysłem.

Zagraniczne analizy – nagradzane ostatnio nawet ekonomicznym Noblem – jasno pokazują, że bez długofalowych inwestycji w badania podstawowe trudno budować trwałą przewagę konkurencyjną. W Polsce do deklaracji o gospodarce opartej na wiedzy wciąż nie dorasta poziom finansowania. Budżet Narodowego Centrum Nauki – finansującego badania podstawowe – to zaledwie ułamek środków przeznaczanych na naukę.

Za dużo uczelni, za mało centrów doskonałości

Prof. Starosta zwraca uwagę, że prędzej czy później trzeba będzie uczciwie zapytać, czy wszystkie jednostki powinny prowadzić zaawansowane badania. Rozproszenie kadry i aparatura oznaczają dublowanie inwestycji i rozmywanie zasobów. Jednym z możliwych kierunków jest tworzenie silnych centrów doskonałości – miejsc, w których koncentrują się najlepsze zespoły, infrastruktura i środki.

Zmiana struktury systemu wymaga jednak nie tylko decyzji organizacyjnych, ale i inwestycji w studenta. Jeśli młodych  jest mniej, uczelnie i instytuty będą musiały bardziej zabiegać o nich. Chodzi nie tylko o pieniądze, ale także o jakość programów i sposób nauczania.

Jeśli wzrost gospodarczy zacznie hamować, a kolejne strategie rozwoju dalej będą pomijać kwestie demografii i polityki kadrowej w nauce, luka pokoleniowa szybko przestanie być abstrakcją. W praktyce oznacza to rosnącą presję na nielicznych młodych badaczy, przeciążone pensum dydaktyczne, problemy z obsadą grantów i studiów, a w końcu – decyzje o odejściu z nauki. 

Przejdź do treści