Wersja beta aplikacji

Odkrywanie szczątków ofiar UPA podczas ekshumacji w miejscowości Gaj na Wołyniu. Fot. Leon Popek, zbiory prywatne / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0.

Co sprawia, że dawne zbrodnie wciąż wpływają na współczesną politykę? W najnowszej książce „Gry pamięcią. O polityce historycznej, Polsce, Ukrainie i Rosji” prof. Grzegorz Motyka i Andrzej Brzeziecki pokazują, że sam upływ czasu nie wystarcza, by zamknąć najboleśniejsze rozdziały wspólnej historii

Academia: Jak mocno historia Polaków, Rosjan i Ukraińców rozeszła się? 

Prof. Grzegorz Motyka: Każda historia narodowa patrzy na przeszłość z własnej perspektywy. To naturalne. Jeżeli jedna strona wygrała bitwę, a druga ją przegrała, obie będą ją wspominały inaczej. W relacjach między naszymi narodami największym problemem pozostają jednak zbrodnie XX wieku. W przypadku stosunków polsko-rosyjskich są to przede wszystkim zbrodnia katyńska oraz nieudzielenie pomocy Powstaniu Warszawskiemu przez Związek Sowiecki. W Rosji do dziś utrzymuje się pogląd, że pozostawienie powstańców bez wsparcia nie było decyzją celową.

W relacjach polsko-ukraińskich najważniejszym punktem sporu pozostaje zbrodnia wołyńska, czyli antypolska akcja Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. W jej wyniku w latach 1943–1945 na Wołyniu i w Galicji zamordowano około stu tysięcy Polaków.

Dlaczego tak trudno mówić o winach własnej strony? Każdy naród pamięta przede wszystkim własne cierpienia.

To zjawisko uniwersalne. Przypomina wyniki badań nad kibicami sportowymi, którzy bez trudu dostrzegają każdy faul przeciwnika, ale nie widzą przewinień własnej drużyny. Z historią jest podobnie. Skłonni jesteśmy dostrzegać przede wszystkim krzywdy wyrządzone nam samym, znacznie trudniej natomiast przychodzi nam uznanie odpowiedzialności własnej strony. Historyk tymczasem powinien badać każdą zbrodnię bez względu na to, kto był jej ofiarą, a kto sprawcą. A przy jej ocenie nie może kierować się narodowością ofiar i sprawców. 

Od lat uczestniczy pan w dialogu polsko-ukraińskim. Czy z perspektywy trzech dekad coś się zmieniło?

Zdecydowanie tak. Swobodnie rozmawiać zaczęliśmy dopiero po upadku Związku Sowieckiego. Na początku lat dziewięćdziesiątych właściwie całe 1000 lat wspólnej historii było polem konfliktu. Niezależnie od tego, o jakim okresie rozmawialiśmy, bardzo szybko pojawiały się wzajemne pretensje. Dziś sytuacja wygląda inaczej. O większości wydarzeń możemy normalnie dyskutować, nawet jeśli różnimy się w ich interpretacji.

Kwestią sporną pozostaje przede wszystkim okres II wojny światowej i zbrodni popełnionych na ludności cywilnej. W tym przypadku historia styka się bezpośrednio ze współczesną polityką historyczną, dlatego rozwiązanie sporów jest znacznie trudniejsze. Nie rozmawiają już wyłącznie historycy. W dyskusji uczestniczą politycy i publicyści. Do tego dochodzi jeszcze jeden niezwykle ważny element. Bardzo wiele ofiar wciąż spoczywa w nieoznaczonych mogiłach. Tymczasem dopóki ciało pozostaje niepochowane, społeczna pamięć o ofiarach pozostaje żywa, nawet jeśli od wydarzeń minęły dziesięciolecia. Dlatego ekshumacje nie są wyłącznie kwestią badań historycznych. To jeden z warunków normalizacji relacji między naszymi narodami. Dopiero wtedy przeszłość może naprawdę stać się historią, przestając tym samym być polem bieżącego konfliktu politycznego.

Często słyszy się argument, że wraz z odejściem ostatnich świadków te spory same wygasną.

Tak mówiono już na początku lat dziewięćdziesiątych. Wielokrotnie słyszałem wtedy, że trzeba po prostu poczekać, aż odejdzie pokolenie pamiętające tamte wydarzenia. Badania socjologiczne pokazują jednak coś przeciwnego. Najmłodsze pokolenia wcale nie muszą być bardziej pojednawcze. Często to właśnie one przyjmują najbardziej radykalne stanowiska. Sam upływ czasu niczego więc nie rozwiązuje. Potrzebne jest wspólne ustalenie faktów oraz podstawowych ocen etycznych. Możemy różnić się w interpretacji wydarzeń czy ocenie poszczególnych postaci historycznych, ale musimy zgodzić się przynajmniej co do tego, że zbrodnia pozostaje zbrodnią. Bez tego temat będzie powracał.

W przypadku relacji polsko-ukraińskich problemem jest wypieranie przez stronę ukraińską niewygodnych faktów. W moim przekonaniu świadczą o tym również ostatnie decyzje prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Nieuznawanie odpowiedzialności UPA za zbrodnie na Polakach stało się w pewnym sensie elementem państwowej polityki historycznej. Z badań polskich historyków wynika jednoznacznie, że we wszystkich przypadkach, w których udało się ustalić sprawców mordów na polskich wsiach, byli nimi członkowie UPA. Tymczasem po stronie ukraińskiej wciąż słyszymy, że nie ma dowodów na istnienie zorganizowanej antypolskiej operacji prowadzonej przez tę organizację. To tutaj nasze narracje najbardziej się rozmijają.

Skąd wziął się pomysł na książkę?

To była inicjatywa Wydawnictwa Literackiego. Początkowo z redaktorem Andrzejem Brzezieckim planowaliśmy poświęcić Rosji więcej miejsca niż Ukrainie. Paradoksalnie dziś najwięcej mówi się właśnie o rozdziałach dotyczących relacji polsko-ukraińskich.

Dla mnie ta książka jest próbą podsumowania badań, które prowadzę od ponad trzydziestu lat. W dużej mierze mogłem je realizować dzięki pracy w Polskiej Akademii Nauk. Instytuty PAN dają badaczom wyjątkową swobodę prowadzenia długofalowych projektów i uważam, że jest to jedna z ich największych zalet. Forma rozmowy zastosowana w książce pozwala natomiast dotrzeć do szerszego grona odbiorców niż klasyczna monografia naukowa.

Czy podczas tej rozmowy zdarzało się panu na nowo przemyśleć własne poglądy?

Sama rozmowa raczej nie zmieniała moich ocen, ale zmuszała mnie do ich doprecyzowania. Inaczej pisze się specjalistyczną monografię, a inaczej opowiada o tych samych problemach w szerszym kontekście.

Już w latach dziewięćdziesiątych opublikowałem artykuł naukowy, w którym analizowałem znaczenie pochówków ofiar konfliktów i ku własnemu zaskoczeniu doszedłem do wniosku, że bez ekshumacji i godnego pochowania ofiar Polakom i Ukraińcom będzie bardzo trudno dojść do porozumienia. Nie przypuszczałem wtedy, że trzydzieści lat później problem ten stanie się jednym z głównych tematów debaty publicznej. Nie mówię tego po to, by podkreślać własną przenikliwość. To raczej przykład pokazujący, że wyniki badań naukowych bywają lekceważone, mimo że potrafią trafnie opisywać procesy, których znaczenie ujawnia się dopiero po wielu latach.

Poniżej publikujemy fragment książki „Gry pamięcią. O polityce historycznej, Polsce, Ukrainie i Rosji”.

Grzegorz Motyka (ur. 1967) jest historykiem, profesorem nauk społecznych, specjalizującym się w dziejach II wojny światowej, powojennego podziemia oraz stosunków polsko-ukraińskich. Od 1994 roku związany z Instytutem Studiów Politycznych PAN, kierował także badaniami w IPN, a obecnie jest dyrektorem Wojskowego Biura Historycznego. Autor książek poświęconych konfliktowi polsko-ukraińskiemu, w tym Wołyń ’43, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła” oraz Akcja „Wisła” ’47. Komunistyczna czystka etniczna. W swoich badaniach zajmuje się przede wszystkim historią przemocy politycznej, pamięcią zbiorową i polityką historyczną.

Poniżej przedrukowujemy fragment książki Gry pamięcią. O polityce historycznej, Polsce, Ukrainie i Rosji wydanej przez Wydawnictwo Literackie

ROZDZIAŁ VII

Zbrodnia wołyńska

Cmentarz w Puźnikach (Ukraina) podczas ekshumacji polskich ofiar zbrodni wołyńskiej, 2025 rok.

Andrzej Brzeziecki: W latach dziewięćdziesiątych XX wieku problemem w relacjach polsko-ukraińskich wydawał się przede wszystkim Cmentarz Orląt, jeśli zaś idzie o UPA, to, wychowani na Łunach w Bieszczadach, raczej kojarzyliśmy ją z tym regionem. W którym momencie uświadomiłeś sobie, że to Wołyń stanie się centralnym punktem sporów?

Grzegorz Motyka: Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku panowały pewien chaos i deficyt wiedzy na temat zbrodni wołyńskiej. Wszyscy pytali, ile w tych opowieściach o zbrodniach UPA jest prawdy. Sam się nad tym wtedy zastanawiałem. Wiedza o kłamstwach propagandy komunistycznej dawała nadzieję, że może było mniej strasznie, że może za największe zbrodnie odpowiada ktoś trzeci: Niemcy albo Sowieci. Jednak kolejne odkrywane dokumenty odzierały ze złudzeń. Niezwykle ważne były ekshumacje dokonane przez Leona Popka jeszcze w 1992 roku. Były to działania prowadzone właściwie po partyzancku, bez zgody strony ukraińskiej. I, niestety, prowadzone także bez pieniędzy i odpowiedniego sprzętu. A jednak pokazały w sposób naukowy, że kilkaset osób zabito tępym narzędziem. Tak jak przedstawiali to nieliczni ocalali świadkowie. Od tamtej pory nie można już było mówić, że mordy na Wołyniu to wytwór wyobraźni albo legenda kresowa podsycana przez Moskwę. Gdy z kolei w 1995 roku po raz pierwszy prowadziłem kwerendę w Kijowie, dotarłem do szeregu dokumentów OUN-B i UPA, które jednoznacznie wskazywały, że banderowcy przeprowadzili zorganizowaną operację etnicznego czyszczenia terenu. I że wszelkie opowieści, iż mogło być inaczej, opierają się w najlepszym razie na pobożnych życzeniach.

Mówimy o zbrodni wołyńsko-galicyjskiej, czyli antypolskiej akcji, która trwała od 9 lutego 1943 roku do 18 maja 1945 roku, kiedy to kierownictwo banderowskie postanowiło usunąć polską ludność z kilku województw. W II RP te tereny zamieszkiwało około półtora miliona Polaków. Dużą część, bo około ośmiuset tysięcy, wywieziono w głąb ZSRS, ale reszta padła ofiarą ukraińskich ataków. Ponad trzysta tysięcy osób uciekło, a około stu tysięcy zostało zamordowanych – najwięcej na Wołyniu, bo sześćdziesiąt tysięcy. Mówimy więc o zbrodni z kategorii wielkich ludobójstw XX wieku. Tymczasem przez dziesięciolecia nasza wiedza o niej była znikoma. Dlaczego?

Wydarzenia na Wołyniu i w Galicji Wschodniej wstrząsnęły całą społecznością kresową, a opowieści o zbrodniach UPA rozniosły się po całej Polsce. Ale zaraz po przejęciu władzy przez komunistów temat stał się tabu. Przez kilkadziesiąt lat nie mogło być żadnych wzmianek o ofiarach, nie wolno było publikować nawet list zamordowanych. Wszelkie wzmianki uznawano za wrogie ZSRS, bo podważały wschodnią granicę PRL. A władze były na to czułe. Dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku temat został poniekąd wyjęty z zamrażarki.

Pierwsze listy strat zaczęto tworzyć już w 1985 roku. Strona ukraińska była tym tematem zaskoczona. Większość Ukraińców naprawdę nic nie wiedziała, a jeśli ktoś miał pojęcie o tym, co się stało na Wołyniu, zaprzeczał i nie chciał podejmować rozmowy. To był czas na długo przed internetem. Książki na temat historii Ukrainy, jeśli w ogóle się ukazywały, to w nakładzie dwustu czy trzystu egzemplarzy, a koledzy historycy wymieniali się nimi we własnym gronie. W Polsce ukraińskie wydania były niemal niedostępne, z kolei polskie książki dla ukraińskich badaczy po prostu za drogie. Krótko mówiąc, panowało totalne wzajemne niezrozumienie.

Na Ukrainie naprawdę nie wiedziano o Wołyniu?

W 1946 roku będący na emigracji Mykoła Łebeď przyznał, że doszło do zorganizowanej operacji, której celem było wygnanie pod groźbą śmierci Polaków z Wołynia, Polesia i Galicji Wschodniej. Ale zaraz potem Petro Mirczuk w swej pracy o UPA wszystkiemu zaprzeczył, pisząc, że upowcy walczyli z Niemcami i przy okazji polikwidowali trochę „polskich placówek”. O Wołyniu wspominał także w swych tekstach o UPA Łew Szankowski. Te trzy emigracyjne głosy nie były dobrze słyszalne we Lwowie czy w Kijowie do 1991 roku.

A ludzie z pokolenia szestydesatników, jednego z najważniejszych środowisk niezależnej myśli na komunistycznej Ukrainie, nie opowiadali się za prawdą?

Prawdą dla nich było to, że Ukraińcy w XX wieku doznali niewyobrażalnych cierpień, choćby w czasie wielkiego głodu, i nawet nie mogą o tym opowiedzieć, bo temat jest zakazany. Na polskie cierpienia zwyczajnie brakowało miejsca. W dodatku po wojnie Sowieci na gigantyczną skalę stosowali przy zwalczaniu UPA wysyłane w teren grupy agentów, którzy dokonywali rabunków i gwałtów na ludności cywilnej, podszywając się pod partyzantów. Popularna stała się więc wersja, że także polską ludność zabijali sowieccy agenci, a nie ukraińscy patrioci. Tylko że te łżebojówki UPA powstały później, już po zakończeniu antypolskich czystek. Jeden z szestydesatników, Jewhen Swerstiuk, pochodzący zresztą z Wołynia, na pewnej konferencji już w XXI wieku opowiedział o swoich doświadczeniach z czasów wojny. Ku mojemu zdumieniu przedstawił obraz jak z polskich opowieści kresowych. Wspominał, że w jego wsi niemal do wojny panowała sielanka, a Polacy i Ukraińcy żyli zgodnie obok siebie. Czasem się kłócili, choć nie było zapiekłej wrogości. Oczywiście władze II RP uważano za zło, ale władza to władza, a po sąsiedzku wszystko się układało. Gdy w okolicznych wsiach zaczęły się mordy, Ukraińcy długo nie mogli uwierzyć, że to UPA zabija Polaków. No bo po jakie licho zabijać sąsiadów?

Najmłodsze pokolenia wcale nie muszą być bardziej pojednawcze. Często to właśnie one przyjmują najbardziej radykalne stanowiska. Sam upływ czasu niczego więc nie rozwiązuje. Potrzebne jest wspólne ustalenie faktów oraz podstawowych ocen etycznych.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści