Przygotowania do walki. Szlachta ostrzy szable w przeddzień starcia – scena z życia codziennego, w której napięcie i rutyna wojny mieszają się z obyczajem. Obraz „Ostrzenie szabel przed bitwą” (1875), Antoni Kozakiewicz.
Mit Sarmatów nie był pomyłką ani fantazją bez skutków. Pomagał opowiedzieć państwo, uporządkować wspólnotę i uzasadnić przywileje. Dr Joanna Orzeł, autorka książki My, Sarmaci, wyjaśnia, skąd się wziął, jak działał i dlaczego do dziś mówimy o „szlachcie polskiej”, choć to określenie więcej zaciera, niż wyjaśnia
Academia: Zacznijmy od języka. Czy „szlachta polska” to bardziej mit niż opis rzeczywistości?
Dr Joanna Orzeł, Instytut Historii Uniwersytetu Łódzkiego: Każdy redaktor rozmawiający ze mną o mojej książce mówi „szlachta polska”, więc zdążyłam się już przyzwyczaić do tego, że to, co napisałam, ma chyba jednak niewielkie znaczenie – i tak mamy w głowie polonocentryczne spojrzenie na historię. Nawet gdy tworzyliśmy wspólne państwo z Wielkim Księstwem Litewskim, najczęściej mówimy o Polsce, a nie o Rzeczpospolitej Obojga Narodów.
Nie chcę nikogo „karać” za taki sposób mówienia, bo to po prostu efekt naszej edukacji i tego, co słyszymy w przestrzeni publicznej. Ale pamiętajmy, że istniała szlachta z terenów Korony, czyli mniej więcej dzisiejszej Polski (bo te granice oczywiście się zmieniały), szlachta litewska z Wielkiego Księstwa Litewskiego, szlachta ruska z terenów dzisiejszej Białorusi czy Ukrainy, ziem wchodzących wówczas w skład zarówno Polski, jak i Litwy. Skoro te dwa państwa tworzyły jedno, to moim zdaniem najtrafniejszym określeniem jest mówienie o “szlachcie Rzeczypospolitej”, i dlatego też tak jest w podtytule mojej książki.
To zresztą jeden z tych terminów, z którymi lubię walczyć, a ta książka ma służyć właśnie temu – żeby rozprawiać się nie tylko z mitami samej szlachty, lecz także z pojęciami, którymi dziś opisujemy świat XVI, XVII i XVIII wieku.
A jeśli wyjdziemy poza ten skrót – czy szlachta z Korony, Litwy i Rusi rzeczywiście się od siebie różniła?
Jeśli wyobrażamy sobie wizualnie szlachcica, to najczęściej widzimy osobę przy kości, z szablą, w stroju przypominającym turecki czy w ogóle: wschodni. Ale gdy pytamy, czy szlachta polska, litewska i ruska się różniła, trzeba najpierw ustalić, o jakie różnice nam chodzi. Na ten pierwszy rzut oka, różnice dostrzegane w wyglądzie więcej nam powiedzą o bogactwie danego szlachcica, a nie o terenach, z jakich pochodził. Natomiast gdy wchodzimy w kwestie na przykład genealogiczne, w to, do jakiej przeszłości się odwoływał, wtedy różnice są widoczne.
Szlachta polska odwoływała się przede wszystkim do Lecha, do średniowiecznej przeszłości – także tej wyobrażonej. Litewskie i ruskie rody miały własne genealogie, czasem jeszcze dłuższe pod kątem chronologicznym, zwłaszcza rzymskie. Pojawiają się więc inne punkty odniesienia w opowiadaniach o swoim pochodzeniu. Nie zapominajmy też o istniejących statutach litewskich, czyli kodyfikacji praw w Wielkim Księstwie, praw różniących się od tych obowiązujących na ziemiach polskich.
Gdy więc często słyszymy o polonizacji szlachty spoza Królestwa Polskiego, to musimy pamiętać, że
to nie jest polonizacja, którą dziś rozumiemy jako zmianę tożsamości. To nie było tak, że ktoś „stawał się Polakiem” w naszym współczesnym rozumieniu. Wówczas często porzucano wiarę swoich ojców, czyli prawosławie, i własny język (ruski), żeby uzyskać te same przywileje co szlachcic z Królestwa Polskiego. To były więc wybory polityczne, a nie to, co dziś nazwalibyśmy zmianą narodową.
To skoro jesteśmy przy przodkach mniej i bardziej wyobrażonych, jak wykuwała się legenda sarmacka?
Legenda sarmacka wykuwała się w dość prosty sposób. To był schemat przejęty z zachodniej historiografii. Najpierw pojawiła się Sarmacja jako przestrzeń geograficzna. W tym aspekcie ogromną rolę odegrał Jan Długosz, który w swojej kronice odwołał się do antycznych uczonych. Było to wówczas naturalne, bo autorytet starożytności był kluczowy. Długosz sięgnął więc do Klaudiusza Ptolemeusza. Na jego mapach tereny ówczesnego państwa polskiego znajdowały się w Sarmacji Europejskiej.
Tyle że według Ptolemeusza Sarmacja Europejska kończyła się na Wiśle. A to oznaczało problem, bo mit założycielski Królestwa Polskiego związany był z Lechem i Gnieznem. Gdyby trzymać się tej granicy, Lech znalazłby się w Germanii. Długosz więc po prostu przesunął granicę – dla niego była nią Łaba. Dzięki temu dopasował Sarmację do współczesnych sobie granic państwa.
I później kolejni kronikarze już do tej granicy na Wiśle nie wracali. Przyjęto rozwiązanie Długosza, bo odpowiadało rzeczywistości.
Czyli najpierw była geografia, a dopiero potem pojawili się Sarmaci?
Tak, najpierw była Sarmacja, potem Sarmaci. Marcin Kromer w XVI wieku usankcjonował użycie nazwy Sarmacja dla całego państwa Jagiellonów, obejmującego także Wielkie Księstwo Litewskie, Prusy, Inflanty, czyli ziemie znajdujące się pod panowaniem polskiego króla.
Po wyznaczeniu przestrzeni na kartach kronik pojawili się Sarmaci – jednocześnie jako antyczni przodkowie i jako współcześni mieszkańcy tych ziem. Było to potrzebne, by stworzyć wspólnotę. Nie używałabym tu słowa „naród” w XIX-wiecznym sensie, bardziej chodzi o wspólnotę polityczną, ideową. Rzeczpospolita była bardzo zróżnicowana i potrzebowała spoiwa. Tym spoiwem stali się Sarmaci.
A potem ten mit zaczyna żyć własnym życiem.
Tak. W XVII wieku wyraźnie się zmienia. Sarmatami stają się już tylko szlachcice. Wyklucza się z tej opowieści mieszczan i chłopów. A jednocześnie do mitu dopisuje się współczesne elementy.
Pojawia się przekonanie, że antyczni Sarmaci byli wolni, nie mieli nad sobą władzy. I nagle wszystkie przywileje szlacheckie zaczynają być tłumaczone jako ich dziedzictwo. Wolna elekcja też zostaje „odziedziczona” po przodkach. A skoro coś pochodzi od przodków, to nie wolno tego zmieniać.
To klasyczny mechanizm. Legitymizujemy teraźniejszość przeszłością. Możemy się z tego śmiać, ale to była swego rodzaju polityka historyczna. I wcale nie wyjątkowa. Podobne mity funkcjonowały w całej Europie Zachodniej.
Czyli obraz szlachty stał się naszym własnym mitem założycielskim.
Tak, i dobrze to widać także współcześnie. Od kilku lat mamy modę na poszukiwania genealogiczne. Wszyscy chcą być szlachcicami, choć szlachta stanowiła najwyżej 6-8, maksymalnie 10 procent społeczeństwa. A ta naprawdę wpływowa – może 1–1,5 procenta.
Ale to właśnie szlachta zostawiła po sobie kulturę, do której dziś się odwołujemy. Chłopi nie pozostawili własnych źródeł, znamy ich głównie z dokumentów pośrednich. Mieszczaństwo też jest trudne do uchwycenia, bo każde miasto to właściwie osobna historia. W efekcie odnosimy się do tego, co najlepiej zachowane i najgłośniej opowiedziane.
Która wizja szlachty jest bliższa rzeczywistości – heroiczna czy satyryczna?
I każda, i żadna. „Typowy szlachcic” to kategoria, której właściwie nie da się zdefiniować. Może był to ktoś, kto miał jedną wieś i żył z niej. Większe majątki oznaczały już znaczące bogactwo.
Problem polega na tym, że skupiamy się na rolach publicznych – wojnie, polityce, sejmikach. A większość życia wyglądała inaczej. Szlachcic żył przede wszystkim w swoim folwarku, w swoim małym świecie. Dlatego w książce chciałam pokazać to, co działo się między wielkimi wydarzeniami. Bo historia to nie tylko wojny i przełomy, to przede wszystko codzienność, to obyczaje, mentalność, ludzkie problemy.
Dlaczego warto sięgnąć po pani książkę?
Bo była pisana dla osób, które niekoniecznie lubiły historię w szkole. Chciałam pokazać, że historia to nie zestaw dat do wykucia, tylko coś, co można zrozumieć. A jednocześnie, że tak jak szlachta tworzyła własne mity, tak my dziś wyobrażamy sobie szlachciców raczej w ich literackiej i filmowej wersji niż zgodnej z historycznymi realiami. Mam więc nadzieję, że lektura książki zburzy niektóre współczesne mity i wyobrażenia o szlachcie, istniejące w naszych głowach.
Poniżej publikujemy fragment książki My, Sarmaci wydawnictwa Port.

Państwo polsko-litewskie (choć jeszcze nie Rzeczpospolita Obojga Narodów) bezsprzecznie rozkwitło w XVI stuleciu, często określanym jako złoty wiek, w dobie panowania dwóch ostatnich Jagiellonów: Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta. Dziś co prawda mamy trochę wyidealizowany obraz tego okresu, jego potęgi, bezpieczeństwa, dostatku, choć z pewnością trzeba przyznać, że był on jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) dla rozwoju państwa. Na ów rozkwit złożyło się kilka czynników: głównie gospodarczych i kulturalnych (i trzeba pamiętać, że bez jednych nie byłoby drugich).
Pierwsze z nich ściśle wiązały się z koniunkturą gospodarczą na zboże pochodzące z Rzeczypospolitej w Europie Zachodniej. Nie można jednak uznać — jak byśmy tego chcieli i jak się nas o tym przekonuje od pierwszych lat edukacji — że Rzeczpospolita przez cały okres nowożytny była „spichlerzem Europy”. Czy w ogóle nim była? Jak w zasadzie doszło do tego, że płody rolne znad Wisły nagle stały się na Zachodzie tak popularne?
Popyt na polskie zboże w drugiej połowie XVI stulecia wynikał przede wszystkim z ochłodzenia klimatu. To zaś doprowadziło do mniejszej spławności rzek europejskich, którymi transportowano płody rolne oraz drewno, bo rzeki były po prostu dłużej skute lodem. Problemy transportowe nie okazały się wszak jedynymi — w wyniku ochłodzenia klimatu drastycznie zmniejszały się zapasy żywności. Te niedobory szczególnie dotkliwie odczuwano w rozwijających się Niderlandach. Ich położenie sprawiło, że szybko znalazły rozwiązanie problemu: zamiast ruchu śródlądowego postawiono na handel morski, dzięki któremu z portów Morza Bałtyckiego mogło napływać zboże — towar, którego w państwie polsko-litewskim było pod dostatkiem.
Gdy szlachta zauważyła rosnący popyt, skupiła się na maksymalizacji zbiorów, czyli przede wszystkim w coraz większym stopniu wycinała lasy, by pozyskać jak największe tereny uprawne, a przy okazji uzyskać wyższe dochody ze sprzedawanego drewna i produktów przemysłu drzewnego (chociażby popiołu). Zboże przybyłe z Gdańska zlikwidowało niedobory w Niderlandach. Co więcej, nadmiar zboża tamtejsza ludność eksportowała — z odpowiednim zyskiem oczywiście — na południe Europy.
Gdy jednak spojrzymy na liczby odnoszące się do konsumpcji rocznej zboża w całej Europie, okaże się, że produkt znad Wisły stanowił niski odsetek: w drugiej połowie XVI wieku nie więcej niż 2,5 procent globalnej produkcji, co mogło zaspokoić potrzeby od 500 tysięcy do miliona osób (podczas gdy ludność Europy na początku XVI wieku szacuje się na mniej więcej 100 milionów), więc Rzeczpospolita nie była głównym żywicielem Starego Kontynentu.
Skąd zatem przekonanie o „spichlerzu Europy”? Przede wszystkim ze szlacheckiej megalomanii, głównie siedemnastowiecznej. Szlachta lubowała się bowiem w przekonaniu, że Europa bez jej upraw umrze z głodu. Przez lata powtarzane słowa i ilość spławianego zboża (imponująca — ale tylko bez porównania europejskiego zapotrzebowania) zaczęły się ugruntowywać w powszechnej świadomości i podbijać ego… również nasze współczesne. Należy jednak zweryfikować tę tezę i spojrzeć na liczby: z jednej strony zapotrzebowanie Europy, z drugiej — możliwości Rzeczypospolitej. Byliśmy co najwyżej spichlerzem Niderlandów, które nie tylko przetrwały dzięki towarom z gdańskiego portu, lecz także rozkwitły dzięki eksportowi nadwyżek zboża.
Oparcie finansów szlachty czy w ogóle gospodarki państwa wyłącznie na eksporcie zboża i płodów rolnych musiało się skończyć ekonomicznym fiaskiem. W Rzeczypospolitej nie tworzono manufaktur, ponieważ wierzono, że europejski popyt na zboże znad Wisły pozostanie niezmienny. W serialu „1670” Jan Paweł Adamczewski doskonale kwituje tę sytuację słowami: „Nasza szlachecka gospodarka polega na tym, że eksportujemy zboże na Zachód, a dobra luksusowe sprowadzamy. Dzięki temu nie musimy rozwijać technologii”. Ten brak rozwoju gospodarczego kraju odbił się na jego finansach, te zaś na funkcjonowaniu całego państwa.
Dopóki trwał popyt na zboże, zwiększano jego produkcję. Nie wynikało to jednak tylko z chęci maksymalizacji eksportu. Przede wszystkim wewnątrz kraju doszło do wzrostu cen artykułów zbożowych — zwłaszcza w porównaniu z cenami artykułów rzemieślniczych. Nie wszyscy właściciele dóbr ziemskich bogacili się wszakże w równym stopniu. Średnia szlachta sprzedawała swoje produkty głównie na rynku lokalnym — w pobliskim miasteczku czy mieście. Eksportowane zboże pochodziło przede wszystkim z latyfundiów powstającej stopniowo magnaterii oraz z dóbr kościelnych.
Co też oczywiste, a często pomijane w opowieściach o rozkwicie gospodarczym szesnastowiecznej Rzeczypospolitej, handel zbożem i drugim towarem eksportowym — drewnem — nie wpłynął na rozwój wszystkich regionów państwa polsko-litewskiego. Zyskiwały na nim tereny położone nad spławnymi rzekami, stabilne politycznie, czyli bezpieczne (co wykluczało chociażby Wołyń i Podole zagrożone najazdami tatarskimi), w pierwszej kolejności zaś miasta, głównie Gdańsk.
To w nim kumulował się handel: około 70 procent eksportu zboża z całego regionu bałtyckiego, jeśli zaś chodzi o import (w XVI wieku) — 80 procent wymiany Rzeczypospolitej z innymi państwami. Dodatkowo gdańszczanie mający prawa miejskie byli pośrednikami między mieszkańcami Rzeczypospolitej a osobami z zagranicy, ponieważ ich bezpośrednie kontakty były zakazane. Szlachta się na to skarżyła (zwłaszcza że było to tylko prawo zwyczajowe), gdańszczanie zaś bogacili się dzięki sporym zyskom, sięgającym do 30 procent (a czasem nawet więcej).
Szlachta Rzeczypospolitej chętnie sprzedawała swoje towary, ale równie chętnie kupowała, głównie od często bywających w Gdańsku Holendrów, to, czego nad Wisłą brakowało, a jednocześnie to, co mogło zaświadczyć o statusie społecznym, czyli tak zwane dobra luksusowe. W okresie nowożytnym były to tkaniny (włoskie jedwabie czy angielskie sukna), zagraniczne wina, korzenie (jak określano wówczas przyprawy), egzotyczne owoce i porcelana.
Holendrzy (ale też kupcy z innych zachodnich krajów) doskonale wyczuli możliwość zarobku i chętnie z niej korzystali, a nawet kpili z tego, że żaden inny naród nie da się tak wyzyskiwać jak Polacy. Już tworzący w XVI wieku poeta Sebastian Klonowic wprost pisał o pysze polskiej szlachty, którą najlepiej widać właśnie w Gdańsku — mieście, w którym coraz częściej szlachcic przepuszczał swoje zyski na zbytki:
Te zaś żołądki prowadzą do Gdańska
Poty cnych kmiotków, a raczej do Chłańska.
Stamtąd ma pycha podżogę do zbytku
Miasto pożytku.
Morze nie ma dna, nie ma też i zbytek,
Zawsze chce więcej, mało mu świat wszytek,
Nie zna miary, więc co pilność ugoni,
Zbytek uroni. […]
Więc się podnosim w głupią pychę zatym;
Co Polska rodzi nie przestajem na tym,
I już nam kramne a zamorskie rzeczy
Zawsze na pieczy.
Jeszcze dobitniej mieszczański poeta Jan Jurkowski karcił szlachtę za zbyteczne zakupy i pozwolenie na bogacenie się innych krajów w zamian za eksportowane produkty:
Lecz coś z nędzą Polaku? W tej gnijesz przez zbytki.
Przyjm szafarza skromności, zbogać swe przybytki;
Ty, tucząc wieprze cudze złotymi plewami.
Swą ojczyznę niebacznie morzysz suchotami.
Skarb ci winem żmie Węgrzyn, Indya smakami,
Anglik sukny i Niemiec, Turczyn szpalerami;
Włoch w piżmo, farby, jedwab, w perły, szkło, kamienie
Rwie cię w pół, a świat wszystek rzuca w spustoszenie.
Nie żyj pańsko w ubóstwie, lecz w państwie ubogo.
Znaj swą włość, przestaj na swym, waż swe dobra drogo.
Nie powinniśmy jednak tylko demonizować szlacheckich wydatków na dobra luksusowe. Tu bowiem dochodzimy do drugiego czynnika rozwoju Rzeczypospolitej w XVI stuleciu — kulturalnego, który był ściśle związany z gospodarką. Szlachta chciała mieć dostęp do tego samego, do czego dostęp miała szlachta w Europie Zachodniej, zwłaszcza że coraz częściej było ją stać na te same produkty.
W XVI wieku polscy szlachcice zresztą mogli czuć się Europejczykami. Złoty wiek to bowiem także w Rzeczypospolitej rozkwit kultury. Jego początek zazwyczaj kojarzony jest z królewskim mariażem Zygmunta Starego i Bony Sforzy w 1518 roku. Dzięki mediolańskiej księżniczce nad Wisłę przybyła liczna grupa artystów i uczonych z Italii, choć częściej przypisuje się jej przywiezienie i spopularyzowanie wielu warzyw, takich jak marchewka, pietruszka, seler, por, kalafior, szparagi, sałata, kapusta, fasola szparagowa, bez których dziś nie wyobrażamy sobie polskiej kuchni. Większość z nich Polacy już znali, głównie dzięki włoskim uczonym, którzy jeszcze przed Boną trafili do naszego państwa. Nowa polska królowa mogła się jednak przyczynić do popularyzacji spożywania warzyw.
Polecane:
-
Artykuł
Cła jako narzędzie polityki handlowej: broń polityczna czy jednak krótkowzroczna pułapka? Przejdź do publikacji: Cła jako narzędzie polityki handlowej: broń polityczna czy jednak krótkowzroczna pułapka?
-
Artykuł
Giganci sprzed stu tysięcy lat wracają do Warszawy Przejdź do publikacji: Giganci sprzed stu tysięcy lat wracają do Warszawy
-
Artykuł
Gospodarki USA i Europy silnie zależą od imigrantów. Dane pokazują, jak bardzo Przejdź do publikacji: Gospodarki USA i Europy silnie zależą od imigrantów. Dane pokazują, jak bardzo
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Skąd się wzięły nasze nazwiska? O historii, języku i tożsamości
Skąd się wzięły nasze nazwiska? O historii, języku i tożsamości Przejdź do publikacji: Skąd się wzięły nasze nazwiska? O historii, języku i tożsamości
Przejdź do publikacji: 1000-lecie koronacji Bolesława Chrobrego
1000-lecie koronacji Bolesława Chrobrego Przejdź do publikacji: 1000-lecie koronacji Bolesława Chrobrego
Przejdź do publikacji: „Nasi chłopcy” i ich niewygodna historia. Wywiad z prof. Kąkolewskim