Czytasz artykuł w trybie offline

Doktorat nie powinien być luksusem. Dr hab. Świątek-Barylska o sytuacji doktorantów

Canva

Doktorat wymaga kilku lat intensywnej pracy, a stypendium nie zawsze pozwala skupić się wyłącznie na badaniach. Problem nie sprowadza się jednak do samej wysokości świadczeń. Dr hab. Ilona Świątek-Barylska przekonuje, że trzeba też odpowiedzieć na pytanie, czego oczekujemy od doktoranta i jakie miejsce ma zajmować w systemie nauki

Academia: Przychodzi do pani młody człowiek, który bardzo chce zrobić doktorat. Co mu pani mówi? Co może go najbardziej zaskoczyć na początku tej drogi?

Dr hab. Ilona Świątek-Barylska: Najpierw pytam, dlaczego chce napisać doktorat i czego po nim oczekuje. Motywacja jest jednym z kluczowych czynników późniejszego sukcesu i satysfakcji. Jeśli widzę, że kieruje nim motywacja wewnętrzna, możemy rozmawiać dalej.

Doktorant ma dziś stworzone warunki do pracy nad rozprawą: przestrzeń, dostęp do profesorów, laboratorium, sprzętu i bibliotek, a także możliwość wyjazdów zagranicznych. Jeśli naprawdę chce zrobić doktorat, ma szansę go przygotować.

Ale łatwo nie będzie. Rozprawa doktorska to coś zupełnie innego niż licencjat czy praca magisterska. Wymaga znacznie większego zaangażowania i poszerzenia horyzontów. Są też obowiązki wobec szkoły doktorskiej, promotora i uczelni. Trzeba przeznaczyć dużą część czasu na badania i pracę nad rozprawą. To oznacza, że jeśli ktoś nie ma innych źródeł dochodu ani własnych zasobów, przez cztery lata może mieć problem z utrzymaniem dotychczasowego standardu życia.

Punktem wyjścia do naszej rozmowy jest raport Eurodoc dotyczący sytuacji materialnej doktorantów w Europie. Polska wypada w nim słabo. 

Zawsze trochę sprzeciwiam się prostemu porównywaniu kwot między krajami, bo dochody i koszty życia są bardzo różne. Zostańmy jednak przy Polsce, bo tutaj nasi doktoranci piszą rozprawy i tutaj muszą utrzymać się ze stypendium.

Problem dotyczy zresztą szerzej całego sektora szkolnictwa wyższego. Doktorant przed oceną śródokresową otrzymuje stypendium odpowiadające 37 proc. wynagrodzenia profesora, a po niej – 57 proc. Minimalne wynagrodzenie asystenta to z kolei 50 proc. wynagrodzenia profesora. To pokazuje, jak bardzo spłaszczone są wynagrodzenia w całym systemie i jak bardzo cały sektor potrzebuje większego finansowania.

W przypadku finansowania doktorantów zastanowiłabym się przede wszystkim nad różnicą między pierwszymi dwoma latami kształcenia a okresem po ocenie śródokresowej. Wysokość stypendium po tej ocenie można jeszcze zrozumieć, ale wcześniej powinno ono być wyższe. Chodzi o to, żeby przez pierwsze dwa lata doktorant miał większe wsparcie finansowe i większą swobodę angażowania się w badania.

Trzeba też pamiętać, że sytuacja doktorantów bardzo różni się w zależności od dyscypliny naukowej. Jeżeli oczekuje się od doktoranta, że będzie pięć czy sześć dni w tygodniu spędzał po osiem godzin w laboratorium, należy  zapewnić warunki, które pozwolą na pokrycie kosztów utrzymania. W naukach humanistycznych i społecznych bardzo duża część doktorantów równocześnie pracuje. I nie zawsze wyłącznie dlatego, że musi dorobić. Czasem praca wynika z ich własnego rozwoju, planów zawodowych czy zainteresowań.

Nie wszyscy rozpoczynają też pracę nad doktoratem  zaraz po magisterium. Bardzo cenię osoby, które podejmują go w połowie albo nawet w drugiej części kariery. Dlatego nie jestem pewna, czy wszyscy doktoranci powinni być traktowani finansowo dokładnie tak samo. Być może należałoby uwzględniać dziedzinę, etap kształcenia i rzeczywiste potrzeby.

Jest jeszcze jedna rzecz, zapewne mniej popularna. Zdarzają się – podkreślam, że sporadycznie – przypadki, kiedy ktoś przez pewien czas korzysta z publicznego finansowania, po czym stwierdza, że bardziej opłaca mu się rozwijać karierę w firmie, i rezygnuje z doktoratu. Nie mówię oczywiście o sytuacjach losowych. Jeżeli jednak ktoś sam podejmuje taką decyzję, warto przynajmniej dyskutować o tym, czy nie powinien w pewnym stopniu ponosić jej konsekwencji. Może pewną formą rozwiązania byłby mechanizm przypominający kredyt studencki, który w określonych przypadkach podlegałby zwrotowi. Nie twierdzę, że właśnie tak należy zrobić, ale publiczne pieniądze są inwestowane w przygotowanie doktoratu i warto rozmawiać także o odpowiedzialności po drugiej stronie.

W części krajów europejskich doktorant nie jest stypendystą, tylko pracownikiem uczelni. Czy taki model miałby sens w Polsce?

Ma sens tylko wtedy, gdy rzeczywiście poprawia warunki pracy naukowej, a jednocześnie nie zmniejsza liczby miejsc w szkołach doktorskich. Jeżeli zatrudniamy doktorantów na normalnych zasadach i ponosimy wszystkie związane z tym koszty, które ponosi pracodawca, bardzo łatwo wyobrazić sobie, że uczelnie zaczną po prostu przyjmować mniej osób.

Trzeba pamiętać, że po reformie z 2019 roku liczba doktorantów i tak została bardzo mocno ograniczona. W niektórych przypadkach spadki sięgały 50, a nawet 60 proc. Jeżeli zakładamy, że osoby z doktoratem mają później wnosić swoje kompetencje do gospodarki i społeczeństwa, musimy uważać, żeby jeszcze bardziej nie ograniczać dostępu do kształcenia doktorskiego.

Nie jestem przekonana, że sama zmiana statusu automatycznie poprawiłaby warunki przygotowania doktoratu. Dzisiejsze stypendium nie podlega opodatkowaniu, odprowadzane są od niego określone składki, a doktoranci mogą korzystać z finansowania wyjazdów, badań czy publikacji. Jest tego naprawdę sporo. Przejście na etat oznaczałoby oczywiście dodatkowe prawa, ale również obowiązki pracownicze. Dlatego nie widzę prostego przełożenia: „pracownik” oznacza lepszy doktorat, a „stypendysta” – gorszy. Można próbować różnych rozwiązań. Wiem też, że reprezentanci doktorantów mocno zabiegają o zmianę statusu. Tyle że tutaj naprawdę nie ma rozwiązań czarno-białych.

Mija kilka lat od wprowadzenia szkół doktorskich. Założenie było takie, że doktorantów będzie mniej, ale dostaną lepsze warunki. Udało się?

Najlepiej byłoby oczywiście zapytać samych doktorantów. Ja patrzę na system bardziej z perspektywy zarządzania szkołą doktorską i Ogólnopolskiego Porozumienia Szkół Doktorskich. Bardzo ważna jest interdyscyplinarność. Współczesna nauka coraz częściej powstaje na styku dyscyplin i w interdyscyplinarnych zespołach. Szkoły doktorskie umożliwiły przenikanie się wiedzy i kontakt doktorantów pracujących w bardzo różnych obszarach. To zdecydowana zaleta. Druga rzecz to wsparcie. Przed reformą stypendium otrzymywała tylko część doktorantów. Dzisiaj sytuacja wygląda inaczej. Oprócz samego stypendium dochodzą granty, przestrzeń do pracy, możliwość finansowania wyjazdów, badań czy publikacji. 

Po doktoracie tylko część osób zostanie w nauce. Co te kilka lat daje ludziom, którzy później przechodzą do biznesu, administracji czy innych zawodów?

To bardzo ważne pytanie i obecnie dużo się o nim dyskutuje, także na arenie międzynarodowej. Kluczowe są kompetencje. Przygotowanie doktoratu jest kilkuletnim projektem. Trzeba postawić pytanie, zaplanować sposób znalezienia odpowiedzi, zdobywać wiedzę i często także finansowanie, współpracować z innymi, zarządzać całym procesem, dzielić się wiedzą i korzystać z zasobów innych ludzi.

Najważniejsze jest chyba to, że doktorant uczy się patrzeć szerzej niż tylko na zadanie, które ktoś mu wyznaczył. Musi sam umieć zadać pytanie, znaleźć sposób, żeby na nie odpowiedzieć, a potem doprowadzić cały proces do końca.

Jeżeli mówimy, że osoby z doktoratem mają podnosić innowacyjność gospodarki, to właśnie takie kompetencje mają znaczenie. I nie tylko w działach badań i rozwoju. To znacznie szerszy sposób myślenia i działania.

Eurodoc proponuje, by doktorant zarabiał co najmniej tyle co nauczyciel szkoły średniej. Czy w Polsce taki punkt odniesienia miałby sens?

Skoro doktorant staje się częścią systemu nauki i szkolnictwa wyższego, logiczne jest, żeby jego sytuację materialną rozpatrywać w ramach tego systemu. Dlatego powiązanie wysokości stypendium z wynagrodzeniem profesora ma swoje uzasadnienie. Dodałabym jednak drugi bezpiecznik. Nie możemy dopuścić do sytuacji, w której ktoś w ogóle nie podejmuje doktoratu albo nie może się w niego właściwie zaangażować, bo po prostu go na to nie stać. 

Można więc wyobrazić sobie rozwiązanie, w którym stypendium nadal jest powiązane z wynagrodzeniem profesora, ale jednocześnie nie może spaść poniżej określonego poziomu odnoszącego się do płacy minimalnej. Takie dwa punkty odniesienia wydają mi się uczciwsze. Doktorant nie powinien być wypychany z systemu z powodów ekonomicznych, ale trzeba też pamiętać, że szkolnictwo wyższe składa się z wielu grup i wszystkie funkcjonują w tych samych ograniczeniach finansowych.

Gdyby mogła pani jutro wprowadzić jedną zmianę, taką niewymagającą użycia dynamitu, od czego by pani zaczęła?

W naukach humanistycznych i społecznych bardzo wyraźnie widzę rywalizację między dwoma celami doktorantów: przygotowaniem doktoratu i pracą zawodową. Dostaję czasem po czterech latach kształcenia w szkole doktorskiej  wniosek o przedłużenie terminu złożenia rozprawy, w którym ktoś tłumaczy, że nie zdołał przygotować pracy doktorskiej , bo w tym czasie robił aplikację radcowską albo rozwijał karierę zawodową. I przyznam, że gdy dyskutujemy z profesorami nad taki wnioskiem, to mamy sporo wątpliwości. Doktorant miał cztery lata, były warunki, było wsparcie finansowe, a ten czas miał służyć przygotowaniu doktoratu.

Jednym z rozwiązań mogłoby więc być podniesienie stypendiów, ale jednocześnie ograniczenie możliwości pracy na zewnątrz. Mówię przede wszystkim o naukach humanistycznych i społecznych, bo w dyscyplinach laboratoryjnych sytuacja wygląda inaczej.

Jest też jednak odpowiedź mniej radykalna i chyba ważniejsza. Chciałabym, żebyśmy potrafili budować silniejszą tożsamość doktoranta z uczelnią i szkołą doktorską. Tego nie da się stworzyć jednym zarządzeniem ani ustawą. Musimy mieć świadomość, że doktorant jest dla uczelni cenną osobą, której dajemy możliwości rozwoju, ale również sam doktorant powinien mieć poczucie, że dostał coś ważnego i powinien z tego rzeczywiście korzystać. Bo czasem pozostaje pytanie: kim on właściwie jest? Doktorantem szkoły doktorskiej czy przede wszystkim pracownikiem firmy X, który raz w tygodniu przychodzi na uczelnię na zajęcia albo spotkanie z promotorem? Chciałabym szukać takich rozwiązań, które sprawią, że doktorat stanie się rzeczywiście istotną częścią jego tożsamości i życia zawodowego.

Dr hab. Ilona Świątek-Barylska – przewodnicząca Ogólnopolskiego Porozumienia Szkół Doktorskich i dyrektorka Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych Uniwersytetu Łódzkiego. Pracuje na Wydziale Zarządzania UŁ. Zajmuje się między innymi zachowaniami organizacyjnymi, zarządzaniem zasobami ludzkimi, zarządzaniem międzykulturowym, lojalnością pracowników oraz sygnalizowaniem nieprawidłowości. Prowadziła zajęcia na uczelniach zagranicznych, między innymi na Cyprze, w Holandii, we Włoszech, na Malcie, w Portugalii, Hiszpanii, Sri Lance i Turcji. Ma również doświadczenie w doradztwie w zakresie zarządzania. Od 2019 roku jest zaangażowana w tworzenie i prowadzenie szkoły doktorskiej UŁ.

W naukach humanistycznych i społecznych bardzo wyraźnie widzę rywalizację między dwoma celami doktorantów: przygotowaniem doktoratu i pracą zawodową.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści