Wersja beta aplikacji

Czytasz artykuł w trybie offline

Historia jednego domu. O wysiedleniach bez uproszczeń

Detektyw i naukowiec pracują podobnie: stawiają pytania, badają źródła, sprawdzają dowody i wyciągają wnioski. Pisarz Michał Kuźmiński wykorzystał ten mechanizm, by opowiedzieć dzieciom o jednej z najtrudniejszych kart powojennej historii

Academia: Twoje kryminały dla dorosłych są mocno osadzone w realiach historycznych i społecznych. Czy pisząc „Złodzieja czasu”, poświęciłeś na zbieranie materiałów równie dużo pracy?

Michał Kuźmiński: To był trochę inny rodzaj pracy, bo warstwa historyczna musiała zostać przedstawiona w sposób przystępny, zrozumiały i dostosowany do świata dziesięcio-, jedenasto- czy dwunastoletnich czytelników.

Nie potrzebowałem aż tak rozbudowanego przygotowania kryminalistycznego, jakie zwykle wykonujemy z Małgorzatą Fugiel-Kuźmińską przed pisaniem naszych powieści. „Złodziej czasu” jest historią detektywistyczną, ale od razu uspokajam rodziców: bez trupów. Tym razem ważniejszy był materiał historyczny.

Sięgałem do opracowań dotyczących ludzi wypędzonych ze Wschodu i przesiedlonych na ziemie zachodnie, dawniej niesłusznie nazywane odzyskanymi. To część historii, którą w dużej mierze wyparliśmy i która dopiero dziś wraca do społecznej świadomości. Korzystałem między innymi z opracowanych przez Beatę Halicką pamiętników przesiedleńców. Tom „Mój dom nad Odrą” zawiera relacje nadesłane kiedyś na konkurs pamiętnikarski. Nie zostały wtedy opublikowane, bo znalazły się w nich treści niewygodne dla ówczesnej władzy.

Próbowałem też jak najlepiej poznać konkretne miejsce, które wybrałem na scenerię powieści. Wbrew naszym uproszczonym wyobrażeniom, wysiedlenie Niemców z ziem zachodnich nie było jednym wydarzeniem, lecz długim procesem przebiegającym falami. Najpierw była ucieczka przed Armią Czerwoną, która nie objęła jednak większości niemieckich mieszkańców tych terenów. Potem nadszedł okres, gdy polscy przesiedleńcy i Niemcy czekający na wysiedlenie mieszkali obok siebie, a czasem nawet pod jednym dachem. To fascynujący fragment historii, bardzo słabo obecny w naszej pamięci.

Do tego doszło moje własne doświadczenie reporterskie. Dwadzieścia lat temu razem z Michałem Olszewskim odbyliśmy podróż wzdłuż zachodniej granicy Polski. Nawiązywaliśmy do wyprawy Tadeusza Żychiewicza, Macieja Malickiego i Wojciecha Plewińskiego, którzy w 1957 roku pojechali zobaczyć, jak wyglądają tereny dopiero włączone do Polski. My trafiliśmy tam pół wieku później, ale wciąż można było odnaleźć miejsca przypominające fragmenty nie do końca zastygłej lawy. Nadal wyczuwalne były tymczasowość, brak zakorzenienia i obawa, że wszystko może się jeszcze zmienić. Towarzyszyła temu szczególna mitologia tych ziem. W wielu miejscowościach słyszeliśmy tę samą opowieść: że kiedy rodzice albo dziadkowie przybyli do nowego domu, na stole stała jeszcze ciepła zupa. Tyle że w tej opowieści brakowało kluczowego elementu. Wyparto z niej, że przy tej zupie siedziała jeszcze zwykle niemiecka rodzina. 

Tak, research był potrzebny również przy książce dla dzieci. Młody czytelnik zasługuje na to, by potraktować go serio.

Jak opowiadać dzieciom o przymusowych wysiedleniach i utracie domu, nie popadając w dydaktykę ani nie upraszczając historii?

Mogę powiedzieć tylko, co sam próbowałem zrobić. Odwołałem się do doświadczenia zdobytego podczas pisania kryminałów osadzonych w rzeczywistości historycznej i społecznej. Po prostu zaufałem opowieści. To właśnie opowieść pozwala nam w bezpieczny i uporządkowany sposób przeżyć zastępczo nawet bardzo trudne doświadczenia. Kryminał umożliwia zmierzenie się z naszymi największymi lękami. Pokazuje moment, w którym dzieje się coś strasznego, a potem uruchamiają się siły rozumu, które pozwalają przywrócić światu porządek. Nie będzie on już taki jak wcześniej, ale będzie to jednak jakiś nowy porządek.

W „Złodzieju czasu” nie chciałem prowadzić wykładu o tym, co wydarzyło się po wojnie. Pozwoliłem bohaterce i jej młodszemu bratu zanurzyć się w historii jednej rodziny i jednego domu, w którym splotły się losy ludzi przybyłych ze Wschodu i jego wcześniejszych niemieckich mieszkańców. Ważną rolę odgrywają też źródła. Dorota znajduje pamiętnik babci wuja, do którego przyjeżdża na wakacje. Jedenastolatka rozpoczyna własne badania. Sama próbuje opowiedzieć sobie tę historię. Wtedy uruchamiają się empatia, wyobraźnia, zdolność wzruszenia i przeżywania cudzych losów. To dobry sposób na rozmowę o trudnych tematach.

Musiałem jednak zachować wrażliwość na możliwości odbiorcy. Dziecka nie można brutalnie skonfrontować z tematem, ale nie chciałem też niczego przesadnie osładzać ani uciekać w eufemizmy. Starałem się wprowadzać trudne momenty delikatnie i za każdym razem zostawiać młodemu czytelnikowi jakiś punkt oparcia.

Kiedy Dorota czyta o swojej jedenastoletniej rówieśniczce, która musi opuścić rodzinną wieś pod Tarnopolem, wyobraża sobie tę scenę. Wie jednak, że dziewczynka wyjeżdża razem z matką. Może więc pomyśleć: dobrze, że przynajmniej mama była przy niej. Chodzi o to, by w trudnym momencie dziecko mogło się czegoś uchwycić, stanąć na stabilnym gruncie, złapać kogoś za rękę.

Między kryminałem a metodą naukową istnieje wyraźne pokrewieństwo: trzeba postawić pytanie, zebrać dowody, poddać źródła krytyce i wyciągnąć wnioski.

W sensie ścisłym kryminał rzeczywiście opiera się na metodzie. To sposób dochodzenia za pomocą rozumowania do rozwiązania postawionego problemu. W powieści kryminalnej problem ma zwykle naturę egzystencjalną, wysoce dramatyczną i często leży w kałuży krwi na środku pokoju.

I zgoda, kryminał proceduralny, pokazujący kolejne etapy rozwiązywania zagadki, opiera się na tych samych zasadach, na których budowane jest poznanie naukowe. Od czasów Arthura Conan Doyle’a słowo „dedukcja” już na zawsze związało się z kryminałem.

Szczególnie fascynująca jest pod tym względem kryminalistyka. Pozwalam sobie nazywać ją najsprytniejszą z nauk. To nawet nie tyle dyscyplina naukowa, co szerokie spektrum dyscyplin i nauk pomocniczych wykorzystywanych w niezwykle pomysłowy sposób. Czasem potrzebuje najnowszych osiągnięć nauki i skomplikowanej aparatury laboratoryjnej, na przykład metod namnażania DNA czy zaawansowanych mikroskopów. A czasem wystarczy miska gipsu czy pędzelek z piór marabuta. Reszta zależy od ludzi, którzy potrafią przeanalizować to, co widzą, zastosować odpowiednie metody i wyciągnąć właściwe wnioski.

„Złodziej czasu” w mniejszym stopniu opiera się na procedurach policyjnych – choć też się pojawiają – a bardziej na badaniach historycznych. Bohaterowie uprawiają mikrohistorię: przyglądają się niewielkiemu fragmentowi rzeczywistości, próbują odtworzyć dzieje jednej rodziny oraz jednego domu. Najpierw mają wspomnienia. Potem konfrontują je ze źródłami i ze śladami materialnymi, które odnajdują. Na końcu umieszczają wszystko w szerszym kontekście i próbują zrozumieć, co naprawdę się wydarzyło. Tak działa zarówno kryminał, jak i nauka.

Dla kogo napisałeś tę książkę?

Chciałbym, żeby sięgnęły po nią dzieci, które lubią czytać, ale także te, które jeszcze nie wiedzą, że lubią. Mam też nadzieję, że będą czytały ją razem z rodzicami. Starałem się pisać tak, by również dorośli znaleźli w niej czytelniczą przyjemność. Byłoby wspaniale, gdyby później dzieci poszły z tą książką do dziadków i zaczęły z nimi rozmawiać. Chciałbym, żeby stała się pretekstem do międzypokoleniowego spotkania i pokazania, że historia, którą często zamykamy w sztywnych ramach i sprowadzamy do dwóch skrajnych stanowisk, w rzeczywistości jest znacznie bardziej złożona. Nie ma w niej łatwych odpowiedzi.

A łatwe odpowiedzi – i tu znów ukłon w stronę metody naukowej – warto konfrontować z faktami, weryfikować, falsyfikować i zastępować nowymi hipotezami na temat tego, co naprawdę się wydarzyło.

Michał Kuźmiński – dziennikarz, redaktor, pisarz i podkaster. W latach 2016–2025 był zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Autor książki popularnonaukowej „Nauka w kuchni. Przełomowe historie sztuki kulinarnej” oraz reportażu historycznego „Z domu Israela. Śladami zapomnianej żydowskiej rodziny”. Wspólnie z Małgorzatą Fugiel-Kuźmińską napisał powieści kryminalne, m.in. „Śleboda”, „Pionek”, „Kamień”, „Mara” i „Ruiny”, a także zbiór wywiadów „Ścigając zło”. „Złodziej czasu” jest jego pierwszą powieścią dla dzieci.

Poniżej przedrukowujemy fragment książki „Złodziej czasu”, wydanej nakładem wydawnictwa Znak Emotikon. 

Rozdział 12

Pamiętnik babci Balbiny

13 sierpnia 1945 roku. Nareszcie! Po naszym wygnaniu, po całej naszej tułaczce, kiedy nie dało się już zliczyć czasu spędzonego w obskurnym bydlęcym wagonie, kiedy pociąg stawał na długie godziny, albo i dnie całe, pośród pustych ugorów – pierwszeństwo na torze miały transporty wojskowe, tak nam tłumaczono, kiedy kolejarzom chciało się jeszcze cokolwiek tłumaczyć – po chaosie punktów repatriacyjnych, po głodowaniu na resztkach zabranej na drogę żywności, po niejednym płaczu zwątpienia – nareszcie dotarliśmy!

Wieś ciągnie się doliną, a kiedyśmy tu nastały, przecierałyśmy oczy ze zdumienia. Toć wszystkie domy, jeden w drugi, murowane, z dachówką zamiast naszych strzech i z posadzkami miast polepy. A każdy schludny, z ogródkiem, żelazną pompą miast studni. I ta radość w sercu pomieszana z obawą, bo co który domek sobie upatrzyłyśmy, to się okazywało, że już zajęty. Aż sam sekretarz wójta, gdyśmy się w końcu doń w rozpaczy zwróciły, osobiście wskazał nam największy i najpiękniejszy z domów i powiedział krótko: „Wy – tam”. I wnet onieśmielenie i trwoga, bo czy to człowiek podoła w takim wielkim obejściu gospodarzyć? Czy umiał będzie? I na jak długo to wszystko? Czy nas znowu nie przepędzą, nie przesiedlą? Ile ten pokój potrwa? Dziesięć lat, może dwadzieścia, jak po pierwszej wojnie?

Kiedyśmy się jednak już dały ponieść radości, kiedyśmy się wreszcie z Marynią spłakały, wycałowały i wyściskały, to nagle przykra niespodzianka. Mówili nam, że domy puste będą, pozostawione na nasz wieczysty użytek.

Wchodzimy, a tam przy stole – Niemcy.

Dorota w skupieniu sunęła przez równe linijki kreślonego granatowym atramentem pisma. Marszczyła co chwilę nos, nachylając się nad kartką przy co dziwniejszych słowach i wyrażeniach. Z początku narzekała w myślach na swój los i na całe te wakacje. Zamiast przeżywać przygodę, czuła się, jakby odrabiała zadanie domowe.

Ale raptem odkryła, że im dłużej czyta, tym łatwiej jej to idzie. W miarę lektury litery odręcznego pisma stawały się coraz bardziej znajome, rozpoznawalne. Coraz przyjaźniejsze. W wyobraźni powoli zaczęła słyszeć poważny kobiecy głos – wypowiadający słowa, opowiadający tę historię. A z historii zaczęły się wyłaniać obrazy.

Czytała stronę lub dwie, a gdy się zmęczyła – wertowała pamiętnik z nadzieją, że jej wzrok padnie na coś ważnego, i przeskakiwała kawałek dalej. Balbina, babka wujka i mama jego mamy Marysi, czasem pisała barwnie i obszernie, czasem notowała jedno czy dwa zdania.

17 sierpnia 1945 roku. Myśmy myślały, że wszyscy Niemcy stąd uciekli, jak szły front i Armia Czerwona. Ale nie wszyscy uciekli – i jeszcze zostaną. Wójt mówi, że trzeba czekać, co władza postanowi. Nasi bauerzy ani się nie odezwą, tylko patrzą wilkiem. Nam też do rozmów niepilno. I tak tu na kupie siedzimy.

Dorota zrozumiała: poprzedni mieszkańcy domu nie wyjechali od razu. Przez pewien czas rodzina wujka i oni mieszkali tu pod jednym dachem. Czytała i sobie to wszystko wyobrażała.

Niemcy siedzą w izbie w przyziemiu, tej, w której ciocia sortuje teraz pomidory. Nowo przybyłych traktują wrogo, a ci też przecież nie pałają do nich sympatią. Jedenastoletnia Marynia, dziewczynka z warkoczykami cienkimi jak mysie ogonki, przygląda im się z daleka, zalękniona. Słowo „Niemcy” kojarzy jej się z trwogą.

Pewnego słonecznego dnia Marynia pracuje przy warzywnych grządkach. Naraz dobiega ją cichy szloch. Zagląda za róg domu i widzi wózek – taki jak dziecięca spacerówka, tylko większy i z wikliny. Na wózku siedzi dziewczyna trochę od niej starsza – może o trzy lata. To młodsza córka bauerów. Marynia wie, że ta dziewczyna nie może chodzić. Jest bardzo szczupła, twarz ma jak zrobioną z delikatnej porcelany, a jej nogi spoczywają wiotko, jak u marionetki, której nikt nie trzyma za sznurki. Mama jej wytłumaczyła, że to przez taką chorobę, polio, którą młoda Niemka musiała przejść w dzieciństwie.

Bauerzy zostawiają czasem córkę w wózku na podwórzu, żeby ogrzała się w słońcu. Marynia ma już odejść, ale zauważa, że na trawie przy kółku wózka leży upuszczona książka. Niemka daremnie próbuje jej dosięgnąć. Szlocha.

Marynia wie, co to jest smutek. Podchodzi, ostrożnie podnosi książkę. To najpiękniejsza książka, jaką dziewczynka widziała w życiu. Ma oprawę z aksamitu, a w środku, wśród gąszczu drobnych, misternych liter, roi się od ilustracji: ręcznie malowane barwami granatu, purpury i złota rajskie ptaki, egzotyczne zwierzęta, postacie w turbanach i zwiewnych sukniach. Mała Polka oddaje książkę Niemce. Patrzą na siebie zdumione, jakby teraz dopiero zobaczyły się po raz pierwszy.

Nazajutrz do pani Balbiny przychodzi starsza córka bauerów. Pyta po niemiecku, czy nie mają pożyczyć trochę mąki. Przedstawia się, ma na imię Klara. Wymieniają kilka ostrożnych, grzecznościowych zdań. Potem rozmawiają częściej.

– I co? – po raz dwudziesty zapytał Daniel.

– I nic – po raz dwudziesty odparła Dorota. Przeciągnęła się i kichnęła głośno, w ostatniej chwili odwróciwszy się od pamiętnika. W nosie wiercił ją kurz.

Chłopiec się nudził. Zaglądał jej przez ramię, krążył po gabinecie, liczył grzbiety książek na regałach. Od czasu do czasu maszerował wzdłuż pomieszczenia, raz drobnymi kroczkami, raz długimi susami, i wykrzykiwał coś bez większego sensu, w rodzaju: „Czternaście tu, siedemnaście tam!”, aż wujek czujnie unosił wzrok znad gazety.

Dorota przewertowała trochę pamiętnik.

8 września 1945 roku. Późny wieczór, ciemno, trza oszczędzać naftę, więc nawet światła do czytania nie ma. Za to ciepło, można czas spędzać w ogrodzie. W filiżance zaparzony rumianek, bo herbaty nie sposób kupić. Naraz w kącie ogrodu ruch, nieśmiały. To starsza córka bauerów. Pyta, czy może. Zapraszam, rumianku wystarczy dla nas obu.

Dorota czytała i sobie to wszystko wyobrażała. Dwie kobiety w podobnym wieku, które w innych czasach i okolicznościach mogłyby się nawet zaprzyjaźnić. Jedna, Balbina, Polka ze Wschodu, była wiejską nauczycielką. Druga, Klara, Niemka z Dolnego Śląska, ze wsi, która jeszcze niedawno nazywała się Matzdorf, ale teraz, kiedy zmienią się ludzie, zmienią też jej nazwę na swoją. Kobiety opowiadają sobie o tym, kim były i co przeżyły. Klara uparła się, że chce wyjechać na studia, aż w końcu rodzice, choć niezadowoleni, że nie będzie pomagać w gospodarstwie, zgodzili się, żeby uczyła się na nauczycielkę. A ona na uniwersytecie wprost przepadła – rzuciła się do studiowania geografii, historii, literatury. Za najlepsze wyniki została, jeszcze w trakcie studiów, zaproszona do zespołu znanego niemieckiego profesora, który jeździł po świecie i badał dzieje i zwyczaje ludów zamieszkujących najdalsze skrawki kuli ziemskiej. Ona, dziewczyna z dolnośląskiej wsi, była w Indiach, Chinach, Nowej Gwinei, Kamerunie i na Madagaskarze. To ona urządziła sobie w tym rolniczym domu gabinet, a za zarobione na ekspedycjach pieniądze kupowała książki, obrazy, eleganckie sprzęty. Opowiadała Balbinie o swoim rozdartym sercu, bo gdy ona ruszała w kolejne podróże, jej mała siostrzyczka Greta nie mogła nawet sama wyjść na podwórko.

Aż podróże się skończyły, gdy zła władza w Niemczech wywołała wojnę. Wielu Niemców tej strasznej władzy uwierzyło i ją poparło. Także profesor Klary – gdy ona chciała badać inne ludy, bo wydawały jej się fascynujące, on badał je, żeby udowodnić, że Niemcy są spośród wszystkich ludów najlepsi. I jej rodzice też uwierzyli złej władzy. Stracili tę wiarę dopiero wtedy, gdy ich syn, a jej brat Heinrich z tej wojny nie wrócił.

„Niech pani nie ma żalu do moich rodziców – mówi w pewnym momencie Klara. – Oni nie są bez serca, ich serca tylko zamarzły. A potem pękły”. Balbina nie wie, jak było naprawdę, ale rozumie Klarę. Przecież każdy chce wierzyć, że ich najbliżsi zawsze byli dobrzy.

„Kochaliśmy ten dom – dodaje jeszcze Niemka. – Wiele się w nim kryje opowieści, starych, pięknych, baśniowych. Dbajcie o niego”.

Jest już późny wieczór, dwie kobiety, które w innych czasach i okolicznościach mogłyby się zaprzyjaźnić, długo siedzą w mroku. Milczą. Napar z rwanego w ogrodzie rumianku stygnie w filiżankach. Obie myślą o tym, że ludzie przychodzą i odchodzą, tak samo jak przychodzą i odchodzą dobre i złe władze, dobre i złe czasy. Tylko domy trwają w miejscu, przyjmując to wszystko w swoje mury i zapisując w swojej pamięci.

Dorota przetarła oczy, które piekły, jakby pod powieki wpadł jej piasek. To pewnie od kurzu i od wysiłku – dawno tak długo nie czytała, w dodatku ręcznego pisma. A może oczy zawilgotniały jej od opowieści z pamiętnika? Była bardzo zmęczona, kręciło jej się w głowie.

I cały czas nurtowało ją jeszcze jedno pytanie: czy pamiętnik i zagadki, które znaleźli, napisano tym samym charakterem pisma? Raz oba style wydawały jej się identyczne, innym razem nie. Zagadki elegancko wykaligrafowano, a pamiętnik raz pisany był starannie i wyraźnie, a raz wręcz bazgrołami. Nie umiała powiedzieć. Ale może…

Odkaszlnęła, pociągnęła nosem i przerzuciła gruby plik kartek, by przeskoczyć prawie na koniec.

21 kwietnia 1946 roku. Ostatnie porządki. W ogrodzie ognisko z rupieci. Nasza pierwsza wiosna tutaj. Idzie nowe. Trzeba by zapomnieć, ale jak tu zapomnieć Klarę? Ludzie we wsi, co tylko wartościowszego zostało im po Niemcach, to od razu sprzedają. Ja nie mam serca.

Wczoraj był wójt, aby – jak powiedział – omówić organizację oświaty dla dzieci repatriantów. Cieszę się na to, będzie dla mnie praca w zawodzie, będzie się tu powoli budowało nową przyszłość. Ale wójt, jak do nas wszedł, zaraz zwrócił uwagę na obrazy. Warknął, że lepiej je pochować, bo jeszcze kto doniesie władzom, że poniemieckie bohomazy hołubię na ścianach. Ja mu na to, że one przedstawiają postacie z mitologii greckiej, a to fundament naszej wspólnej kultury. Chyba nie zrozumiał.

Ale ma rację, obrazy trzeba schować, bo czasy niebezpieczne. Komplikuje to wiadomą sprawę, pozostaje mieć nadzieję, że następne pokolenia będą miały trochę oleju w głowie. Mitologiczny cykl pójdzie do stodoły. Tylko tego pięknego portretu Klary nie mam sumienia tam porzucać. Co robić?

Serce Doroty zabiło nagle mocno. Portret Klary! Tej, „co świat cały za dom mieć chciała, ale dom własny oddać musiała”. A więc istniał! Czytała dalej.

kryminał proceduralny, pokazujący kolejne etapy rozwiązywania zagadki, opiera się na tych samych zasadach, na których budowane jest poznanie naukowe. Od czasów Arthura Conan Doyle’a słowo „dedukcja” już na zawsze związało się z kryminałem.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści