dr Anna Maria Górska

Zmienić temat? Wyjechać? Składać granty mimo niskich wskaźników sukcesu? Nauczyć się mówić „nie”, gdy wszystko krzyczy „bierz”? O realiach życia po obronie obronie doktoratu, systemowych ograniczeniach i wolności, która nie jest dana wszystkim, opowiada dr Anna Maria Górska, adiunktka w Akademii Leona Koźmińskiego i członkini Akademii Młodych Uczonych PAN

Academia: Mam doktorat. Hurra. Co teraz?

Dr Anna Maria Górska: Po pierwsze – trzeba dużo czytać. my. Już nie tylko pod kątem tego, co „muszę znać do projektu”, lecz tego, co naprawdę nas interesuje. I zaczynamy szukać czegoś, co będzie tylko nasze. Doktorat bardzo często powstaje w bliskiej współpracy z promotorem. Bywa rozwinięciem jego pomysłu albo wpisaniem się w jego linię badawczą. I to jest w porządku – doktorat jest etapem uczenia się rzemiosła. Po obronie przychodzi jednak moment, w którym trzeba zadać sobie pytanie: co jest moje? Co jest moim tematem, a nie tylko moim nazwiskiem dopisanym do większej historii? Wtedy pojawia się coś, czego młodzi badacze często się obawiają – zmiana. Zmiana tematu, obszaru, czasem nawet paradygmatu. To zupełnie naturalne.

Po czterech czy pięciu latach pracy nad jednym, bardzo wąskim  zagadnieniem można mieć go po prostu dość. To nie brak konsekwencji, lecz dojrzewanie. Moment, w którym przestajemy być wykonawcą, a zaczynamy być autorem. W moim przypadku zmiana była radykalna. Z marketingu przeszłam do zarządzania zasobami ludzkimi, a ostatecznie do badań nad organizacjami. To nie była kosmetyczna korekta, tylko przestawienie zwrotnicy. Dziś wiem, że był to rozwój, a nie ucieczka. Nie musimy być przyklejeni do jednego tematu na zawsze.

Ale czy to powinien być temat, który „mnie kręci”, czy raczej taki, na którym da się zrobić karierę?

Najlepiej, jeśli te dwie rzeczy się pokrywają. Jeśli jednak trzeba wybrać tylko jedno, samo „to będzie ważne w przyszłości” nie wystarczy. Badanie czegoś wyłącznie dlatego, że jest modne albo dobrze punktowane, bez wewnętrznej motywacji, trudno utrzymać w długim horyzoncie. To musi być temat, który sprawia, że chce się rano wstać i do niego wrócić. Coś, co trzyma nas przy biurku nie przymusem, lecz ciekawością.

Wciąż funkcjonuje wizja liniowej kariery: doktorat, publikacje, grant, awans, habilitacja, profesura.

Tak, to bardzo silna narracja. I bardzo myląca. W praktyce ta ścieżka rzadko jest liniowa. Są przestoje, odmowy, projekty, które się nie udają. Są zmiany pracy, wyjazdy, zwroty. Po doktoracie warto sprawdzić, co naprawdę daje nam energię w pracy akademickiej. Dydaktyka? Administracja? Badania? Wpływ społeczny? Budowanie zespołów? To jest moment testowania.

Przeszłam przez niemal wszystkie elementy pracy akademickiej. Prowadziłam dużo zajęć, zajmowałam się administracją, angażowałam się w prace redakcyjne, komitety i rady. Dopiero z czasem zobaczyłam, co daje mi najwięcej energii. Nie każdy musi zostać „gwiazdą nauki”. I to też warto sobie jasno powiedzieć.

Młody doktor zadaje inne pytanie: jak z tego zapłacić rachunki?

To bardzo ważne pytanie. Na początku kokosów się nie zarabia i to żadna sensacja. Sposobem na zwiększenie niezależności są stanowiska postdoc i granty. 

W Polsce kluczowym mechanizmem finansowania badań jest Narodowe Centrum Nauki. Wokół grantów narosła jednak pewna mitologia. Młodzi badacze często traktują grant jak egzamin z bycia „prawdziwym naukowcem”, jakby decyzja panelu była ostatecznym werdyktem o ich wartości. To błąd. Wskaźniki sukcesu są niskie. Statystyka jest nieubłagana. Odrzucenie nie oznacza, że się nie nadajemy. Czasem oznacza tylko, że system ma ograniczone środki.

Grant daje jednak coś niezwykle ważnego: niezależność. Możliwość zaprojektowania własnego projektu od początku do końca – zatrudnienia ludzi, zebrania danych, pojechania na konferencję, zbudowania zespołu. To realny test samodzielności.

Tyle że po doktoracie nikt nie uczy zarządzania zespołem ani pisania grantów.

To prawda. Doktorat uczy prowadzenia projektu badawczego w ograniczonej skali. Później nagle trzeba skalować – zarządzać budżetem, ludźmi i terminami. Dlatego nie warto od razu rzucać się na bardzo głęboką wodę. Mój pierwszy grant był niewielki. Zatrudniałam jedną osobę – pracowałyśmy we dwie. Uczyłam się razem z moją asystentką metodą prób i błędów, jak prowadzić projekt. 

Wypalenie jest w akademii większym problemem niż brak talentu. Talent jest już na wejściu. Ludzie odchodzą dlatego, że są przeciążeni, mają zbyt wiele tematów naraz i nie potrafią odmawiać.

Pojawił się wątek wyjazdu jako przełomu.

Tak. I chcę to mocno podkreślić: wyjazd ma sens tylko wtedy, gdy wiemy, po co jedziemy. Nie „bo dobrze wygląda w CV”. Nie „bo tak wypada”. Tylko: jadę do konkretnej osoby, po konkretne dane, po wspólny artykuł, po zmianę perspektywy.

Mój obecny temat badawczy odkryłam podczas pobytu na Columbia University w ramach programu Fulbrighta. Bez tego prawdopodobnie nadal zajmowałabym się marketingiem.

Wyjazd zmienia nie tylko CV. Zmienia sposób myślenia. Ustawia człowieka w innej pozycji. Daje sieć kontaktów na lata. Robienie nauki wyłącznie w swoim, bardzo wąskim gronie jest ograniczające.

To jakiego grona szukać?

Wierzę w sieć mentorów, nie w jedną osobę, do której przyklejamy się jako do jedynego autorytetu. Lepiej mieć kilka osób, do których można napisać: „Nie wiem, co zrobić z tym tekstem”, „Nie wiem, gdzie to wysłać”, „Nie wiem, czy to dobry ruch”. To mogą być różne relacje. Ktoś od wspólnego grantu, ktoś od artykułu, ktoś od strategii kariery, ktoś od dobrostanu. Koresponduję z emerytowaną profesor z Kanady. Wymieniamy się mailami o książkach i artykułach. Nie zrobimy razem projektu, ale to akademicka przyjaźń, która jest dla mnie ważna.

A jeśli ktoś zrobił doktorat jako cel sam w sobie i nagle ma przed sobą „ocean możliwości”?

Wtedy trzeba określić cel. Bieganie z pustą taczką nie ma sensu. Można się bardzo napracować i nie dowieźć niczego, co naprawdę jest dla nas ważne. Po doktoracie to moment, by zapytać siebie: co chcę robić? W jakiej roli czuję się najlepiej? Czy chcę być liderem projektu, czy członkiem zespołu? Wolę dydaktykę czy badania? To kwestia świadomego wyboru.

Warto zostać w akademii?

Dla mnie to oznacza wolność. Możliwość czytania i pisania. Wyjazdu nad morze z notatnikiem i długopisem, z których potem powstaje artykuł naukowy. Ale to przywilej i nie każdy go ma. Wielu moich kolegów i koleżanek zajmuje się głównie dydaktyką i administracją. Ta wolność nie pojawia się automatycznie. Trzeba ją wypracować. A czasem system zwyczajnie na nią nie pozwala.

Jeden najważniejszy ruch po doktoracie?

Odnaleźć siebie. I nauczyć się mówić „nie”. Po obronie nagle pojawia się mnóstwo rzeczy: dydaktyka, seminaria, promotorstwo, projekty. Włącza się FOMO – poczucie, że trzeba wziąć wszystko, bo inaczej coś nas ominie. Tymczasem czasem trzeba powiedzieć „nie”, żeby mieć przestrzeń na refleksję. To nie egoizm, lecz warunek przetrwania.

I jeszcze jedno: nie bać się porażki. Akademia to więcej odrzuceń niż sukcesów. Więcej nieprzyjętych grantów niż przyjętych, więcej artykułów odrzuconych niż zaakceptowanych, więcej nagród, których się nie dostało, niż tych, które się dostało. To nie mówi nic złego o nas. Tak jest skonstruowany system. A umiejętność radzenia sobie z odrzuceniem jest jedną z najważniejszych kompetencji badacza.

Przejdź do treści