Czytasz artykuł w trybie offline
Morze w przebudowie. Kto wprowadził się do Bałtyku
Dorsz atlantycki (Gadus morhua). Fot. August Linnman/Wikimedia Commons, CC BY-SA 2.0.
Bałtyk zmienia się szybciej, niż przywykliśmy myśleć: ociepla się, traci zasolenie, a wraz z tym pojawiają się w nim nowe gatunki. Prof. Jan Marcin Węsławski, były dyrektor Instytutu Oceanologii PAN, przekonuje jednak, że nie każdy przybysz jest zagrożeniem, a opowieść o „umierającym morzu” coraz słabiej pasuje do rzeczywistości
Academia: Czy gatunki obce w Bałtyku powinny nas niepokoić?
Prof. Jan Marcin Węsławski: Nie znam przypadku, by któryś z nich wyrządził trwałe, poważne szkody szkody, bo Bałtyk ma pod tym względem wyjątkowe uwarunkowania. W polskiej strefie mamy około 500 gatunków fauny morskiej. Dalej na wschód, w Zatoce Botnickiej, ich liczba spada poniżej stu, bo zmniejsza się zasolenie. W kierunku zachodnim gatunków przybywa. W wodach duńskich jest ich już około tysiąca, w Morzu Północnym około trzech tysięcy, a w pełnosłonym Atlantyku około dziesięciu tysięcy. Bałtyk jest więc z natury bardzo ubogi gatunkowo.
Wynika to z niskiego zasolenia, ale także z tego, że jest morzem bardzo młodym – ma około dziesięciu tysięcy lat. Dla przybyszów pozostaje tu dużo wolnej przestrzeni, wiele nisz ekologicznych, które mogą zająć. Odkąd prowadzimy systematyczne obserwacje, czyli mniej więcej od końca XIX i początku XX wieku, przybyło do Bałtyku ponad 200 gatunków obcych. W naszych wodach stanowią więc znaczną część fauny.
Alarm dotyczący gatunków obcych zaczął się na świecie na początku XX wieku, kiedy zauważono, co dzieje się na tropikalnych wyspach po wprowadzeniu kotów, kóz, psów czy szczurów. Dochodziło tam do kompletnej dewastacji rodzimej fauny. Ginęły drobne ssaki, gady, płazy, a przede wszystkim ptaki. To nie były żarty. Bardzo duża część gatunków, które utraciliśmy w historii ludzkości, pochodziła właśnie z takich środowisk wyspiarskich albo wysokogórskich. Ale wyspa jest środowiskiem zamkniętym. Gatunki, które na niej wyewoluowały, nie mają gdzie uciec. W morzu sytuacja wygląda inaczej. Organizmy morskie nie napotykają takich naturalnych granic. Na lądzie mamy również ogromny problem fragmentacji siedlisk. Możemy mieć duży las, ale jeśli przetniemy go drogami i infrastrukturą, dostajemy dziesięć małych lasów, w których część dużych zwierząt nie będzie już mogła żyć. W morzu ten problem właściwie nie występuje.
Niedawno rozmawiałem o kolejnym wielorybie, który wpłynął do Bałtyku. Co z tego wynika? W zasadzie nic. To duże, dobrze pływające zwierzę. Bałtyk może nie być dla niego odpowiednim miejscem, ale jeśli jest zdrowe, wpłynie i wypłynie. Podobnie jest z wieloma innymi organizmami.

W Bałtyku konkurencja między gatunkami jest stosunkowo słaba, bo tych rodzimych jest niewiele. Nowym przybyszom łatwiej więc się tutaj osiedlić.
Za każdym razem jednak pojawieniu się nowego gatunku towarzyszy fala niepokoju. W latach 20. XX wieku przybył do nas z Chin, przez Niemcy, krab wełnistoręki. Prawdopodobnie trafił z okolic Hamburga do Gdańska, potem do Zatoki Gdańskiej i budującej się Gdyni. Ówczesne gazety alarmowały, że wielki chiński krab zaczyna opanowywać Bałtyk. W pierwszej fazie ekspansji wszedł do rzek, Wisłą dotarł aż do Torunia. Pisano, że zniszczy wały przeciwpowodziowe, zdewastuje porty i stanie się katastrofą dla rybaków.
Do niczego takiego nie doszło.
U gatunków nowo przybyłych często występuje faza gwałtownej ekspansji trwająca jedno lub dwa pokolenia. Organizm próbuje się osiedlić w nowym środowisku, po czym liczebność populacji spada, ponieważ zaczynają ją ograniczać drapieżniki, pasożyty, dostępność pokarmu i konkurencja. Tak stało się również z krabem wełnistorękim. Żyje do dziś w ujściu Wisły, ale jego populacja jest niewielka. Stał się raczej atrakcją niż problemem.
Kilkanaście lat temu bardzo dużo emocji wzbudził żebropław Mnemiopsis. To mały, galaretowaty organizm przypominający meduzę. Podobny gatunek zrobił wcześniej ogromną karierę w Morzu Czarnym, gdzie rzeczywiście przez pewien czas powodował problemy, między innymi zjadając ikrę małych ryb pelagicznych. Kiedy podobnego żebropława zauważono w Bałtyku, natychmiast pojawiła się obawa, że zagrozi szprotowi, na którym opiera się dziś duża część rybołówstwa bałtyckiego. Początkowo mieliśmy nadzieję, że jako gatunek ciepłolubny nie przetrzyma zimy. Przetrzymał.

Problem była jednak również na identyfikacja. Takie organizmy są bardzo delikatne. Jeśli złapie się je siatką planktonową, często zostaje z nich bezkształtna galaretka i można się raczej domyślać, co się złowiło, niż dokładnie to rozpoznać. W końcu jedna z badaczek złapała okaz do zwykłego słoika i uważnie mu się przyjrzała. Okazało się, że to nie był groźny gatunek znany z Morza Czarnego, lecz bardzo podobny organizm odżywiający się innymi galaretowatymi zwierzętami. Jest w Bałtyku do dzisiaj i po prostu wzbogacił naszą faunę pelagiczną.
Podobną historię mamy z małżem Rangia, który pochodzi z rejonu Zatoki Meksykańskiej. Pojawił się w ujściu Wisły i w okolicach portu, po czym zaczął szybko się rozmnażać. Duży, jak na nasze warunki, małż z twardą skorupą – i od razu pytanie: jakie zagrożenie? Obcy, więc niedobrze.
Tymczasem przetrwał zimę i od kilku lat opanowuje rejony słonawowodne. Jest go dużo w Zalewie Wiślanym, ujściu Wisły i kanałach. Żyje na dnie, bardzo sprawnie filtruje wodę, więc można wręcz powiedzieć, że świadczy nam pewną usługę ekosystemową. Chętnie zjadają go kaczki nurkujące. I znowu: nic złego się nie dzieje.
Mój przyjaciel prof. Sergej Olenin z Uniwersytetu w Kłajpedzie jest jednym z wybitnych specjalistów od gatunków inwazyjnych. Odegrał dużą rolę we wprowadzaniu zasad ograniczających przewożenie organizmów w wodach balastowych statków. Potwierdza, że w Bałtyku nie mamy przypadku gatunku obcego, który wyrządziłby poważne szkody, choć pierwsza faza inwazji może wyglądać niepokojąco.

Co roku rejestrujemy nowe gatunki. Jest nawet pewnego rodzaju wyścig pomiędzy kolegami z Uniwersytetu Gdańskiego, Morskiego Instytutu Rybackiego, naszego Instytutu Oceanologii PAN czy Instytutu Morskiego: kto pierwszy znajdzie coś nowego. Ostatnio są to głównie drobne skorupiaki, krewetki, kiełże. Dla naukowca jest oczywiście satysfakcją zobaczyć, że w piasku coś rusza się inaczej niż zwykle, wyciągnąć to i odkryć nowy dla Bałtyku gatunek, ale naprawdę nie ma powodu, żeby za każdym razem wszczynać alarm.
Czyli problem polega również na tym, że przenosimy na morze doświadczenia z lądu?
Dokładnie. Na lądzie mamy poważne problemy choćby z barszczem Sosnowskiego, który powoduje oparzenia i jest bardzo ekspansywny. Ale taką roślinę można opryskać, wyrwać, fizycznie usunąć. Bywa to trudne, ale jest wykonalne. A jak walczyć z larwą małża, która ma mniej niż pół milimetra i płynie z wodą w dowolnym kierunku? Technicznie się nie da. Możemy zapobiegać transportowi gatunków, ograniczać przewożenie ich w wodach balastowych czy na kadłubach statków i nie ułatwiać im osiedlania. Ale kiedy już się pojawią, nasze możliwości kontroli są minimalne.
Trochę paradoksalnie urzędnicy wybiegli tutaj przed naukowców. Kiedy nauka zaczęła mówić, że gatunki obce mogą być problemem, szczególnie w zamkniętych siedliskach, na wyspach czy w pewnych środowiskach lądowych, ten alarm rozszerzono na cały świat. Tymczasem w morzu, a szczególnie w Bałtyku, nie ma podstaw do tak automatycznego podejścia.
Bałtyk jest więc szczególnie otwarty na nowych mieszkańców?
Jest jak niedokończony blok mieszkalny. Niespecjalnie elegancki, bo dla typowych gatunków morskich jest zbyt mało słony, dla słodkowodnych – zbyt słony. Trafiają tu więc organizmy, które potrafią wytrzymać bardzo trudne warunki. Do tego Bałtyk bardzo szybko się ociepla. Fauna, którą uznajemy za rodzimą, pochodzi w dużej mierze z zimnej fazy jego historii, kiedy był to akwen wręcz arktyczny, połączony z Oceanem Arktycznym. Występowały tu nawet foki grenlandzkie. Do dziś przetrwały tak zwane relikty polodowcowe, ale jest ich coraz mniej.
Dobrym, dość dramatycznym przykładem jest dorsz – zimnowodny gatunek północnego Atlantyku. Jego szybkie zanikanie w Bałtyku i problemy z rozmnażaniem wynikają z jednej strony z presji rybackiej, która niewątpliwie była zbyt duża, ale z drugiej z tego, że Bałtyk robi się dla dorsza po prostu za ciepły. Brakuje miejsc, gdzie woda byłaby jednocześnie wystarczająco zimna i natleniona, żeby ikra mogła się prawidłowo rozwijać.
Gatunki zimnolubne znikają więc z Bałtyku, a na ich miejsce naturalnie wchodzą gatunki ciepłolubne. Część pochodzi z Morza Kaspijskiego czy Czarnego, inne z miejsc tak odległych jak Zatoka Meksykańska czy Chiny.
Bałtyk przekształca się na naszych oczach w ciepłe, słonawe morze. Ma ogromny potencjał przyjmowania kolejnych organizmów. Ten wielki blok z niepomalowanymi ścianami przyjmuje nowych lokatorów i jeszcze bardzo wielu się w nim zmieści.
A jak wiele nowych gatunków trafia do Bałtyku dzięki człowiekowi?
W głównej mierze rzeczywiście mówimy o zawleczeniach. Statki transpotują nowe gatunki przede wszystkim w wodach balastowych i na kadłubach. Ale Bałtyk, mimo że jest morzem półzamkniętym, cały czas wymienia też wodę z oceanem przez cieśniny duńskie. Ocean jest w bezustannym ruchu i wraz z wodą naturalnie przemieszczają się organizmy. Prawdziwą barierą nie jest więc fizyczna granica między morzami, lecz przede wszystkim zasolenie. Tylko część organizmów morskich potrafi znieść jego duże zmiany.
Ocieplenie klimatu pokazuje bardzo dobrze, jak problematyczne bywa samo określenie „gatunek obcy”. Obserwujemy to podczas wypraw na Spitsbergen. Norwegowie, podobnie jak inne kraje europejskie, zaczęli się niepokoić pojawianiem nowych gatunków w Arktyce i pytali nas o ich rejestrowanie. Tyle że jeśli cofniemy się do wcześniejszego ciepłego okresu holocenu, około dziewięciu tysięcy lat temu, zobaczymy, że wiele z tych organizmów już na Spitsbergenie występowało. Było tam wtedy znacznie mniej lodowców. Późniejsze ochłodzenie wypchnęło te gatunki na południe, a teraz, wraz z szybkim ociepleniem Arktyki, wracają. Nazwaliśmy to kiedyś w artykule repatriacją. To nie są więc „obcy”, którzy nagle najeżdżają Arktykę, ale organizmy powracające na obszar, który wcześniej zamieszkiwały.
W Arktyce tę wielką migrację reguluje przede wszystkim temperatura. W Bałtyku kluczowe jest zasolenie. A według prognoz Bałtyk będzie się stawał coraz mniej słony, ponieważ ocieplenie klimatu przynosi więcej opadów, szczególnie w jego północnej części. Może więc zmierzać w kierunku czegoś w rodzaju bardzo słonawego jeziora. Wraz z tym pojawią się nowe organizmy zdolne żyć w takich warunkach.

Musimy się przygotować na zmianę. Ona praktycznie nie poddaje się kontroli. Moim zdaniem nie sposób nią zarządzać. Trzeba ją natomiast bardzo uważnie obserwować, bo musimy wiedzieć, co się dzieje ze środowiskiem. I właśnie tutaj pojawia się problem europejskich dyskusji o „zarządzaniu środowiskiem”. W przypadku lasu mamy plany urządzenia lasu, możemy mówić o zarządzaniu mokradłami czy renaturyzacji rzek. Wszystko to można robić w dobrej wierze i bardzo rozumnie. Ale te zasady nie sprawdzają się w odniesieniu do morza, ponieważ morzem po prostu nie jesteśmy w stanie zarządzać. Kserkses powinien się o tym przekonać, kiedy próbował zdyscyplinować morze podczas wojen greckich. Tymczasem politycy europejscy, a szczególnie polscy, pozostają bardzo mocno osadzeni w tradycji lądowej. Patrzą na morze tak, jakbyśmy wiedzieli, jak ma wyglądać, i mogli je sobie odpowiednio urządzić.
Skoro Bałtyk będzie cieplejszy i mniej słony, jak może wyglądać za kilkadziesiąt lat?
W cieplejszych wodach wraz ze wzrostem liczby gatunków pojawia się więcej pasożytów i organizmów potencjalnie niebezpiecznych. Tak jak na lądzie przybywają do nas zwierzęta znane dotąd z południa, tak w morzu mogą coraz częściej pojawiać się na przykład parzące meduzy. W Bałtyku mieliśmy głównie chełbię modrą, która człowiekowi właściwie nic nie robi. Coraz częściej mogą się jednak pojawiać silniej parzące meduzy, a z czasem być może kolejne gatunki. Ale znowu: w europejskich morzach południowych jest ich znacznie więcej i ludzie z tym żyją. Jadąc na wakacje do Hiszpanii czy Francji, mamy większą szansę nadepnąć na jeżowca czy zostać poparzonym przez meduzę niż dziś nad Bałtykiem. Po prostu trochę więcej takich organizmów może pojawić się również u nas.
Znacznie ważniejsza od nowych gatunków jest temperatura. Wraz ze wzrostem temperatury maleje zawartość tlenu. Dopóki Bałtyk był zimny i regularnie zamarzał, mieliśmy dość komfortową sytuację. Podczas zamarzania bardziej słona, cięższa woda opadała i pomagała natleniać głębsze warstwy. Teraz ten mechanizm właściwie zanika. Prognozy wskazują więc na Bałtyk cieplejszy i znacznie gorzej natleniony. Stąd często powtarzana wiadomość o rozszerzaniu się „stref śmierci” na dnie.
Nie oznacza to, że całe morze stanie się martwe. Tam, gdzie woda miesza się dzięki wiatrowi, falom i sztormom, będzie nadal natleniona. Problem dotyczy głównie głębszych obszarów, poniżej mniej więcej 70 metrów, do których mieszanie nie sięga. Tam mogą dominować warunki beztlenowe i mikroorganizmy.
Dobrą analogią jest Morze Czarne. Mało kto, jadąc tam na wakacje, zdaje sobie sprawę, że poniżej strefy mieszania ogromna część tego morza jest pozbawiona tlenu. A jednak górna warstwa pozostaje pełna życia: są ryby, delfiny, ptaki, działa rybołówstwo. Podobny układ może w przyszłości coraz silniej zaznaczać się na Bałtyku.
Przybrzeżne wody, z których korzystamy na co dzień, powinny pozostać natlenione. Prawdopodobnie będzie w nich więcej gatunków słodkowodnych. Być może wróci choćby bałtycki szczupak, z którego dziś słyną Szwedzi i Finowie. Takie szczupaki występowały kiedyś w Zatoce Gdańskiej, ale ich populacje zostały zniszczone w okresie bardzo silnej degradacji Bałtyku. Podejmowane są próby ich odtworzenia.
Od kilku lat obserwujemy także bolenie, słodkowodne ryby drapieżne, które coraz śmielej wpływają do naszych wód. Być może powstanie więc bardzo interesujące środowisko łączące cechy morza i wód słodkich.
Jest scenariusz, który rzeczywiście pana niepokoi?
Badania prowadzone w Zatoce Botnickiej pokazały, co może się stać w wodzie jednocześnie ocieplonej i silnie wzbogaconej w substancje organiczne i biogenne. W badanym rejonie działał duży przemysł drzewny i papierniczy, który dostarczał takich substancji do morza. Powstał tam niezwykle złożony i różnorodny ekosystem, bardzo sprawnie wykorzystujący energię słoneczną. Z punktu widzenia podstawowych funkcji ekosystemu wszystko działało świetnie. Problem polegał na tym, że niemal cały przepływ energii odbywał się w świecie mikroorganizmów. Bardzo niewiele przechodziło do większych organizmów – planktonu, skorupiaków czy ryb.
To dość makabryczna wizja morza biologicznie świetnie funkcjonującego, ale pozbawionego dużych organizmów. My należymy do świata makro i przyzwyczailiśmy się uważać go za najważniejszy. Pod względem różnorodności genetycznej, funkcjonalnej czy efektywności przepływu energii taki ekosystem może działać znakomicie. Tylko że to już nie będzie nasz świat.
Mam nadzieję, że to scenariusz odległy, właściwy dla środowiska bardzo silnie przekształconego. Zwłaszcza że jesteśmy w stanie ograniczać zanieczyszczenia i na Bałtyku całkiem dobrze nam się to udaje.
Mimo to o Bałtyku wciąż często mówi się jako o morzu umierającym.
To narracja mocno nieaktualna. Mam za sobą pięćdziesiąt lat pracy nad morzem i widzę, że co najmniej od czterdziestu lat Bałtyk nie był w tak dobrym stanie jak obecnie, szczególnie w naszej, południowej części.
Powtarzane historie, że jest to „najbardziej zanieczyszczone morze świata”, morze ginące i tak dalej, nie odpowiadają rzeczywistości. Przeszliśmy przez fazę bardzo głębokiego kryzysu. Dzisiaj Bałtyk znakomicie pokazuje, jak szybko przyroda może się odbudowywać, jeśli tylko ograniczymy część presji, zanieczyszczenia i fizyczne niszczenie środowiska.
Bałtyk odbudowuje się, choć będzie to zupełnie inne morze niż to, które znali nasi rodzice czy dziadkowie. Z dorszem prawdopodobnie trzeba się będzie pożegnać, a przywitać z większą liczbą ryb kojarzonych dziś raczej z wodą słodką – szczupakami, sandaczami czy boleniami.
Po dekadach badania morza ono wciąż potrafi pana zaskoczyć?
Ogromnie. I to czasami w obszarach, których zupełnie się nie spodziewałem. Mamy w Instytucie Oceanologii PAN świetną grupę biogeochemików, którzy badają między innymi zmiany alkaliczności Bałtyku. Okazuje się, że mogą one bardzo silnie wpływać na to, jakie organizmy będą w nim występowały. Przyzwyczailiśmy się myśleć przede wszystkim o zasoleniu i temperaturze, tymczasem znaczenie mają również zmiany odczynu wody. Co ciekawe, Bałtyk zachowuje się pod pewnymi względami inaczej niż otwarty ocean, w przypadku którego dużo mówi się o zakwaszeniu. W części Bałtyku obserwujemy wzrost alkaliczności.
Coraz wyraźniej widzimy więc, że o przyszłości tego morza zdecydują podstawowe procesy fizyczne i chemiczne. Dlatego interdyscyplinarne badania są tak ważne. To zresztą coś bardzo charakterystycznego dla oceanologii. Jeden biolog, chemik czy fizyk nie wystarczy. Potrzebny jest również klimatolog, często paleoceanograf i specjaliści z kolejnych dziedzin. Dzięki temu jest to praca niesłychanie ciekawa i satysfakcjonująca. Po tylu latach morze nadal potrafi pokazać coś, czego się nie spodziewaliśmy.
Prof. Jan Marcin Węsławski – ekolog morski związany z Instytutem Oceanologii Polskiej Akademii Nauk w Sopocie. Zajmuje się ekologią przybrzeżnych wód Arktyki, sieciami pokarmowymi, różnorodnością biologiczną mórz oraz wpływem zmian klimatu na ekosystemy morskie. Specjalizuje się również w badaniach skorupiaków i ekologii piaszczystych wybrzeży. Brał udział w ekspedycjach polarnych i morskich, spędzając w terenie ponad cztery lata. Jest autorem i współautorem prac dotyczących m.in. zmian zachodzących w Arktyce i Bałtyku, migracji gatunków oraz funkcjonowania ekosystemów przybrzeżnych.
Polecane:
-
Artykuł
Niedopałki na plaży, pustka pod wodą. Cena wakacji nad Bałtykiem Przejdź do publikacji: Niedopałki na plaży, pustka pod wodą. Cena wakacji nad Bałtykiem
-
Smaki epoki kamienia. Archeologia prehistorycznej kuchni Przejdź do publikacji: Smaki epoki kamienia. Archeologia prehistorycznej kuchni
-
Artykuł
Współczesne miasta pamiętające czasy Chrobrego Przejdź do publikacji: Współczesne miasta pamiętające czasy Chrobrego
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: AI w lesie. Fotopułapki i liczenie dzikich ssaków
AI w lesie. Fotopułapki i liczenie dzikich ssaków Przejdź do publikacji: AI w lesie. Fotopułapki i liczenie dzikich ssaków
Przejdź do publikacji: Dr hab. Dries Kuijper: Natura nie działa według scenariusza, który my sobie wymyśliliśmy
Dr hab. Dries Kuijper: Natura nie działa według scenariusza, który my sobie wymyśliliśmy Przejdź do publikacji: Dr hab. Dries Kuijper: Natura nie działa według scenariusza, który my sobie wymyśliliśmy
Przejdź do publikacji: Kadłuby jako wektory inwazji. Skutki długiego postoju statków w Zatoce Perskiej