Wersja beta aplikacji

Czytasz artykuł w trybie offline

Niewidoczny kryzys – coraz mniej osób chce recenzować publikacje naukowe

Kilkaset uwag od recenzentów, wielostronicowe odpowiedzi autorów i kilka rund poprawek to w nauce norma, a nie dowód niekompetencji — przekonuje prof. Romuald Zabielski. Jego zdaniem największym problemem współczesnego systemu publikacji naukowych nie jest surowość recenzji, lecz kryzys recenzowania, komercjalizacja nauki i coraz mniejsze docenianie pracy tych, którzy oceniają cudze badania

Academia: Punktem wyjścia do naszej rozmowy jest wpis Michała Żmihorskiego, który opisał, jak wraz ze współautorami przygotowywał odpowiedź na uwagi recenzentów. Powstało z tego kilkanaście stron, setki zmian w manuskrypcie i dodatkowe analizy. Ktoś skomentował, że skoro polscy naukowcy muszą tyle poprawiać, to jest to dowód na to, że nie potrafią pisać tekstów naukowych za publiczne pieniądze. Czy to normalne, że dostaje się od recenzentów kilkaset uwag?

Prof. Romuald Zabielski: Absolutnie normalne i świadczy to o wnikliwości i rzetelności recenzenta. Proces recenzji od dawna jest jednym z najważniejszych etapów przyjęcia artykułu naukowego do druku. Teksty, które go nie przechodzą, mają skrajnie niską wartość naukową, ponieważ nie przeszły wstępnej weryfikacji.

Dziś mamy jednak poważny kryzys recenzowania, odmowy wykonania albo bardzo pobieżne recenzje, co zresztą na jedno wychodzi. Ludzie coraz częściej nie chcą się tym zajmować, bo  nie mają z tego żadnych korzyści. Kiedyś istniało coś takiego jak powinność akademicka. Obejmowała nie tylko prowadzenie badań i ich upowszechnianie, lecz także krytyczną ocenę pracy innych podczas seminariów, konferencji i kongresów, ale również w recenzjach artykułów, monografii czy książek. Niestety w większości obecnych systemów oceny indywidualnej i instytucjonalnej ta praca nie ma większego znaczenia. Nie chcę mówić o dodatkowych punktach, bo jestem przeciwnikiem “punktozy”, ale faktem jest, że recenzowanie pracy innych naukowców nie jest należycie doceniane.

Do tego dochodzi choroba obecnego systemu publikowania. Znacząca część prac ukazuje się w komercyjnych wydawnictwach, które pobierają od autorów bardzo wysokie opłaty. Dwa tysiące euro za publikację wcale nie jest dziś wyjątkowo dużą kwotą; czasami opłaty są kilkakrotnie wyższe. Autor za napisanie pracy nie dostaje nic. Recenzent również nie otrzymuje wynagrodzenia. Pieniądze zostają w wydawnictwie.

Niektóre wydawnictwa tłumaczą, że w ten sposób dofinansowują na przykład deficytowe książki naukowe. Nie widziałem ich sprawozdań finansowych, ale wiadomo, że wiele z nich zarabia na tej działalności miliardy dolarów czy euro. Mają niezliczone czasopisma, często w modelu open access, i są mocno nastawione na zysk. Przyzwyczaiły środowisko naukowe do sytuacji, w której od każdego artykułu pobiera się opłaty, a recenzje bywają bardzo powierzchowne. Zdarzają się nawet recenzje jedno- lub dwuzdaniowe. To mogło utrwalić przekonanie, że recenzja jest formalnością bez większego znaczenia.

W ciągu 40 lat pracy naukowej tylko dwa razy zdarzyło mi się opublikować artykuł w renomowanym czasopiśmie z najwyższej półki nauk weterynaryjnych i otrzymać od edytora odpowiedź typu, „Świetna praca, drukujemy bez poprawek”. Dwa razy. A opublikowałem ponad 300 artykułów naukowych i przeglądowych w recenzowanych czasopismach.

Czasami dostawałem recenzje liczące wiele stron. Praca zwykle trafia do dwóch albo trzech recenzentów. Na początku takiej recenzji można było przeczytać: „Bardzo interesująca praca, jest w niej wiele nowych rzeczy, ale mam szereg uwag większych i mniejszych, o których poniżej”. Tych większych bywało kilka-kilkanaście, drobnych nawet kilkadziesiąt.

Drobne uwagi często dotyczą wyrażeń, stylistyki czy układu tekstu. Nie dlatego, że angielski autorów jest zły, lecz dlatego, że czasopisma mają własne przyzwyczajenia językowe. My zwykliśmy pisać brytyjskim angielskim, a czasopismo jest np. amerykańskie i obowiązuje w nim nieco inna terminologia. Poza tym każde czasopismo ma własny styl, który chce utrzymać. Nawet jeśli wszędzie jest to język angielski, w każdym czasopiśmie może on wyglądać trochę inaczej.

W różnych dziedzinach wykształciły się charakterystyczne terminy i wyrażenia. Dla przykładu, terminologia anatomiczna oparta na niemieckiej szkole anatomii weterynaryjnej, do której jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce, często nie podoba się amerykańskim edytorom. Przed ponad 30 laty, debatę z redaktorem amerykańskiego czasopisma naukowego na temat prawidłowego nazewnictwa i topografii przewodów trzustkowych u cieląt, prowadziłem przez około pół roku, co oczywiście opóźniło wydanie artykułu. Dlatego drobnych uwag może być bardzo dużo. Warto przed wysłaniem pracy sprawdzić, jakim stylem posługuje się dane czasopismo i jakie ma wymagania dotyczące cytowań literaturowych, tabel, rysunków czy schematów. Wtedy takich poprawek będzie mniej.

Najważniejsze są jednak uwagi zasadnicze. Mogą dotyczyć na przykład niejasno opisanych celów badania i zastosowanych metod. Dla nas opisy metod mogą być oczywiste, bo posługujemy się nimi od dawna i mamy własny schemat ich przedstawiania. Nie musi on jednak być czytelny dla wszystkich. Recenzent może zauważyć elementy, których my nie dostrzegamy, i poprosić o ich doprecyzowanie.

Podobnie jest z interpretacją wyników czy prowadzeniem dyskusji. Zdarzało mi się, że jeden recenzent pisał: „Ta czterostronicowa dyskusja jest absurdalnie długa, proszę skrócić ją o połowę”. Drugi recenzent tej samej pracy pisał z kolei: „W tej dyskusji brakuje mi jeszcze kilku kwestii, proszę rozwinąć ten, ten i ten wątek”. I co wtedy? Autor znajduje się między młotem a kowadłem.

Mówię o dobrych, rzeczowych recenzjach. One z reguły są długie. Dobra recenzja jest wnikliwa. Wskazuje miejsca wymagające poprawy, bo są niejasne, bo brakuje informacji albo coś trzeba lepiej uzasadnić. Dobra recenzja zawsze podnosi jakość manuskryptu.

Celem recenzji jest wyłapanie błędów czy sprawienie, by praca była bardziej przekonująca i odporna na krytykę?

Jedno i drugie. Recenzent ma dużą swobodę w ocenie pracy. Jest bardzo ważnym głosem doradczym dla edytora. Może rekomendować przyjęcie tekstu, jego odrzucenie lub przyjęcie warunkowe po wprowadzeniu zmian.

Uzasadnienie odrzucenia pracy powinno być bardziej wnikliwe niż uzasadnienie przyjęcia. Mówię oczywiście o warunkach idealnych, a nie o tych wypaczonych przez sytuację ostatnich kilkunastu lat. To zresztą problem nie tylko polski, ale światowy.

System recenzji działa od dawna, ale świat nauki bardzo się zmienił. Czy nie nadszedł czas, by pomyśleć o jego reformie i przynajmniej złagodzić patologie, o których pan mówi?

Na Podlasiu często mówi się: „Jest dobrze, nie ma co psuć”. I jest w tym sporo mądrości. System został wypaczony, wykręcono mu ręce przez chciwość i próby obchodzenia zasad. Sam w sobie nie jest jednak zły. Dlaczego mielibyśmy zmieniać coś, co przez tyle lat pilnowało rzetelności w nauce? I co moglibyśmy wprowadzić w zamian, żeby rzeczywiście było lepiej?

W nauce podstawą jest zaprezentowanie odkrycia i poddanie go krytyce. Dzięki tej krytyce zyskujemy większą pewność, choć zawsze z określonym prawdopodobieństwem, że mamy do czynienia z rozwiązaniem problemu. Albo przeciwnie, dostrzegamy błąd i nie możemy uznać wyniku za rozstrzygający.

System recenzji peer review polega na życzliwym spojrzeniu na badanie jeszcze przed jego podaniem do publicznej wiadomości. Na zadawaniu pytań: czy nie ma tu błędów? Czy nie ma nieścisłości w wywodzie? Czy czegoś nie trzeba dodatkowo wyjaśnić? I w końcu, czy ten tekst nadaje się do upowszechnienia? W procesie recenzji manuskrypt rozwija się, staje się lepszy, aż w końcu zapada decyzja o publikacji. To jest dobry proces.

Pojawiają się pomysły, żeby recenzować artykuły naukowe dopiero po ich opublikowaniu. Najpierw udostępnić coś niesprawdzonego, coś, co autorom wydaje się wartościowe, a później budować wokół tego proces recenzji prowadzony przez ludzi z całego świata. Tyle że wtedy pojawia się ryzyko ogromnej przypadkowości. Nie do końca wiemy, kto komentuje pracę i z jakich powodów. Mogą to być działania niekoniecznie życzliwe. Mogą to być również automaty czy boty, które np. zaczną masowo krytykować artykuł. Jeśli pojawi się 50 czy 80 takich negatywnych uwag, część osób może uznać, że praca rzeczywiście jest fatalna.

Czy byłby to lepszy system? A może należałoby publikować bez recenzji? Nie jestem przekonany. Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem byłby raczej powrót do dobrych zasad peer review oraz uczyć ludzi, jak należy recenzować, oraz jak prowadzić komunikację na osi autor – recenzent – redaktor. Trzeba też uczyć potencjalnych recenzentów, by nie przyjmować do recenzji tekstów, jeśli już po przeczytaniu tytułu i abstraktu czują, że mogą pozostawać w konflikcie interesów z autorami pracy. To wszystko sprowadza się do kwestii etycznych i komunikacyjnych. Trzeba również inaczej traktować samą pracę recenzentów. Skoro recenzent nie ma z niej nic poza dodatkowym obowiązkiem, a przygotowanie uczciwej recenzji zajmuje dwa–trzy tygodnie, to taka praca powinna być odpowiednio doceniona.

Romuald Zabielski jest profesorem nauk weterynaryjnych, specjalistą w zakresie fizjologii układu pokarmowego zwierząt. Ukończył studia w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, gdzie obronił doktorat i uzyskał habilitację, a następnie tytuł profesora. Jest członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk; w latach 2019–2022 pełnił funkcję wiceprezesa PAN. Pracował m.in. w SGGW oraz w Instytucie Fizjologii i Żywienia Zwierząt im. Jana Kielanowskiego PAN. Jest autorem ponad 300 publikacji naukowych, redaktorem i współautorem monografii oraz promotorem przewodów doktorskich. Jest wymieniony w rankingu stanfordzkim World’s Top 2% Scientists. Poza działalnością naukową zajmuje się fotografią; jest autorem książek i albumów fotograficznych poświęconych m.in. Tatrom i Japonii.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści