Czytasz artykuł w trybie offline
O dehumanizacji imigrantów. Przykład z USA
Zrzut ekranu ze strony „Aliens” w oficjalnym serwisie Białego Domu. Źródło: The White House.
Uruchomiona 29 maja 2026 roku strona Białego Domu Aliens.gov sprawia wrażenie, jakby należała do świata science fiction. Jej estetyka odwołuje się do tajemnicy, życia pozaziemskiego, rządowych akt, ukrytej prawdy i mitologii UFO
Strona wykorzystuje ciemną kolorystykę, świecące zielone litery, odniesienia do „odtajnionych” informacji oraz dramatyczne zdanie: „Oni chodzą wśród nas”. Czytelnik przewija coś, co przypomina żartobliwy, spiskowy interfejs w stylu „Z Archiwum X”.
Potem następuje zwrot: strona nie dotyczy odtajnionych informacji o istnieniu życia pozaziemskiego. „Obcymi” okazują się migranci określani jako „nielegalni”.
To właśnie ten zabieg jest głównym mechanizmem retorycznym strony. Wykorzystuje podwójne znaczenie angielskiego słowa alien: jako terminu prawnego oznaczającego cudzoziemca oraz potocznego określenia istoty z innej planety. Najpierw uruchamia to drugie znaczenie, a następnie przenosi je na migrantów o nieuregulowanym statusie. W ten sposób kategoria prawna zostaje osadzona w scenerii obcości, tajemnicy i zagrożenia.
Od cudzoziemca do kogoś nieludzkiego
Zanim strona przedstawi jakikolwiek jawny argument, jedno słowo zdąży już narzucić sposób interpretacji.
Jeżeli nazwiemy kogoś „nieudokumentowanym migrantem”, odbiorca może pomyśleć o prawie, dokumentach czy polityce granicznej. Jeśli tę samą osobę nazwiemy „obcym” i otoczymy estetyką UFO, pojawia się zupełnie inny obraz: nie człowieka z własną historią, lecz dziwnej i potencjalnie niebezpiecznej obecności, którą należy wykryć.
W tym miejscu zaczyna się dehumanizacja. Strona nie musi wprost stwierdzać, że nieudokumentowani migranci są mniej niż ludźmi. Osłabia ich podmiotowość, przedstawiając ich przede wszystkim jako kategorię zagrożenia, a nie ludzi mających imiona, głosy, rodziny, motywacje i własną przeszłość.
Badania Nicka Haslama nad dehumanizacją pomagają wyjaśnić ten mechanizm. Dehumanizacja może polegać na odmawianiu ludziom pełnego statusu człowieka poprzez przedstawianie ich jako podobnych do zwierząt, maszyn, przedmiotów albo jako pozbawionych cech kojarzonych ze zwykłą ludzką podmiotowością. Na Aliens.gov nieudokumentowani migranci zostają sprowadzeni właśnie do takich uproszczonych form: „obcych”, zatrzymań, punktów na mapie, podejrzanych obecności oraz obiektów przeznaczonych do odesłania.
Rezultatem jest nie tylko retoryka antyimigracyjna, lecz także wielomodalna dehumanizacja. Słowa, kolory, stylistyka wizualna, mapy, zaimki i odsyłacze instytucjonalne współdziałają, tworząc jeden obraz: nieudokumentowanego migranta jako obcej obecności wewnątrz przestrzeni narodowej. Pytanie nie brzmi już tylko: „Jaki status prawny ma ta osoba?”, lecz: „Jak ją znaleźć?”.
To nie tylko żart. Gdy polityka przemawia językiem popkultury
Humor jest częścią politycznej skuteczności tej strony.
W programie NBC10 Philadelphia In Depth with Lena Tillett historyk polityki i mediów Brian Rosenwald zauważa, że zwolennicy Trumpa prawdopodobnie odczytają tę estetykę jako żart „z przymrużeniem oka”: prowokacyjny, zabawny i celowo irytujący krytyków. W takim ujęciu żart nie tylko bawi zwolenników. Przedstawia też przeciwników jako pozbawionych poczucia humoru i przesadnie reagujących – jako ludzi, którzy „wariują”, bo rzekomo nie potrafią zrozumieć dowcipu.
Humor tworzy więc warstwę ochronną dla przekazu. Jeśli krytycy zwrócą uwagę na dehumanizującą symbolikę, odpowiedź jest gotowa: nie zrozumieli żartu. Spór polityczny zostaje przekształcony w opowieść o emocjonalnej nadreakcji.
Sprzeciw wobec strony nie jest jednak wyłącznie kwestią gustu. NBC10 Philadelphia informowała, że organizacje wspierające migrantów w Filadelfii potępiły stronę. Pennsylvania Immigration Coalition określiła ją jako „kompromitację” i „internetowy trolling finansowany z pieniędzy podatników”. W tym samym materiale zwracano uwagę na niepokój związany z logiką infolinii do zgłaszania podejrzanych osób, którą aktywiści odczytują jako zachętę do donoszenia sąsiadów na sąsiadów.
W tym miejscu żart staje się strategią.
Strona skupia w sobie szerszą oficjalną gramatykę obecną już wcześniej w dyskursie imigracyjnym Trumpa: inwazję, stan zagrożenia, ochronę, przestępczość, usuwanie i narodowe odrodzenie.
Rozporządzenia wykonawcze podpisane w styczniu 2025 roku opisują nieudokumentowaną migrację jako „inwazję na wielką skalę”, „bezprecedensowy napływ nielegalnych cudzoziemców” i „poważne zagrożenie” dla państwa. Granica zostaje przedstawiona jako przestrzeń nadzwyczajnego zagrożenia, obrony terytorialnej i wsparcia wojskowego. Inne rozporządzenie, zatytułowane „Protecting the American People Against Invasion”, łączy egzekwowanie prawa imigracyjnego z bezpieczeństwem narodowym, bezpieczeństwem publicznym oraz dobrobytem ekonomicznym Amerykanów.
Strona Aliens.gov tłumaczy tę oficjalną gramatykę na inny język. Rozporządzenia dostarczają doktryny. Strona internetowa dostarcza spektaklu.
To, co w języku aktów prawnych pojawia się jako stan zagrożenia, suwerenność i egzekwowanie prawa, na stronie przybiera formę wiralowej rozrywki politycznej. To dyskurs polityczny przeprojektowany na potrzeby cyfrowej gospodarki uwagi.
Dlatego znaczenie ma również łatwość udostępniania tej strony. Wiralowość nie jest czymś oddzielnym od ideologii – jest jednym ze sposobów jej rozprzestrzeniania. Strona pożycza atrakcyjność kultury UFO, a następnie przykleja ją do zatrzymań, zgłoszeń i deportacji. Staje się ich oficjalnym interfejsem.
„Oni chodzą wśród nas”
„Oni chodzą wśród nas” to zdanie, które zmienia żart w ostrzeżenie. Jego siła bierze się ze słowa „wśród”. Wyobrażone zagrożenie nie nadchodzi już z zewnątrz – ono znajduje się wewnątrz codziennej przestrzeni życia narodowego. Może być na ulicy, w pracy, za ścianą, w tłumie. Zdanie buduje poczucie niepokojącej bliskości.
W czterech słowach tworzy też wspólnotę polityczną. Jest „oni” i jesteśmy „my”. „My” nie zostaje zdefiniowane, bo nie musi. To domyślna wspólnota narodowa: niewinna, zagrożona, do której kierowany jest przekaz i która ma prawo oczekiwać ochrony. „Oni” są fizycznie obecni, ale symbolicznie wykluczeni. Są wystarczająco blisko, by się ich bać, ale nigdy wystarczająco blisko, by mogli należeć do wspólnoty.
To klasyczna gramatyka „innego”. Jak pokazuje Teun van Dijk w swoich badaniach nad ideologią i dyskursem, język polityczny często porządkuje świat przez podkreślanie zalet „nas” i zagrożeń związanych z „nimi”. Z kolei Ruth Wodak w swoich pracach nad polityką strachu pokazuje, że opozycja ta staje się szczególnie silna, gdy określoną grupę czyni się kozłem ofiarnym zbiorowych lęków. Strona Białego Domu wykonuje tę operację z wyjątkową skutecznością wizualną: jednocześnie nazywa grupę obcą i uczy grupę własną, by jej szukała i na nią donosiła.
Cicha przemoc słowa „to”
Jedno z najbardziej wymownych zdań na stronie brzmi: „Obcy jest w dobrych rękach. Zajmiemy się nim… i bezpiecznie odeślemy go do miejsca pochodzenia”. W oryginale zdanie brzmi niemal łagodnie: „in good hands”, „take care”, „safely”. To słowa kojarzone z ochroną. Ale gramatyka opowiada inną historię. „Alien” zostaje określony jako it. W języku angielskim zaimka it używa się wobec przedmiotów, abstrakcji, w pewnych kontekstach zwierząt i istot nieludzkich. Na stronie zbudowanej wokół obrazowania rodem z opowieści o kosmitach zaimek przenosi tę fikcję także na poziom gramatyczny. Osoba nie jest „on”, „ona” ani „oni”. Staje się „tym”.
Sformułowanie „bezpiecznie odesłać do miejsca pochodzenia” zastępuje biografię pochodzeniem. Nie ma domu, rodziny, strachu, roszczenia prawnego, wspólnoty ani historii. Jest tylko miejsce pochodzenia, do którego można odesłać obiekt.
To nie jest głośna przemoc obelgi. To cichsza przemoc administracyjnego uprzedmiotowienia. Usunięcie zostaje przedstawione jako troska. Deportacja brzmi jak bezpieczne obchodzenie się z przedmiotem. Państwo jawi się jako spokojne, niemal życzliwe, podczas gdy człowiek zostaje zredukowany gramatycznie.
Mapa i tworzenie obywatelskiego patrolu sąsiedzkiego
Jednym z najbardziej brzemiennych w skutki elementów strony jest Alien Arrest Map – mapa zatrzymań „obcych”.
Mapy mają cichy autorytet. Wydają się rzeczowe, niemal samoobjaśniające. W tym przypadku mapa nie pokazuje tras migracji, wzorców zatrudnienia, wniosków azylowych, rozdzielania rodzin, zaległości sądowych czy życia lokalnych społeczności. Pokazuje zatrzymania. Nieudokumentowany migrant pojawia się w polu widzenia dopiero w momencie interwencji służb.
Człowiek staje się więc punktem. Życie – lokalizacją. Sytuacja prawna – śladem na pulpicie danych.
Strona idzie jednak dalej, odsyłając do infolinii ICE, na której użytkownicy mogą zgłaszać „podejrzanych obcych”. Zmienia to rolę odbiorcy. Nie jest już tylko adresatem rządowego komunikatu. Zostaje zaproszony do roli informatora.
Słowo „podejrzany” jest niezwykle pojemne. Większość ludzi nie jest w stanie rozpoznać czyjegoś statusu migracyjnego po wyglądzie. Podejrzenie może zostać powiązane z akcentem, językiem, kolorem skóry, miejscem pracy, dzielnicą, ubraniem, sposobem poruszania się albo po prostu z wrażeniem obcości. Strona tego rodzaju może sprawić, że podejrzliwość zacznie być postrzegana jako forma obywatelskiego zaangażowania.
To najpoważniejszy polityczny skutek tego interfejsu. Włącza spojrzenie obywateli do aparatu egzekwowania prawa, budując jednocześnie sposób postrzegania świata, w którym deportacja zaczyna wydawać się czymś oczywistym. Stary język wykluczenia zostaje przedstawiony jako nowoczesny, klikalny i oficjalny. Kiedy człowiek zostanie przeprojektowany jako „obca obecność”, jego usunięcie może wyglądać już nie jak decyzja polityczna, lecz jak zdrowy rozsądek.
Od nielegalności do inwazji
Ostatnim etapem retorycznym strony jest przejście od „obcego” do „najeźdźcy”. Strona oznajmia, że ci „obcy” są „nielegalni” i „najechali” kraj. Gdy nieudokumentowaną migrację opisuje się jako inwazję, zmienia się cały sposób politycznego myślenia.
Można dyskutować o polityce wobec nieudokumentowanych migrantów: o prawie do rzetelnej procedury, zarządzaniu granicą, azylu, pracy, legalizacji pobytu, detencji, deportacji, jedności rodzin czy lokalnej gospodarce. Ale „inwazja” należy do innego rejestru. Inwazją się nie zarządza – inwazję się odpiera.
W ten sposób strach staje się logiką polityki. Strona nie tylko przedstawia „obcych” jako zagrożenie dla „każdej amerykańskiej rodziny, każdej społeczności i przyszłości naszego narodu”. Buduje też obraz Donalda Trumpa jako człowieka, który pierwszy dostrzegł zagrożenie: „Prezydent Trump jako pierwszy nazwał prawdziwe niebezpieczeństwo, jakie stanowią obcy”.
Powstaje znajoma narracja o wybawieniu: istnieje ukryte zagrożenie, bezbronni ludzie, przywódca, który ma odwagę je nazwać, oraz usunięcie przedstawione jako ochrona.
Strona kondensuje całą politykę do krótkiej sekwencji. Najpierw nieudokumentowani migranci zostają uczynieni obcymi poprzez figurę kosmity. Następnie zostają przybliżeni poprzez zdanie „oni chodzą wśród nas”. Potem stają się widoczni dzięki mapie. Następnie można ich zgłaszać poprzez odsyłacz do ICE.
Na końcu zostają nazwani najeźdźcami, a rozwiązanie brzmi: „Deportować ich wszystkich”.
Artykuł ‘They walk among us.’ The White House’s Aliens page and the dehumanisation of undocumented migrants ukazał się w serwisie The Conversation.
Wiralowość nie jest czymś oddzielnym od ideologii – jest jednym ze sposobów jej rozprzestrzeniania. Strona pożycza atrakcyjność kultury UFO, a następnie przykleja ją do zatrzymań, zgłoszeń i deportacji. Staje się ich oficjalnym interfejsem.
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Drenaż czy zysk? Gdzie naprawdę trafiają zyski z migracji
Drenaż czy zysk? Gdzie naprawdę trafiają zyski z migracji Przejdź do publikacji: Drenaż czy zysk? Gdzie naprawdę trafiają zyski z migracji
Przejdź do publikacji: Gospodarki USA i Europy silnie zależą od imigrantów. Dane pokazują, jak bardzo
Gospodarki USA i Europy silnie zależą od imigrantów. Dane pokazują, jak bardzo Przejdź do publikacji: Gospodarki USA i Europy silnie zależą od imigrantów. Dane pokazują, jak bardzo
Przejdź do publikacji: Jak mówić o wspólnocie, która nie mieści się w granicach kraju ani epoki