Czytasz artykuł w trybie offline
Prawie Zachód. Dlaczego lata 90. wciąż są z nami
Ostatni dzień handlu na koronie Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie, 30 września 2007 r. Fot. masti/Wikimedia Commons, CC BY 3.0.
Na początku lat 90. Zachód był dla Polaków przede wszystkim wyobrażeniem: obietnicą normalności, dobrobytu i wolności. Kilkanaście lat później Polska należała już do NATO i Unii Europejskiej, ale droga między tymi punktami oznaczała zarówno gwałtowny awans, jak i poczucie upokorzenia oraz utraty bezpieczeństwa. Michał Przeperski, historyk z Instytutu Historii PAN i rzecznik Muzeum Historii Polski, w książce „Prawie Zachód” opisuje okres, w którym ukształtowała się dzisiejsza Polska
Academia: Czym w latach 90. był Zachód dla Polaków?
Michał Przeperski: Zachód początku lat 90. jest wielkim marzeniem. Myślę, że również ogromną iluzją: czymś nieznanym, raczej wyobrażonym niż realnym. Mniej więcej około 2005 roku staje się natomiast rzeczywistością, w której zaczynamy funkcjonować. Jesteśmy już w Unii Europejskiej, wcześniej weszliśmy do NATO. Od czegoś, o czym fantazjujemy, przechodzimy do czegoś bardzo realnego, co sami współtworzymy.
Przez większość tego okresu trwa dostosowywanie się i pogoń za pewnym wyobrażeniem. Polska jest w latach 90. takim właśnie “prawie Zachodem”, przynajmniej w oczach samych Polaków. Mamy poczucie, że nie jesteśmy Zachodem, choć bardzo chcielibyśmy nim być.
Jeszcze w latach 80. cytowany przeze mnie Marcin Król mówił, że w Polsce ma być “normalnie, czyli tak jak na Zachodzie”. Tylko że nawet jeśli wiedział, jak wyglądają francuskie elity, to czy wiedział, jak wygląda codzienność w zachodnich dzielnicach robotniczych albo imigranckich? To już znacznie mniej oczywiste.
Jest też druga perspektywa. W jednym z rozdziałów próbuję spojrzeć na Polskę zza naszej wschodniej granicy. I stamtąd Polska lat 90. jest już zdecydowanie bardziej Zachodem, niż wydaje się samym Polakom. To napięcie jest dla mnie fascynujące.
Czy lata 90. wyglądały podobnie w całej Polsce?
Próbuję stworzyć wspólną narrację dla całego kraju, oczywiście ze świadomością, że może być wspólna tylko na bardzo ogólnym poziomie. W tych szerokich ramach mieszczą się miliony indywidualnych historii.
Czy mówimy o PGR-ze, wsi przeżywającej trudności, bogatej wsi, miasteczku, które na transformacji skorzystało albo przeciwnie – znalazło się w głębokim kryzysie – czy wreszcie o dużym mieście, pewne ramy pozostają podobne.
Najważniejsze wspólne doświadczenie polega na tym, że wszyscy chcą, żeby było jak na Zachodzie. Nawet dotychczasowi gorliwi komuniści. Jeśli ktoś marzy o biznesie, to nie po to, żeby zarabiać na czynsz, tylko żeby mieć miliony. Jeśli chce zrobić karierę, to ogromną. Jeśli ubrania mają być kolorowe, to od razu bardzo jaskrawe. Tak wygląda pierwszy moment zachłyśnięcia się nowymi możliwościami.
Potem przychodzi urealnienie. U jednych bardzo szybko, u innych znacznie później. Staram się pokazać ten proces z perspektywy kobiet i mężczyzn, starszych i młodszych, mieszkańców wsi i wielkich miast. Powstaje z tego mozaika opowieści o długich latach 90. I mam poczucie, że takiej opowieści o Polsce tego okresu jeszcze nie było.
Gdzie zaczynają się i kończą „długie lata dziewięćdziesiąte”?
Historia społeczna trudno poddaje się takim cezurom, więc pożyczam je z historii politycznej. To do pewnego stopnia zabieg umowny, ale pozwala zakończyć spór o daty i zająć się właściwą analizą.
Dla mnie długie lata 90. zaczynają się w 1990 roku. Puryści powiedzą oczywiście, że to ostatni rok poprzedniej dekady. Odpuśćmy sobie. Wtedy rusza plan Balcerowicza, a to bardzo mocna cezura polityczna i ekonomiczna.
Trudniej wyznaczyć koniec. Umownie umieszczam go gdzieś między 1 maja 2004 roku, czyli wejściem Polski do Unii Europejskiej, a 24 lipca 2006 i powołaniem Centralnego Biura Antykorupcyjnego. CBA okazało się jedyną trwałą instytucją niedoszłej Czwartej Rzeczypospolitej. Nie mam tu na myśli wyłącznie projektu politycznego Prawa i Sprawiedliwości, lecz szersze przekonanie, że potrzebny jest kolejny krok w rozwoju polskiej państwowości: uporządkowanie ustroju, być może nowa konstytucja. To się nie wydarzyło.
Okolice lat 2004–2006 stanowią więc wyraźną cezurę polityczną, gospodarczą i społeczną. Następuje choćby gwałtowny wzrost emigracji po wejściu do Unii. Mam głębokie przekonanie, że okres od początku lat 90. do mniej więcej 2005–2006 roku jest odrębnym, zamkniętym etapem najnowszej historii Polski.
Co zmieniało się najszybciej, a co najwolniej?
Zdecydowanie najszybciej zmieniały się oczekiwania. Kiedy Polska Ludowa odeszła w cień, pojawiło się ogromne przekonanie, że teraz będzie inaczej, będzie lepiej i właściwie wszystko poprawi się od razu.
Ostrzeżeń, że nie należy oczekiwać tak gwałtownej poprawy, specjalnie nie słuchano. Znakomita większość z nas była przekonana, że zmiany nastąpią błyskawicznie i będą zmianami na dobre. To był swoisty optymizm – nie tyle konsumencki, ile może obywatelski. I ten optymizm bardzo szybko zderzył się ze ścianą.
Widać to w badaniach nastrojów społecznych: już wiosną 1990 roku zaczynają dramatycznie spadać i właściwie przez całe długie lata 90. nie osiągając wysokiego poziomu. Zdarzają się momenty ulgi, na przykład około 1993–1994 roku. Potem przychodzą kolejne problemy gospodarcze i ponowny spadek optymizmu. A w 2003 roku mamy około 20-procentowe bezrobocie. Do Unii Europejskiej w gruncie rzeczy się czołgamy. Dziś warto sobie przypomnieć, jak niebywale trudny był okres bezpośrednio poprzedzający akcesję.
Wolniej zmieniały się instytucje i prawo, choć pod koniec lat 90. i na przełomie wieków proces ten mocno przyspieszył, przede wszystkim pod wpływem przygotowań do członkostwa w Unii. Wtedy następuje bardzo głęboka zmiana państwa. Jeśli spojrzymy choćby na skalę korupcji w państwach, które nie przeszły podobnej drogi instytucjonalnej, lepiej widzimy, jak duża była nasza zmiana. Nie chodzi mi o żadną satysfakcję z cudzych problemów. Im silniejsze stawały się instytucje, tym trudniej było o korupcję. Oczywiście nie znaczy to, że mogła ona całkowicie zniknąć. Korupcja była zresztą w ówczesnym myśleniu kojarzona z istotą tego, co najgorsze w Polsce niedemokratycznej i zależnej: komunizm równa się korupcja. Czy słusznie? To już temat na inną rozmowę, a może kolejną książkę.
Dlaczego przemiany w Polsce zaszły szybciej niż w wielu innych krajach regionu?
Od razu przychodzą mi do głowy dwa czynniki. Pierwszy jest bardzo brutalny: Polska w 1990 roku jest po prostu bankrutem. A bankrut nie ma wielkiego wyboru i musi poddać się terapii. To może nie być odpowiedź, którą łatwo przyjąć, ale historyk nie może zapominać, że Polska jest wtedy krajem w gruncie rzeczy ekonomicznie niesuwerennym w wyniku polityki prowadzonej wcześniej przez rządy komunistyczne. Pod względem gospodarczym kończą one swoją historię katastrofą. Polska musi więc łykać kolejne bardzo gorzkie tabletki. Nie ma wielkiego pola do negocjacji.
Kiedy w 1991 roku Leszek Balcerowicz próbuje nieco skorygować politykę twardego monetaryzmu, Międzynarodowy Fundusz Walutowy grozi wstrzymaniem kolejnych transz kredytów. Gdyby do tego doszło, cały plan mógłby się załamać.
Ale jest też drugi czynnik: etos czegoś, co nazwałbym inteligencką rewolucją. Postawię tezę, że lata 1989–1993 są dogrywką rewolucji Solidarności z lat 1980–1981. To rewolucja wielka, dotycząca samego kośćca państwa i społeczeństwa, a zarazem inteligencka: obudowana etosem, pełna zawahań, w gruncie rzeczy miękka.
W książce widać to w wielu miejscach. Jerzy Baczyński mówi o odpowiedzialności za budowę nowego systemu medialnego, Wojciech Szczurek opowiada o ludziach Solidarności budujących samorząd. Nie chodzi tylko o Lecha Wałęsę i jego doradców. Ludzie Solidarności byli w całym kraju. Stanowili ogromny kapitał, którego żaden inny kraj przechodzący transformację nie miał w takiej postaci.
Czy można powiedzieć wprost, że dzięki nim zmiany w Polsce nastąpiły szybciej? Po chwili zastanowienia powiedziałbym, że tak. Idea Solidarności wydaje się dziś czymś, co dość szybko się wypaliło. Kiedy jednak spojrzymy uważniej, okazuje się, że wracała. Napędzała polską politykę na początku lat 90., potem w latach 1997-2001, a później także ideę Czwartej Rzeczypospolitej, która miała powstać, ale nie powstała.
Dla kogo jest „Prawie Zachód”?
Dla wszystkich, którzy zastanawiają się, dlaczego Polska jest dziś taka, jaka jest. I dla tych, których irytuje, że polskie podręczniki historii bardzo często właściwie kończą się na 1989 roku. Nie powinny się tam kończyć.
Długie lata 90. są już ewidentnie naszą historią. Historią złożoną, którą warto potraktować serio – nie jako kolorową pocztówkę czy jaskrawą kliszę Polaroida albo Fuji, ale jako coś, czemu trzeba przyjrzeć się na chłodno, w całej jego złożoności. Nie mam cienia wątpliwości, że właśnie w latach 90. tkwią korzenie zarówno tego, z czym dzisiaj się zmagamy, jak i tego, z czego się cieszymy.
Poniżej publikujemy fragment książki „Prawie Zachód”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Port.

Życie w likwidacji
Łódź była wspaniała, choć upadała. Kiedy oglądałem ją w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, godzinami spacerując po niej z matką, byłem zachwycony. Sklepy były większe niż te które znałem z rodzinnego miasta, a tramwaje miały znacznie dłuższe trasy. To co brałem za objawy bogactwa i światowości tego miasta – tak jak ruchome schody w domach handlowych Central czy Juventus – były jednak artefaktami z poprzedniej epoki. Z epoki, kiedy Łódź miała ponad 850 tys. mieszkańców i była stolicą polskiego włókiennictwa. A ja jestem wnukiem łódzkiej włókniarki.
Do 2006 r. miasto zdążyło utracić 90 tys. mieszkańców i znakomitą większość swojego niegdyś imponującego przemysłu. Pierwsze lata III RP niewiele przyniosły radości w mieście nad rzeką Łódką. Gdyby zabrać Łodzi piłkarzy, który trzykrotnie wywalczyli mistrzostwo Polski, bilans tego czasu byłby jeszcze mniej zachęcający. Zresztą fakt, że nad mistrzostwem ŁKS-u z sezonu 1997/1998 utrzymuje się aura korupcyjnych niejasności, a mistrzowski Widzew czasów Pawelca i Grajewskiego (1995/1996; 1996/1997) słynął z nieterminowego regulowania zobowiązań wobec piłkarzy wydaje się całkiem charakterystyczny. I jakoś pasujący do ówczesnej Łodzi.
Spójrzmy na te czasy oczami dwójki łódzkich robotników: Pani Janiny i Pana Marka.
Zakład pracy
Pani Janina, kilkadziesiąt lat przepracowała w Zakładach imienia Norberta Barlickiego, „Norbelana”. W magazynie części zamiennych. A zatem: kobieta-magazynier.
– Wydawałam części zamienne. Gdy maszyna się psuła, przychodził majster, mówił, czego potrzebuje. Trzeba było znaleźć odpowiedni numer na półkach, wyszukać część i wydać. Wszystko było ewidencjonowane. Z czasem połączyli wszystkie magazyny – części zamienne, inne działy – i wszystko było w jednym. I tak zostałam magazynierem do końca pracy.
A przecież maszyn we włókienniczej fabryce była cała masa.
– Była i tkalnia, i przędzalnia. A potem, jak już połączyli magazyny, to wydawałam właściwie wszystko: części, barwniki, odzież roboczą. Miałam do pomocy jednego pana. Tylko że ta praca z czasem zrobiła się niewdzięczna – magazyny były porozrzucane po całym terenie. Zimą trzeba było zakładać kufajkę i chodzić od jednego do drugiego. Później przeszłam jeszcze do magazynu surowca, już bliżej biura. Wełny. Surowiec do produkcji tkanin wełnianych, to szło na zgrzeblarnię.
Wcześniej o maszynach włókienniczych nie miała pojęcia.
– Dostałam tę pracę w końcu lat sześćdziesiątych. Trochę przez znajomości, bo nie byłam z Łodzi. Zameldowałam się w Aleksandrowie i dzięki temu przyjęli mnie na chwilę na produkcję – na jakiś czas, zanim zwolniło się miejsce w magazynie.
W przemyśle lekkim praca na produkcji była koszmarnie ciężka. Szczególnie zaś, praca kobiet na trzeciej zmianie.
– To była tragedia. Nie umiałam spać w dzień. Szło się na nocną zmianę – pierwsza, druga w nocy – człowiek przysypiał na siedząco, a maszyny chodziły. Bałam się ich strasznie. Były wielkie, nad głową, wszędzie hałas. Dopiero później, jak trafiłam do biura, to praca stała się do wytrzymania.
I tak było do chwili aż przyszła ona. Likwidacja. Łódzkie słowo-klucz lat dziewięćdziesiątych.
– Likwidowali fabryczne oddziały jeden po drugim. Co robili z częściami? Nowe, nieużywane… aż się płakać chciało. Brali młoty i rozbijali to wszystko na złom. Bo nikt nie chciał kupić, a złom już ktoś miał zakontraktowany.
Panią Janinę serce bolało.
– Przecież my te części wcześniej ściągaliśmy z różnych miejsc – z Bielska, skąd się tylko dało. Szukało się, zamawiało, pilnowało. A potem wszystko literalnie poszło pod młotek i do widzenia.
Pana Marka nie mniej.
– Maszyny na zgrzeblarni były jeszcze z początku XX wieku, z lat 20. i wcześniejszych. To była spuścizna po fabrykantach, w dużej mierze niemieckich. I to, że to wszystko zostało rozbite i zniszczone. Brało się to też z tego, że na tych maszynach nikt już nie chciał pracować.
– Przyszedł syndyk i zaczęły się zwolnienia. I to nie tak, że po jednej osobie – całe oddziały szły. Zostawiali dwóch–trzech ludzi, a reszta: do widzenia. Likwidacja była straszna.
Mieliśmy ambulatorium, lekarzy, stomatologów – wszystko było na miejscu. A potem to wszystko znikało, po kolei. Nie zostało nic.
Zakład pracy – to słowo klucz do zrozumienia Polski sprzed 1989 roku. Miejsce gdzie się pracuje i skąd przynosi się pieniądze. Zakład pracy dawał mieszkania i pożyczki. I dużo więcej. Nie zrozumiemy czym były lata dziewięćdziesiąte, jeśli nie zrozumiemy natury zakładów pracy.
– Ludzie byli życzliwi. Pamiętam, jak pracowałem na zmiany – w soboty do siedemnastej. I bywało tak, że o piętnastej szło się do majstra: „Szefie, robota zrobiona?”. „Zrobiona”. „No to daj przepustkę – skoczę po kaszankę i przyjadę do ciebie, żona coś przygotuje”.
I robiło się spotkanie.
– Mieliśmy kierownika, Marka – świetny człowiek. Atmosfera była taka, że można było podejść i zapytać: „Możemy iść do kina?”. „Ile chcecie?” – „Dwie godziny”. „Dobrze, ale zostaniecie przy miesięcznych sprawozdaniach”. I zostawaliśmy. Pisało się te raporty ręcznie, na długich arkuszach, ołówkiem kopiowym. Ja tu miałam od tego nawet zgrubienie na ręce. Ale jak trzeba było zostać po godzinach, to wszyscy zostawali.
W zakładzie pracy zacierała się granica pomiędzy tym co publiczne, a tym co prywatne.
– Było koleżeństwo. Mało tego, właściwie byliśmy jak rodzina. A potem zaczęli zwalniać i w końcu zwolnili wszystkich. Ja zostałam sama z kolegą i tak dociągnęliśmy prawie do samego końca.
To jeszcze nie była emerytura
–Można było przejść na zasiłek przedemerytalny i ja z tego skorzystałam. To był rok 1998.
A tak wyglądało to z perspektywy pana Marka.
– Do pewnego momentu pracowałem razem z żoną w Barlickim. A potem, w początku lat osiemdziesiątych dostałem propozycję od dyrektora do spraw produkcji, żeby przejść do innych zakładów – do „Dziewiątego Maja”. Tam szukali manipulanta.
Nazewnictwo jeszcze z dawnych czasów.
– Manipulant to człowiek, który zestawiał mieszanki wełniane – z nich powstawała przędza i tkaniny. Pamiętam zresztą taką sytuację: był u nas manipulant, pan Jachowicz. Przyszły nowe czasy, jakiś redaktor chciał z nim zrobić wywiad i pyta o zawód. „Manipulant” – słyszy. No i nici z rozmowy! Okazało się, że taki zawód „nie pasuje do nowej rzeczywistości”.
Na pierwszy rzut oka, brzmi jak wypis z dziennika Mrożka. Na drugi rzut oka, brzmi jak nieprzyjmowanie do wiadomości rzeczywistości, bo niebezpiecznie mało pasuje do naszych wyobrażeń. Szkic do portretu mediów z początku lat dziewięćdziesiątych.
– W Barlickim pracowałem od początku lat sześćdziesiątych. Zaczynałem od najniższych stanowisk –od przędzarza przy maszynie, po nastawiacza maszyn. I jako nastawiacz zostałem przeniesiony do działu manipulacji. Inna robota, inne pieniądze. Kiedy zmieniłem pracę w latach osiemdziesiątych od razu dostałem podwyżkę – dwa i pół tysiąca. W nowym miejscu pracy, Zakladach im. 9 maja pracowałem już do końca swojej kariery. Do 1996 roku.
Odszedł za porozumieniem stron.
– Stało się właściwie to samo, co u żony. Przychodzili kolejni dyrektorzy – czasem co trzy miesiące był nowy – i każdy robił swoje porządki. Roszady, zmiany, dokładanie obowiązków. Zajmowałem się normowaniem, byłem czymś w rodzaju kierownika dla ludzi którzy zaopatrywali wydziały w surowiec, który żona u siebie ewidencjonowała. Cały czas dokładali mi pracy, na zasadzie: „jeszcze zrób to, i jeszcze tamto”.
Optymalizacja stanowisk pracy, wariant łódzki.
– W pewnym momencie urosło to do takich rozmiarów, że powiedziałem: nie dam rady. I wtedy jeden z dyrektorów wezwał mnie na rozmowę i mówi: „Panie Marku, ma pan już swoje lata, możemy to załatwić tak, że przejdzie pan na zasiłek przedemerytalny”.
A zatem wszystko odbyło się bezkonfliktowo, w duchu właściwej latom dziewięćdziesiątym równości stron stosunku prawnego.
– W praktyce wyglądało to tak, że stawiali cię przed wyborem. Albo bierzesz na siebie robotę za pół zakładu, albo rozstajemy się „po ludzku”. Mówili: „nie będzie pan miał żadnej krzywdy, odejdzie pan za porozumieniem stron, dostanie pan zasiłek, wszystko będzie w porządku”. Czyli żadnego zwolnienia dyscyplinarnego, żadnych zarzutów, że coś zawaliłeś.
Wprost przeciwnie: to tylko elegancka „reorganizacja stanowiska”.
– Gdybym się nie zgodził, to by mi dokładali pracy i czekali. Aż w końcu bym się nie wywiązał – i wtedy mieliby podstawę, żeby mnie zwolnić już normalnie.
Dostał wtedy czterysta dwadzieścia złotych. Tyle wynosił wypłacany mu zasiłek przedemerytalny. Średnia krajowa w 1996 r. wynosiła 873 złote.
Cała Łódź przez to przechodziła. Cały przemysł włókienniczy był wtedy stawiany w stan likwidacji – zwolnienia, zamykanie zakładów.
–Kiedy zaczynałem pracę w zakładach Barlickiego, to był 1963 rok, pracowało tam około 1300 osób. Kiedy żona kończyła – było może tysiąc, a potem jeszcze mniej. Przez całe lata to się kurczyło, powoli, ale systematycznie.
– U nas pod koniec, jak już zaczęły się zwolnienia – po dwie, trzy osoby naraz – to przez trzy miesiące w zakładzie były właściwie same pożegnania. I dyrekcja też przychodziła.
Najbardziej paradoksalne imprezy polskich lat dziewięćdziesiątych.
– Jak ja odchodziłam, to upiekłam w domu ciasto. Marek wszystko przywiózł do zakładu, zostawił mnie tam…
– …i ja już miałem wychodzić. Wszyscy mnie znali, bo przepracowałem tam 22 lata. I jeden kolega, Zbyszek, mówi: „To pan nie zostaje?”. A ja: „Nie, to już jej święto, nie moje”.
Był akordeonista, była muzyka.
– Stoły się zestawiało, wszystko się sprzątało i zamieniało w jedną wielką salę. Nawet orkiestra była – grali, śpiewaliśmy, bawiliśmy się razem. Nikt się nie zastanawiał, czy wypada, czy nie wypada.
Odchodzisz z pracy, sytuacja jest niepewna. Przyszłość taka sobie.
– Jak wygląda taki moment? Trudno to tak nazwać jednym uczuciem. To się działo trochę siłą rozpędu. Szło się do jednego działu, żegnało, potem do drugiego.
I tak przez kilka tygodni.
– Przez trzy miesiące właściwie tylko to robiliśmy: „jutro robimy pożegnanie, pojutrze robimy pożegnanie”. I zaczynała się impreza. Było wszystko: golonki, śledzie, sałatki. Mieliśmy przecież stołówkę na terenie zakładu, kuchnię.
– Bywało, że Janka kazała mi kupić golonki, ja je przywoziłem, dziewczyny w kuchni piekły – i robił się prawdziwy bal. Naprawdę, bal na całego.
– To było dobre zakończenie. Nawet bardzo dobre.
Najważniejsze wspólne doświadczenie polega na tym, że wszyscy chcą, żeby było jak na Zachodzie. Nawet dotychczasowi gorliwi komuniści. Jeśli ktoś marzy o biznesie, to nie po to, żeby zarabiać na czynsz, tylko żeby mieć miliony. Jeśli chce zrobić karierę, to ogromną. Jeśli ubrania mają być kolorowe, to od razu bardzo jaskrawe. Tak wygląda pierwszy moment zachłyśnięcia się nowymi możliwościami.
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Andrzej Paczkowski (1938-2026)
Andrzej Paczkowski (1938-2026) Przejdź do publikacji: Andrzej Paczkowski (1938-2026)
Przejdź do publikacji: Bezimienne równanie. Uczony, którego nie wolno było cytować
Bezimienne równanie. Uczony, którego nie wolno było cytować Przejdź do publikacji: Bezimienne równanie. Uczony, którego nie wolno było cytować
Przejdź do publikacji: Cyfrowa Lalka PAN. Od powieści do projektu badawczego