Wersja beta aplikacji

Czytasz artykuł w trybie offline

Prof. Borkowska: Humanistyka potrzebuje programu jak najdalej od ministerstwa

Biblioteki pozostają jednym z najważniejszych miejsc pracy naukowców i studentów, choć coraz częściej uzupełniają tradycyjne księgozbiory o zasoby cyfrowe. Na zdjęciu biblioteka nauk ścisłych i inżynieryjnych na Uniwersytecie York w Toronto. Fot. Raysonho/Wikimedia Commons (CC0).

Narodowy Program Rozwoju Humanistyki miał finansować przedsięwzięcia, których nie da się zamknąć w zwykłym rytmie grantów: wielotomowe edycje, słowniki, projekty wymagające lat pracy. Prof. Grażyna Borkowska, pierwsza przewodnicząca Rady NPRH, mówi, że program był i jest  potrzebny w takiej lub innej formule, ale jego największa słabość pozostała ta sama: zależność od ministerstwa, niepewność wysokości środków do rozdysponowania i brak stabilnych reguł

Academia: Zacznijmy od podstaw. Kiedy powstawał Narodowy Program Rozwoju Humanistyki, jaka była jego podstawowa misja? Czego brakowało polskiej humanistyce, że trzeba było stworzyć osobny program?

Grażyna Borkowska: Brakowało źródeł finansowania nauki, zwłaszcza humanistyki. Równolegle z NPRH powstawało Narodowe Centrum Nauki, ale od początku zakładano, że NCN nie podejmie się finansowania długoletnich projektów humanistycznych. Środowisko humanistyczne, głosami swoich najwybitniejszych profesorów, wielokrotnie zwracało się do ministerstwa, konkretnie do minister Barbary Kudryckiej, z prośbą o uruchomienie osobnego źródła finansowania dla wieloletnich, właściwie permanentnie trwających  projektów badawczych, które byłoby otwarte na inne jeszcze zadania, np. edytorskie. NCN nie traktuje edycji źródłowych jako formy badań podstawowych.

Z początku chodziło więc o przedsięwzięcia składające się z wielu tomów, ważne i potrzebne, ale trudne do wpisania w standardowy tryb grantowy. Przykładem może być „Polski słownik biograficzny”, który wychodzi bez przerwy i wymaga stałych nakładów. O jego finansowanie zawsze trzeba było zabiegać. Chciano stworzyć mechanizm, który pozwoliłby uniknąć ciągłej walki o pieniądze.

Dołączyłam do grupy powołanej do tworzenia NPRH jako przedstawicielka Polskiej Akademii Nauk. Program zaczynał się od zera. Nie było wcześniejszych wzorców, więc trzeba było je tworzyć właściwie z dnia na dzień. Pewne rzeczy narzucało ministerstwo, ale paradoksalnie za czasów minister Kudryckiej swobody przyznane NPRH były duże, co nie znaczy, że nie musieliśmy wykonywać pewnych zadań bez przekonania. Np.Ministerstwo było przywiązane do idei wspierania  młodych naukowców; ten moduł pierwszej edycji NPRH się nie sprawdził. Bo to było jednak działanie w dużej mierze uruchomione na oko. W ogóle nie było wiadomo, jak zbudować tę instytucję ani kto w ministerstwie ma się zająć jej obsługą. Ministerstwo było tak samo nieprzygotowane, jak my. Przez pierwsze cztery lata działaliśmy bez podstawy cyfrowej wniosków. Projekty przychodziły fizycznie, a na posiedzenia przywożono je wózkiem widłowym. Rozdzielaliśmy je między siebie, czytaliśmy, dyskutowali i podejmowaliśmy decyzje. W takich warunkach nie dało się tej pracy znacząco przyspieszyć. Kiedy w 2011 roku odwiedził nas Profesor Michał Karoński, przewodniczący Rady Naukowej NCN, pierwszy i ostatni członek NCN, który traktował nas życzliwie i przyjaźnie, złapał się za głowę, że tak można pracować.NCN zmagał się i zmaga z problemami finansowymi, kadrowymi, lokalowymi; było ciasno i biednie. Położenie NPRH było kilkanaście pięter poniżej tamtych warunków.

Zostałam przewodniczącą Rady Naukowej pierwszej edycji NPRH właściwie przez przypadek. Starsi profesorowie, często mieszkający poza Warszawą, nie chcieli się tym zajmować, co było zrozumiałe. Z pewnością uległam fałszywym ambicjom, zaproponowano mi tę funkcję i ją przyjęłam. Pracowaliśmy praktycznie bez gratyfikacji. Dostawaliśmy kilkaset złotych za spotkanie. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z dwu problemów, które uczyniły moje położenie groteskowym: że Program organizacyjnie i prawnie nie ma wiele wspólnego ze strukturą NCN, że jest dość kłopotliwą agendą ministerstwa, że nie może funkcjonować właściwie, bo nie ma planu działania, bo ten plan się zmienia z każdą zmianą w ministerstwie. I drugi problem: nie wiedziałam, że będę musiała odpierać nieustające głosy krytyki ze strony przedstawicieli środowiska, które nie znało realiów, ale dobrze wiedziało, jak ulepszyć NPRH i jak nim kierować. Te głosy zanikły wraz z końcem mojej kadencji. Ich źródło nie przestaje mnie intrygować.. 

Prof. Grażyna Borkowska, fot. Tadeusz Poźniak

Mieliśmy natomiast do dyspozycji znaczące środki. Mogę mówić konkretnie o pierwszej edycji, bo później nie wiem, jakimi sumami dysponowali kolejni szefowie programu. Ministerstwo za czasów Barbary Kudryckiej było dość hojne. I co bardzo ważne, nie ingerowało w decyzje merytoryczne. Było opieszałe, bardzo późno podpisywano listę grantów przeznaczonych do finansowania, ale nie było korekt ani ideologicznych, ani żadnych innych. Później takie ingerencje zdarzały się częściej.

Minęło 15 lat. Czy z tej perspektywy NPRH spełnił początkowe założenia?

Ocena musi być pozytywna, bo poza NPRH ludzie uprawiający w Polsce humanistykę właściwie nie mają porównywalnego źródła finansowania. Bez tego programu byłoby nam znacznie trudniej realizować wiele zadań. Ale jestem też pewna, że środowisko humanistyczne powinno zabiegać o program inaczej usytuowany. Jego podstawowa cecha powinna brzmieć: jak najdalej od ministerstwa.

Nie dlatego, że ministerstwo nas źle traktuje. Chodzi o zasadę. Programy grantowe nie powinny być przyznawane w otoczeniu ministerialnym, bo zawsze istnieje możliwość ingerencji. Dziś może nie są one stosowane, ale wcześniej były i wiązały się nawet z rozwiązaniem jednej z edycji programu. Najważniejsze jest to, że to ministerstwo cały czas decyduje o kształcie NPRH. A nie jego Rada Naukowa. Formuła używana przez Przewodniczącego Rady w 1.osobie liczby mnogiej (zadecydowaliśmy, podjęliśmy decyzję) stanowi wyraz czystej kurtuazji.

W ostatnich tygodniach  widać to bardzo wyraźnie. Skrócono czas trwania grantów do trzech lat. Tymczasem założyciele programu uważali, że nawet pięć lat to za mało dla zadań stojących przed NPRH. Ograniczono też maksymalne środki na grant. Wcześniej było to, o ile pamiętam, około 1,8 mln złotych, teraz mówi się o 1,4 mln. Nie sądzę, żeby to były decyzje wynikające z inicjatywy Rady NPRH.

Czy to znaczy, że NPRH się nie sprawdził? Nie. Program przyniósł wiele dobrego, bez niego nie byłoby pieniędzy na projekty, które nie mieszczą się w modelu NCN. Narodowe Centrum Nauki wymaga innowacyjności, w związku z tym także w projektach filologicznych, historycznych nagradza konstrukcje, które mają zapewne komponent nowości, ale nie zawsze rozwiązują istotne problemy. Humanistyka ma inną perspektywę badawczą, inny stosunek do czasu i metodologii. Jej metody nie zmieniają się w takim tempie jak w naukach ścisłych i nie powinny się w takim tempie zmieniać.

Wspominałam już o tym: NCN nie finansuje na przykład projektów edytorskich, uznając je za nieinnowacyjne. Moim zdaniem to błąd perspektywy i przejaw lekceważenia naszego środowiska. Jednocześnie trzeba uczciwie powiedzieć, że NCN jest dobrze działającą, niezależną agencją. Ma harmonogram działań, który wpływa stabilizująco na środowisko naukowe. Budzi zaufanie. Czy zatem słusznie broni swoich murów przed badaczami kultury, języka, literatury? Czasami wykazuje zachowania aroganckie wobec nich i wobec instytucji, które zgłaszają do NCN-u potrzeby pewnego przemodelowania Centrum.

NPRH działa natomiast w sytuacji stałej niepewności. Nigdy nie wiadomo, jakie będą pieniądze do podziału w danym konkursie, kiedy konkurs kolejnej edycji zostanie ogłoszony i ile tygodni lub miesięcy zostanie dane nam na przygotowanie wniosków.  Dlatego dziwię się, że środowisko humanistyczne nie zabiega o rozwiązanie podobne do NCN. Jakby się bało,  – jak pisał Profesor Andrzej Białas w przedwakacyjnym numerze “Pauzy Akademickiej” na inny temat – że zostanie potraktowane jak żona rybaka z bajki o złotej rybce. 

Gdyby trzeba było wyjaśnić komuś spoza humanistyki, dlaczego nie mieści się ona dobrze w modelu NCN, gdzie leży główna różnica?

W konieczności podejmowania i w trwałości pewnych zadań. Są projekty, które po prostu muszą być realizowane. To słowniki, wielotomowe edycje, opracowania źródeł, przedsięwzięcia wymagające wielu lat pracy. One nie zawsze wyglądają efektownie w formularzu grantowym, ale są podstawą całych dziedzin badań. Dobrym przykładem jest edytorstwo. Współczesne edycje dzieł klasycznych nie polegają już wyłącznie na ustaleniu najlepszej wersji tekstu i oczyszczeniu go z błędów poprzednich edytorów. Coraz częściej służą także badaniu procesu twórczego. To żywy i nowoczesny dział humanistyki, choć z zewnątrz może wyglądać tradycyjnie.

Humanistyka inaczej rozumie też innowacyjność. Nie polega ona na odrzuceniu tego, co było wcześniej. Budujemy na tym, co zostało już odkryte i wprowadzone do obiegu naukowego. Dlatego metoda hermeneutycznego budowania na już zbudowanym ma tu inne znaczenie niż w wielu naukach ścisłych.

Jest jeszcze kwestia języka. Badania nad dziełami sztuki, literaturą czy dokumentami dotyczącymi naszej historii powinny być prowadzone w języku tych dokumentów. W przypadku polskiej literatury jest to język polski. Oczywiście o Kochanowskim można pisać po angielsku i takie prace powstają, ale rozwinięte i zaawansowane badania muszą powstawać po polsku. Teraz trwa edycja dzieł Kochanowskiego, projekt bardzo trudny, zainicjowany w latach 50. Nie wyobrażam sobie, żeby mógł być prowadzony inaczej niż w języku narodowym. Kogo interesują niuanse mrówczej pracy poza badaczami polskimi lub znającymi dobrze język polski?

Nie wiem, czy we Francji wymaga się, by badania nad Victorem Hugo koniecznie odbywały się po angielsku. Wydaje mi się, że nikomu nie przyszłoby to do głowy. U nas wciąż działa poczucie peryferyjności i przekonanie, że do nauki światowej można dołączyć tylko przez angielszczyznę. To częściowo zrozumiałe, bo polski nie jest językiem szeroko znanym, ale badacze zagraniczni zainteresowani polską literaturą zwykle znają język i mogą uczestniczyć w  badaniach prowadzonych po polsku.

Walka o język rodzimy, o której myślałam, że zaczęła się w renesansie, a skończyła w oświeceniu, trwa nadal. Nadal aktualne jest pytanie, w jakim języku prowadzić badania i w jakim języku ogłaszać ich wyniki. Ale to nie są problemy, które winny powracać w każdej dyskusji na temat polskiej humanistyki.

Gdyby dziś dostała pani propozycję z Ministerstwa Nauki przeprojektowania sposobu finansowania badań humanistycznych, od czego należałoby zacząć?

Od niezależności. To musi być instytucja, która kieruje się wyłącznie względami merytorycznymi, nie ideologicznymi. Podstawą powinien być wysoki poziom wymagań, ale także stabilne reguły działania, od nienaruszalnego harmonogramu wyznaczonego na kilka najbliższych lat po zróżnicowany zespół recenzentów, nie tylko krajowych i nie wyłącznie zagranicznych. Nastawienie NCN na pozyskiwanie recenzji ze świata (ok. 97%) i tylko stamtąd – to nie potrzeba, ale maniera, upór hegemona.

Druga sprawa to jasna informacja o wysokości funduszy przeznaczonych na realizację Programu. Oczywiście zależy nam na większych środkach, ale najważniejsze jest to, żeby przed oceną projektów wiedzieć, jaka suma jest do dyspozycji. Bez tego nie da się odpowiedzialnie planować konkursu. W ogóle przejrzystość informacyjna jest jedną z podstaw wszelkich konkursów. Teraz, dokładnie w tej chwili, nie wiemy, kiedy zostanie ogłoszony konkurs NPRH. Środowisko usiłuje zdobyć tę wiedzę różnymi kanałami.Tak nie powinno się dziać. Informacje o konkursach powinny być z góry znane, podawane z dużym wyprzedzeniem do wiadomości publicznej.

Zwróciłabym się też do środowiska z apelem o rzetelne przygotowywanie recenzji. NPRH, tak jak inne programy, pracuje na podstawie recenzji. To właśnie ten etap często trwa najdłużej. Wiele osób zwleka, odmawia albo zgadza się przygotować recenzję, a potem jej nie przysyła. To paraliżuje proces aplikacji. Potrzebna byłaby mobilizacja po obu stronach.

Gdzie jest dziś polska humanistyka w porównaniu z tym, gdzie była piętnaście lat temu?

Bardzo się unowocześniła, nie tylko dzięki narzędziom cyfrowym. Biegnie równolegle z humanistyką światową, choć z pewnym poślizgiem. Wyjątkiem od tej reguły są być może badania nad nowomową i językiem ideologicznym, gdzie wkład polskich humanistów, zwłaszcza prof. Michała Głowińskiego, jest rzeczywiście ogromny. Być może podobną rolę odgrywają badania nad Zagładą. W obu tych przypadkach nie myślę o teoriach czy sformułowaniu perspektyw badawczych, bo te już były, ale o ich szerokim materiałowo rozwinięciu, które tutaj, w Polsce wymagało pewnej odwagi i determinacji.

Korzystamy z tego, co nauka światowa, głównie europejska, nam oferuje. Działamy w unowocześnionym paradygmacie, nawet jeśli jest to tradycyjna historia literatury. Bardzo rozwinęło się edytorstwo i wzięło na siebie część zadań historyków literatury. Myślę, że niepotrzebnie, ale takie były wskazania the new philology. Niezależnie od tego, czy robią to edytorzy, historycy edytorstwa czy historycy z kompetencjami edytorskimi, kierunki na nowo pojętej filologii są rozwijane.

Polska humanistyka nie wypracowała, my nie wypracowaliśmy koncepcji, które stanowiłyby naszą markę, które byłyby rozpoznawalne jako nasz projekt i obszar badań, które byłyby rozwijane przez środowiska naukowe w świecie. Teraz i wcześniej idziemy za innymi. Może kiedyś to się zmieni. Warunki tej zmiany to wielki temat na inną rozmowę.

Prof. dr hab. Grażyna Borkowska jest historyczką literatury, profesorką nauk humanistycznych, pracowniczką Instytutu Badań Literackich PAN i członkinią rzeczywistą Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się historią literatury polskiej od XIX wieku do współczesności, teorią literatury i krytyką feministyczną. Jest redaktorką naczelną „Pamiętnika Literackiego”, wieloletnią współpracowniczką „Res Publiki Nowej” i autorką książek poświęconych m.in. prozie kobiecej, pozytywizmowi, Marii Dąbrowskiej, Stanisławowi Stempowskiemu i Halinie Poświatowskiej.

Kategorie

Eksploruj

Ustawienia

Przejdź do treści