Prof. Jajszczyk o habilitacji: W obecnej formie to nie ma sensu
Habilitacja w Polsce, obok tytułu profesora, jest ważnym elementem formalnej hierarchiczności naszego systemu akademickiego i jest zupełnie niedopasowana do szybko zmieniającej się w naszych czasach rzeczywistości
Andrzej Jajszczyk
Ten tekst stanowi element dwugłosu o habilitacji. Drugi, autorstwa prof. Dariusza Jemielniaka, można przeczytać tutaj
Oczywiście niezależnie od istnienia jakichkolwiek stopni hierarchia uczonych jest faktem – są po prostu uczeni wybitni, przeciętni i słabi, ale ten rodzaj hierarchii ma obecnie nikły związek z obowiązującą hierarchią formalną.
Habilitacja spowalnia uzyskiwanie samodzielności naukowej, utrudnia młodym badaczom tworzenie zespołów, jest przeszkodą zarówno w mobilności między jednostkami naukowymi, jak i między nauką i gospodarką. Zupełnie niepotrzebnie angażuje siły i środki wielu osób oraz instytucji. Już od dawna stopień doktora habilitowanego ma niewielki związek z jakością badań uprawianych przez legitymujących się nim naukowców, dając jednocześnie niektórym z jego posiadaczy złudne poczucie wielkości.
Jakkolwiek habilitacja istnieje nadal w niektórych krajach zachodnioeuropejskich, jej praktyczne znaczenie systematycznie spada, a kariera naukowa jest możliwa bez jej uzyskania. Część zwolenników habilitacji uważa, że jej ekwiwalentem w USA jest mechanizm tenure. Różnica między wspomnianym mechanizmem a naszą habilitacją jest jednak zasadnicza. Ten pierwszy ma charakter lokalny, reguły ustala sam uniwersytet, a pozycja tenure nie może być po prostu przeniesiona do innej uczelni. Nie jest tu także potrzebna jakakolwiek centralna komisja czy rada doskonałości.
Jestem gotów zgodzić się, że jeżeli w którejś ze szkół wyższych istnieje przemożna chęć utrzymania habilitacji, potwierdzającej zdolności kandydata bądź kandydatki do samodzielnej opieki nad doktorantami i prowadzenia wykładów, niech uczelnia sobie taki stopień nadaje, według własnych reguł. Tak to zresztą działało w Polsce przed wojną. Oczywiście taka „habilitacja” przyznana w wyższej szkole gotowania na gazie nie będzie miała żadnego praktycznego znaczenia poza jej murami, a „habilitacja” Uniwersytetu Warszawskiego może stanowić argument za przyjęciem kogoś do pracy w uczelni mniej renomowanej.
Wertykalność systemu awansowego nie jest problemem wśród prawdziwych uczonych, dla których i tak zawsze liczyły się i liczą autentyczne osiągnięcia ich koleżanek i kolegów, ale – bądźmy szczerzy – w niektórych jednostkach przybiera nieznośne formy i często przekłada się na większe i mniejsze przywileje, związane na przykład z przydzielaniem zajęć dydaktycznych czy prawami dostępu do różnych uczelnianych bądź instytutowych zasobów. Utrudnia także niekiedy otwarte krytykowanie osób stojących wyżej w formalnej hierarchii z obawy o ich potencjalny negatywny wpływ w przyszłych procedurach awansowych.
Niektórzy twierdzą, że habilitacja jest niezbędna jako coś w rodzaju egzaminu mistrzowskiego. Moim zdaniem, takim egzaminem powinien być rzetelny konkurs na stanowisko, na które dana jednostka naukowa zatrudnia osobę ze stopniem doktora. Jeżeli jest to stanowisko profesorskie, to elementem oceny w konkursie powinny być zdolności kandydata bądź kandydatki do samodzielnej opieki nad doktorantami. Wiara, że takiej oceny dokona się lepiej, korzystając z nadzorowanej centralnie procedury jest nieuzasadniona. Pojawiają się także argumenty, że centralna kontrola procesu habilitacyjnego zapewnia unifikację wymagań, ale po pierwsze i tak to w praktyce nie działa, a po drugie należy się pogodzić z tym, że jakość jednostek, w których uprawia się naukę, jest bardzo zróżnicowana. Wygranie uczciwego konkursu i praca w bardzo dobrej jednostce naukowej jest swego rodzaju nobilitacją, nawet jeżeli nie wiąże się to z żadnym ozdobnym dokumentem.
Zniesienie habilitacji pozwoli na znaczne uproszczenie istniejących przepisów, w tym ustaw, które obecnie, niekiedy w skomplikowany sposób, opisują stosowanie wyjątków, na przykład wobec uczonych przybywających z zagranicy. Proces habilitacyjny pochłania znaczne ilości czasu na czynności administracyjne, odciągając uczonych od pracy naukowej i dydaktycznej. Często słyszy się głosy, że jest to problem wydumany, ponieważ dobry uczony, przedstawiając swój dorobek w postaci cyklu publikacji, potrzebuje zaledwie kilku dni na przygotowanie związanej z tym dokumentacji formalnej. Zapomina się jednak o czasie traconym następnie przez kierownika jednostki, dziekana, członków rad naukowych, członków odpowiednich komisji wydziałowych czy dyscyplinowych, recenzentów dorobku, a w końcu członków organów typu Rada Doskonałości Naukowej. Gdy spojrzymy na to w skali kraju, sumaryczna liczba straconych godzin jest już ogromna. Warto zauważyć, że większość zaangażowanych w te procedury osób będzie później wykonywać podobne czynności związane z konkursami na konkretne stanowiska.
Zwolennicy istnienia habilitacji podkreślają niekiedy, że jest to remedium na słabe doktoraty. To, moim zdaniem, argument całkowicie chybiony – sposobem na słabe doktoraty może być wyłącznie podniesienie ich poziomu, a nie jakiekolwiek protezy, w tym habilitacje.
Zniesienie habilitacji umożliwi wprowadzenie bardzo użytecznego i stosowanego z sukcesem, na przykład w Stanach Zjednoczonych, modelu kariery akademickiej, w którym o stanowiska profesora mogą ubiegać się osoby ze stopniem doktora i wieloletnim stażem zawodowym, na przykład w bankach, kancelariach prawnych, instytucjach kultury, przedsiębiorstwach czy jednostkach badawczych związanych z gospodarką. Łatwo sobie wyobrazić, jak nieocenione usługi uczelni i jej studentom może oddać taki doświadczony praktyk. Poza umożliwieniem wspomnianej tu mobilności międzysektorowej, brak habilitacji zwiększy także mobilność międzynarodową przez ułatwienie zatrudniania wybitnych uczonych z krajów, w których habilitacja nie jest obowiązkowa.
Podsumowując, habilitacja stanowi niepotrzebne już i kosztowne ogniwo kariery naukowej, a przypisywana jej, na ogół fałszywie, rola powinna być spełniana przez rzetelne konkursy na stanowiska, w których ocenia się aktualny dorobek kandydatów. Muszę przyznać, że zadziwia mnie przywiązanie do stopnia doktora habilitowanego w naszym kraju, tym bardziej że uważam znaczenie faktu istnienia bądź nieistnienia tego stopnia za marginalne, a sądzę, że główne przyczyny słabości uprawianej u nas nauki są zupełnie inne.
Uwaga: powyższy tekst jest kompilacją trzech moich wcześniejszych artykułów na ten temat.
A. Jajszczyk, „Naszym największym problemem nie jest habilitacja”, PAUza Akademicka, Nr 543, 4 lutego 2021, s. 1
A. Jajszczyk, „Habilitacja może zostać, ale inna”, PAUza Akademicka, nr 528, 22 października 2020, s. 1
A. Jajszczyk, „Kartagina i habilitacja nie powinny istnieć”, PAUza Akademicka, Nr 400, 2 listopada 2017, s. 2
Polecane:
-
Artykuł
Badanie obejmujące 2,5 mln dzieci: Paracetamol w ciąży nie zwiększa ryzyka autyzmu Przejdź do publikacji: Badanie obejmujące 2,5 mln dzieci: Paracetamol w ciąży nie zwiększa ryzyka autyzmu
-
Artykuł
Narodziny ognia. Archeolodzy cofają granice ludzkiej innowacji Przejdź do publikacji: Narodziny ognia. Archeolodzy cofają granice ludzkiej innowacji
-
Artykuł
Giganci sprzed stu tysięcy lat wracają do Warszawy Przejdź do publikacji: Giganci sprzed stu tysięcy lat wracają do Warszawy
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Prof. Jemielniak o habilitacji: Obrona europejskiego standardu przed polską kulturą narzekania
Prof. Jemielniak o habilitacji: Obrona europejskiego standardu przed polską kulturą narzekania Przejdź do publikacji: Prof. Jemielniak o habilitacji: Obrona europejskiego standardu przed polską kulturą narzekania
Przejdź do publikacji: Polska nauka starzeje się szybciej, niż się rozwija
Polska nauka starzeje się szybciej, niż się rozwija Przejdź do publikacji: Polska nauka starzeje się szybciej, niż się rozwija
Przejdź do publikacji: Biologia, sztuka i wolność twórcza. Niezwykła kolekcja Instytutu Nenckiego