Punkty, prestiż i polityka. Spór o system oceniania nauki
Nowy okres parametryzacyjny już się rozpoczął, ale jego reguły wciąż nie są w pełni znane. Wykaz czasopism pozostaje w dużej mierze niezmieniony, a środowisko akademickie funkcjonuje w warunkach niepewności. O tym, czym są punkty, dlaczego budzą emocje i czy rzeczywiście decydują o przyszłości jednostek naukowych rozmawiamy z dr hab. Adamem Gendźwiłłem, prof. ucz., z Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego
Na jakim etapie jesteśmy dziś, jeśli chodzi o dyskusję afiliacyjną, punktacyjną i parametryzacyjną?
Dr hab. Adam Gendźwiłł: Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego przygotowuje rozporządzenie w sprawie wykazu czasopism. Od czasu zmian wprowadzonych za ministra Przemysława Czarnka wykaz ten fundamentalnie się nie zmienił. Wprowadzono jedynie drobne korekty.
Nowy okres parametryzacyjny rozpoczął się w styczniu 2026 r., ale nowe zasady oceny wciąż nie są w pełni znane, wbrew wcześniejszym zapowiedziom płynącym z resortu nauki. Są jedynie nowe zapowiedzi, spotkania zdalne dla zainteresowanych i projekty, które nadal podlegają konsultacjom. Lista czasopism jest ważnym elementem całego systemu oceny jednostek i dyscyplin naukowych. Zwracam uwagę, że nie znamy ani jej ostatecznego kształtu ani tego , jak dokładnie ta lista będzie powstawać. Na stronach Rządowego Centrum Legislacji są tylko nieaktualne projekty rozporządzeń sprzed kilku miesięcy. W przestrzeni medialnej pojawiają się artykuły i wpisy w mediach społecznościowych, ale konkretnego nowego projektu rozporządzenia położonego na stole wciąż nie ma.
Jak taka niepewność wpływa na naukowców? Praca przecież trwa, ludzie przygotowują teksty.
Cykl publikacyjny jest bardzo długi i w różnych dziedzinach wygląda inaczej. Tam, gdzie konieczne jest planowanie badań empirycznych albo praca w większych zespołach, sam proces badawczy trwa miesiące, a czasem lata.
W najbardziej konkurencyjnych i ambitnych czasopismach również proces oceny publikacji zajmuje dużo czasu. Mamy do czynienia z długim „ping-pongiem” między autorami a recenzentami lub redakcją – dodatkowymi analizami, przepisywaniem fragmentów tekstu, uzupełnianiem danych, argumentacji. To wszystko trwa.
Dlatego wielu naukowców gdy angażuje się w taki proces, często w ogóle nie zwraca uwagi na listy czasopism punktowanych. Szczerze mówiąc, wydaje mi się to bardzo zdrowym podejściem – kierowanie się najlepszymi wzorcami środowiskowymi, niezależnymi od list, punktów czy impact factorów. Pod warunkiem że to nie będzie środowisko wyłącznie kolegów i koleżanek z korytarza własnej katedry czy instytutu. Myślę, że w każdej dyscyplinie socjalizacja sprawia, że badacze funkcjonujący w szerszym obiegu wiedzy doskonale się orientują, które pięć czy dziesięć czasopism jest najważniejszych. Jeśli ktoś ma coś naprawdę przełomowego, celuje właśnie tam.
Czym są punkty i dlaczego budzą tak duże emocje?
Ministerstwo dysponuje ograniczonymi środkami, które musi podzielić między wiele jednostek naukowych. Przyjęto więc system algorytmiczny: jednostki oceniane jako silniejsze naukowo otrzymują nieco więcej środków niż słabsze.
Aby to ustalić i przyznać jednostkom tzw. kategorie naukowe, zlicza się kilkuletni dorobek naukowy pracowników – granty, patenty publikacje, ocenia się wpływ na otoczenie. Ponieważ nikt nie jest w stanie przeczytać dziesiątek tysięcy tekstów, stosuje się zasadę „dziedziczenia prestiżu”. Publikacje w bardziej konkurencyjnych i częściej cytowanych czasopismach uznaje się za bardziej wartościowe.
Na podstawie wskaźników cytowań czasopisma – m.in. według wskaźników z bazy Scopus – otrzymują określoną liczbę punktów: od 200 dla najbardziej prestiżowych, przez 140 i 100, aż po 5 punktów dla najmniej znanych, nieobecnych w bazach czasopism. System ten stał się przedmiotem intensywnych interwencji politycznych, zwłaszcza w czasach ministra Przemysława Czarnka. Wówczas wiele polskich czasopism, w tym słabo widocznych międzynarodowo, awansowało do wysokich kategorii punktowych dzięki tzw. dosypkom punktów.
Nie oszukujmy się jednak, że lista jest zupełnie bez znaczenia: jednostki naukowe i osoby nimi kierujące próbują kształtować nawyki publikacyjne i patrzą na listę czasopism. Panuje przekonanie, że ma ona bardzo duży wpływ na przyznanie kategorii naukowej, a kategoria – na finansowanie. Moim zdaniem to przekonanie jest mocno przesadzone. Konstrukcja algorytmu finansowania jednostek w Polsce jest tak skomplikowana i jest w niej zaszytych tyle mechanizmów “konserwujących”, że zmiana kategorii dyscypliny nie ma aż tak kolosalnego wpływu na finansowanie. Bardziej chodzi o uprawnienia do nadawania stopni naukowych oraz o prestiż – choć mam poczucie, że to głównie taki wewnętrzny, polski prestiż.
Nie da się też ukryć, że w Polsce wielu naukowców jest zaangażowanych w prace wydawanych lokalnie czasopism naukowych, a mamy ich bardzo dużo, często wyłącznie polskojęzycznych. Te osoby są zainteresowane tym, by te czasopisma funkcjonowały i by istniały zachęty do publikowania w nich. Uważam, że stać nas na kilka dobrych czasopism po polsku, przynajmniej w każdej dyscyplinie nauk społecznych i humanistyki. Są obszary refleksji naukowej, w których powinniśmy ją prowadzić również po polsku. Ale ona nie może być substandardowa.
Problem polega na tym, że mamy w Polsce inflację czasopism. Jest ich po prostu za dużo, publikuje się w nich za dużo, czasem w tematach które nijak się mają do polskiej kultury, języka czy systemu prawnego. System zachęt bywa perwersyjny: promuje publikowanie dużej liczby tekstów – często powierzchownych – zamiast jednego czy dwóch naprawdę dobrych artykułów, które mogłyby trafić do najlepszych pism w danej dyscyplinie lub subdyscyplinie.
Czy to nie jest jednak problem globalny?
To zdecydowanie nie jest wyłącznie polski problem. Zjawisko znane jako salami slicing, czyli dzielenie wyników badań na jak najmniejsze części, występuje na całym świecie i próbuje się z nim walczyć.
Z mojej perspektywy kluczowe jest jednak to, by teksty były możliwie najwyższej jakości, były czytane przez najlepszych specjalistów i przechodziły przez jak najbardziej wymagające sito recenzenckie oraz redakcyjne. To ono współdecyduje o jakości publikowanych osiągnięć. Mam wrażenie, że nikt nie czyta tekstu tak wnikliwie jak dobrzy recenzenci.

Proces publikacyjny nie powinien polegać na jak najszybszym ulokowaniu artykułu, lecz na refleksji nad tym, co rzeczywiście udało się osiągnąć. Recenzja prowadzona w szerokiej, międzynarodowej społeczności badaczy – ludzi stosujących różne metody i pochodzących z różnych krajów, nie znających się, nie mających jakichś personalnych zaszłości, długów wdzięczności wobec siebie – jest po prostu lepsza jakościowo.
Mamy ograniczone grono osób władających językiem polskim i bardzo specjalistyczną tematykę badań, co sprawia, że redaktorzy często muszą dopasowywać recenzentów do tematyki tekstu w sposób daleki od ideału. Taki system sprzyja wsobności, a ta odbija się na jakości końcowego efektu. Jeśli zależy nam na tym, by autorzy z Polski publikowali coraz lepsze prace, muszą być oceniani przez kogoś więcej niż kolegów z korytarza.
Którędy powinniśmy pójść, by to zmienić?
Zamiast obrzucać się epitetami – kto jest globalistą, a kto lokalistą – warto zauważyć, że jest to dyskusja tocząca się na marginesie kluczowego problemu, jakim jest katastrofalne niedofinansowanie polskiej nauki. System został zaprojektowany tak, by istniejące jednostki mogły przetrwać, a nie po to, by produkować coraz lepszy dorobek naukowy.
Coraz wyraźniej artykułowana jest potrzeba znacznego uproszczenia systemu oceny jednostek i naukowców, skupienia się na ocenie jakościowej oraz na kilku najważniejszych publikacjach, a nie na ich liczbie. To moim zdaniem dobry kierunek, choć przyznaję, że jestem sceptyczny co do zdolności naszego środowiska do udzielania wartościowej informacji zwrotnej. Ta ocena nie może polegać ślepo na mechanizmach tzw. “demokracji akademickiej”.
Jeśli już w ogóle musimy być skazani na punkty, rozsądnym kompromisowym rozwiązaniem mogłoby być także wydzielenie niewielkiej osobnej kategorii czasopism polskich lub polskojęzycznych – ale tylko w wąskiej grupie dyscyplin czy subdyscyplin, dla których język polski jest kluczowy. Ich funkcja w systemie nauki jest inna niż czasopism adresowanych do globalnego obiegu wiedzy. Ministerstwo powinno tu jednak negocjować twardo – to naprawdę muszą być pisma selektywne i tylko o specyficznej tematyce.
Generalnie, uważam, że jak najwięcej osiągnięć powinno być poddawanych ocenie badaczy z różnych krajów. W obiegu lokalnym mogą funkcjonować teksty przeglądowe, popularyzatorskie czy refleksja specjalistyczna o polskiej literaturze, historii, muzyce, sztuce. Są one ważne dla funkcjonowania wspólnoty kulturowej.
Nie może jednak być tak, że te wąskie specjalizacje stają się listkiem figowym dla braku chęci uczestnictwa w międzynarodowym obiegu wiedzy w innych dyscyplinach. W szczególności dotyczy to nauk społecznych, które zresztą często niesłusznie wrzuca się do jednego worka z humanistyką. Znaczna część socjologii, politologii czy ekonomii funkcjonuje w obiegu międzynarodowym i nie ma potrzeby tworzenia dla nich drugiego obiegu w Polsce. Tym bardziej dotyczy to inżynierii, medycyny czy nauk przyrodniczych.
Polecane:
-
Artykuł
„Gra o tron” mikroświata, czyli jak przejmują władzę mrówki-zdrajczynie Przejdź do publikacji: „Gra o tron” mikroświata, czyli jak przejmują władzę mrówki-zdrajczynie
-
Biologia długowieczności. Ile życia zapisane jest w genach Przejdź do publikacji: Biologia długowieczności. Ile życia zapisane jest w genach
-
Artykuł
„Nasi chłopcy” i ich niewygodna historia. Wywiad z prof. Kąkolewskim Przejdź do publikacji: „Nasi chłopcy” i ich niewygodna historia. Wywiad z prof. Kąkolewskim
Podobne artykuły
Przejdź do publikacji: Polska nauka starzeje się szybciej, niż się rozwija
Polska nauka starzeje się szybciej, niż się rozwija Przejdź do publikacji: Polska nauka starzeje się szybciej, niż się rozwija
Przejdź do publikacji: Doktorat w Polsce: praca na lata i test charakteru