„Gladiatorzy przed wyjściem na arenę”. Obraz Stefana Bakałowicza z 1891 r. Źródło: Wikimedia Commons.

Rzym nie był wyłącznie światem cesarzy, podbojów i monumentalnych budowli. Był także państwem, które przez stulecia radziło sobie z kryzysami i integrowało różne społeczności. Prof. Edward J. Watts, historyk z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego i autor książki „Rzymianie. 2000 lat historii”, wyjaśnia, jak działało imperium, na czym polegała jego największa siła i jakie lekcje możemy z tego wyciągnąć

Academia: Skąd bierze się dzisiejsze zainteresowanie Rzymem i jego dziedzictwem?

Prof. Edward J. Watts: Zacznijmy od polityki. Rzym jest świetny, jeśli chcemy opowiedzieć właściwie dowolną historię. Mamy przecież dwa tysiące lat jego dziejów. Szukamy przykładu epidemii? Znajdziemy co najmniej pięć różnych momentów, w których Rzymianie musieli sobie z nią radzić. Czasem robili to dobrze, czasem przeciętnie, a czasem katastrofalnie. Chcemy porozmawiać o wielkich falach migracji? Proszę bardzo. Rzym bywał w ich przyjmowaniu bardzo skuteczny, ale popełniał też poważne błędy. To prawdziwa kopalnia argumentów. Jeśli polityk chce przekonać ludzi do jakiejś tezy o współczesnym świecie, niemal zawsze znajdzie odpowiedni przykład w historii Rzymu.

Jest też drugi, bardziej współczesny powód tej fascynacji. Chodzi o stoicyzm, który stał się szczególnie popularny w środowiskach technologicznych. Żyjemy w świecie, który wielu ludziom wydaje się wymykać spod kontroli. Pracują bardzo ciężko, a jednocześnie zastanawiają się, po co właściwie to robią. Praca nie daje im satysfakcji, a czasami nawet odpowiedniego wynagrodzenia. Dlaczego więc mamy się zaharowywać dla czegoś, w czym nie widzimy sensu? Stoicyzm podpowiada, że spełnienie można znaleźć w samym wykonywaniu zadania. Robisz to, co do ciebie należy, robisz to dobrze i nie zamartwiasz się konsekwencjami, na które nie masz wpływu. Pomyślmy o ludziach pracujących nad sztuczną inteligencją. W pewnym sensie uczą maszyny, jak ich zastąpić. Mogą oczywiście zastanawiać się, co właściwie robią ludzkości i kto na tym wszystkim skorzysta. Stoicyzm daje im jednak wygodną odpowiedź: przyszłość nie zależy ode mnie, nie mam wpływu na konsekwencje swojej pracy. Mogę kontrolować jedynie siebie i to, jak wykonuję swoje obowiązki.

To bardzo charakterystyczne dla naszych czasów. W innych epokach ludzie mieli inne zmartwienia. Dziś ten fragment rzymskiego dziedzictwa odpowiada na nasze współczesne niepokoje.

W swojej książce śledzi pan historię Rzymian od wczesnej epoki żelaza aż po upadek Konstantynopola. Co najbardziej pana zaskoczyło w tym, jak zmieniało się znaczenie słowa „Rzymianin”?

Najbardziej zdumiewa mnie to, że przez cały ten czas jedna rzecz pozostawała niezmienna: znaczenie obywatelstwa. Dla Rzymianina bycie obywatelem oznaczało, że państwo jest także jego własnością. Jego rodzice, dziadkowie, pradziadkowie, a w końcu osiemdziesiąt pokoleń ludzi przed nim budowało je i próbowało uczynić lepszym. On je odziedziczył i miał obowiązek przekazać je następnemu pokoleniu w jeszcze lepszym stanie. To niezwykły sposób myślenia. Rzymianie potrafili podczas politycznych dyskusji przywoływać ludzi żyjących tysiąc lat wcześniej i mówić: „My zrobiliśmy to w taki sposób. Wy macie obowiązek uszanować nasze osiągnięcia i je rozwijać”.

Wszystko inne się zmieniało. Rzym zaczynał jako niewielka osada na wzgórzach Italii. Ludzie mówili po łacinie i czcili pogańskich bogów. Pod koniec tej historii centrum państwa znajdowało się daleko na wschodzie, w Konstantynopolu. Jego mieszkańcy mówili po grecku i byli chrześcijanami. Sam Rzym nie odgrywał już większej roli. Kiedy w 1204 roku krzyżowcy zdobywali Konstantynopol, ludzie zaczynali już korzystać z prochu. Ktoś żyjący w VIII wieku przed naszą erą nie byłby w stanie wyobrazić sobie tego świata. A jednak mieszkańcy Konstantynopola wciąż czuli, że należą do tej samej wspólnoty.

Jak można zmienić właściwie wszystko w społeczeństwie, a mimo to zachować przekonanie, że uczestniczy się w tym samym przedsięwzięciu? Moim zdaniem odpowiedź tkwi właśnie w obywatelstwie – w poczuciu, że to państwo należy do nas i że jesteśmy odpowiedzialni za jego przyszłość.

Kiedy jednak oglądamy Rzymian w filmach, zwykle widzimy ludzi w togach, mówiących z brytyjskim akcentem, którzy od czasu do czasu dźgają się nożami. W tle obowiązkowo pojawiają się marmurowe kolumny i winogrona. Jak bardzo ten obraz różni się od rzeczywistości?

Początki Rzymu były bardzo skromne. Ot, kilka glinianych chat na Palatynie. Nic szczególnie imponującego. Co ciekawe, sami Rzymianie chcieli o tym pamiętać. Przez stulecia dbali o chatę, która według tradycji miała należeć do Romulusa. Jeszcze w czasach cesarstwa można było ją zobaczyć. Kiedy jakiś element budowli niszczał, zastępowano go nowym. Przypomina to słynny statek Tezeusza. Ateńczycy zachowali statek, którym według legendy pływał ich bohater, i wymieniali kolejne deski, kiedy zaczynały gnić. Filozofowie zastanawiali się później, czy jeśli wymienimy wszystkie elementy statku, nadal będzie to ten sam statek. Z chatą Romulusa było podobnie.

Rzym, który znamy z filmów, powstawał jednak stopniowo. Moim zdaniem jego największa przebudowa nastąpiła za Septymiusza Sewera, na przełomie II i III wieku naszej ery. W latach 90. II wieku miasto ucierpiało w wielkim pożarze, a Sewer przeprowadził jego gruntowną odbudowę. To właśnie wtedy Rzym zyskał wiele monumentalnych budowli, wspaniałych kolumn i szerokich ulic. Oczywiście nie był tak biały, jak sobie go dzisiaj wyobrażamy. Budowle były kolorowe. Sewer polecił również wykonać ogromny marmurowy plan miasta, na którym przedstawiono układ poszczególnych budynków. Był tak dokładny, że do dziś pomaga archeologom. Kiedy odkrywamy fundamenty jakiejś budowli z III wieku, możemy czasem dopasować je do zachowanego fragmentu planu i ustalić, co właściwie znaleźliśmy. Dla mieszkańców pierwszych chat na Palatynie taki Rzym byłby całkowicie niewyobrażalny.

Chcesz dostawać najciekawsze teksty Academii PAN?

Zapisz się na newsletter „Nauka i odkrycia”. Najciekawsze badania, odkrycia i rozmowy z naukowcami — prosto na Twoją skrzynkę.

    Interesują Cię inne tematy? Wybierz newslettery →

    Prawie gotowe

    Sprawdź skrzynkę i potwierdź zapis

    Wysłaliśmy Ci wiadomość od Academia PAN. Bez kliknięcia przycisku „Potwierdzam” zapis nie zostanie zakończony.

    1
    Otwórz skrzynkę Znajdź wiadomość od Academia PAN.
    2
    Kliknij „Potwierdzam” Przycisk znajdziesz w otrzymanej wiadomości.
    3
    Gotowe Dopiero wtedy Twój zapis będzie aktywny.

    Nie widzisz wiadomości? Odczekaj kilka minut i sprawdź także foldery Spam, Oferty lub Inne.

    Porównał pan Rzym do współczesnego Dubaju, wielkiego, luksusowego, może trochę ostentacyjnego miasta, które sprawia, że przyjezdni otwierają usta ze zdumienia.

    I myślę, że to bardzo trafne porównanie. Rzym był pierwszym miastem w basenie Morza Śródziemnego, które osiągnęło milion mieszkańców. Stało się to prawdopodobnie już w I wieku przed naszą erą. Miasto utrzymywało taką liczbę ludności przez około czterysta lat. Było mniej więcej dwa razy większe od Aleksandrii, drugiego największego miasta imperium. Co niezwykłe, w Rzymie każdego roku umierało więcej ludzi, niż się rodziło. A mimo to liczba mieszkańców utrzymywała się na podobnym poziomie. Było to możliwe dzięki nieustannemu napływowi nowych ludzi.

    Żeby takie miasto działało, trzeba było stworzyć odpowiednią infrastrukturę. I Rzymianie to zrobili. Była imponująca, funkcjonalna i piękna. Niektóre jej elementy działają do dzisiaj.

    Spójrzmy na Ateny. W II wieku naszej ery cesarz Hadrian zbudował tam nową dzielnicę, mniej więcej w okolicy dzisiejszego placu Syntagma i Ogrodów Narodowych. Miała wodociągi, sprawnie działające łaźnie i inne udogodnienia, których brakowało w starszych częściach miasta. Różnica była mniej więcej taka jak między Beverly Hills a znacznie skromniejszą dzielnicą mieszkalną. Wyobraźmy sobie człowieka przyjeżdżającego z Aten – miasta o ogromnym dorobku kulturalnym – który odkrywa w Rzymie, że może mieć toaletę we własnym domu. Że może pójść do łaźni i nie potrzebuje służącego, który będzie nosił wiadra z gorącą wodą, żeby napełnić wannę. Woda płynie rurami, ogrzewanie działa. To musiało robić oszałamiające wrażenie. Pod tym względem Rzym rzeczywiście przypominał Dubaj: był ogromny, spektakularny i technologicznie zaawansowany.

    I jeszcze jedna rzecz. Kiedy dzisiaj odwiedzamy Rzym, oglądamy ruiny. Za Sewera ludzie nie spacerowali po ruinach. Mieszkali w tętniącym życiem mieście. Budynki były nowe, ulice zadbane, wszystko działało. Myślę, że bardzo trudno nam to sobie wyobrazić, bo od mniej więcej półtora tysiąca lat przyzwyczailiśmy się patrzeć na Rzym przez pryzmat tego, co po nim zostało.

    Ilustracja do artykułu: Archeologia codzienności: chleb z rzymskiego obozu
    Co jadali żołnierze rzymskiej armii?
    Archeologia codzienności: chleb z rzymskiego obozu

    Patrząc na pozostałości rzymskich miast zapominamy, czym były w czasach swojej świetności.

    Czasami tak, ale jednocześnie ruiny dają nam coś niezwykłego. Jednym z powodów, dla których rzymska tradycja była tak silna, była właśnie fizyczna bliskość przeszłości. Seneka opisywał, jak odwiedził łaźnię mającą trzysta lat i uświadomił sobie, że przebywa w miejscu, w którym kąpali się ludzie tacy jak Fabiusz Maksymus czy Katon Starszy. Dla niego było to doświadczenie przekraczania czasu. Mógł dosłownie dotknąć przeszłości.

    Myślę, że każdy historyk zajmujący się Rzymem mógłby powiedzieć coś podobnego. Może stanął przed jakimś zabytkiem i poczuł, że nagle przeniósł się dwa tysiące lat wstecz. Może trzymał w dłoni rzymską monetę i pomyślał, że ktoś wykonał ją ręcznie, a później przez dziesiątki lat przechodziła z rąk do rąk. Dotykali jej ludzie, których świat już dawno przestał istnieć.

    Ruiny mogą więc zniekształcać nasze wyobrażenie o Rzymie, ale pozwalają też przeżyć coś, co było bardzo ważne dla samych Rzymian: poczucie więzi z poprzednimi pokoleniami.

    Ilustracja do artykułu: Poznaliśmy zapach kadzielnic z Pompejów
    Jak pachniały domowe obrzędy w Pompejach?
    Poznaliśmy zapach kadzielnic z Pompejów

    Skoro mowa o ruinach, trudno nie wspomnieć o Edwardzie Gibbonie. Mam wrażenie, że wyrządził Rzymowi niedźwiedzią przysługę. Kiedy myślimy o imperium, jednym z pierwszych skojarzeń jest przecież jego upadek.

    Z czasem nabrałem dla Gibbona znacznie więcej sympatii. Trzeba jednak pamiętać, że on również chciał sprzedawać książki. Początkowo planował napisać historię Szwajcarii. Później uznał, że raczej nie będzie to ponadczasowy klasyk. Ostatecznie wybrał Rzym, do czego przyczyniło się doświadczenie z 1764 roku. Gibbon odbywał wtedy podróż po Europie, taką, w jaką wyruszali zamożni młodzi ludzie. Kiedy dotarł do Rzymu, przeżył dokładnie to, o czym przed chwilą rozmawialiśmy. Był tak podekscytowany, że pierwszej nocy nie mógł spać. Myślał o tym, że będzie spacerował drogami, którymi chodził Cezar, i oglądał miejsca, w których przemawiał Cyceron. Później usiadł na Kapitolu. I tutaj zaczyna się coś ciekawego.

    Plac Kapitoliński wyglądał wtedy mniej więcej tak jak dzisiaj. Był tam plac zaprojektowany przez Michała Anioła, Muzea Kapitolińskie i kościół Santa Maria in Aracoeli. To nie były ruiny. A jednak Gibbon patrzył na to miejsce i widział przede wszystkim nieobecność starożytnego Rzymu. Miał poczucie, że coś wspaniałego zostało zastąpione przez coś gorszego. W pewnym sensie patrzył na piękną renesansową i barokową przestrzeń i myślał: „Co za potworność, co się stało z prawdziwym Rzymem?”. Właśnie z tego doświadczenia narodziła się jego opowieść o zmierzchu i upadku imperium. Gibbon pisał znakomicie, a jego książka stała się bestsellerem. Problem polega na tym, że utrwalił sposób myślenia o Rzymie jako o cywilizacji, której historię opowiada się przede wszystkim przez pryzmat upadku.

    Do dziś ludzie wykorzystują ten obraz do najrozmaitszych celów politycznych. W Stanach Zjednoczonych słyszymy na przykład, że Ameryka nie powinna utrzymywać baz wojskowych za granicą, bo Rzym upadł wskutek nadmiernej ekspansji. Albo że trzeba zakazać małżeństw jednopłciowych, ponieważ to one doprowadziły do upadku Rzymu. Tylko że to nieprawda. Co więcej, Gibbon wcale takich rzeczy nie twierdził. Ludzie biorą opowieść o upadku Rzymu i wykorzystują ją jako wygodny argument na rzecz własnych poglądów, bez względu na to, czy historia rzeczywiście dostarcza jakichkolwiek podstaw do takich porównań.

    Czytamy o stuleciach chaosu, wojnach domowych, trzech czy czterech cesarzach walczących jednocześnie o władzę. Na szczycie szaleństwo, a imperium nadal funkcjonuje. Może zamiast kolejnej historii upadku należałoby napisać historię rzymskiego „głębokiego państwa”?

    W czasach republiki system działał w sposób, który niemal naturalnie zapobiegał trwałemu skupieniu władzy w jednych rękach. Co roku władzę obejmowali nowi ludzie. Przez długi czas dotyczyło to nawet składu senatu. Osoby kierujące państwem nieustannie się zmieniały. Kiedy republika była stosunkowo niewielka i obejmowała głównie środkową Italię, ten mechanizm działał całkiem dobrze. Wraz z ekspansją Rzymu zarządzanie państwem stawało się jednak coraz trudniejsze.

    Pierwsi cesarze odziedziczyli system republikański, który próbowano dostosować do nowych warunków. Cesarz miał zapewniać jego sprawne funkcjonowanie, ale administracja nadal opierała się na regularnej wymianie urzędników. Tymczasem imperium rosło, obywatelstwo otrzymywało coraz więcej ludzi, a aparat administracyjny nie nadążał za zmianami.

    W III wieku zaczęła się więc wykształcać zawodowa administracja. Urzędnicy działali w różnych częściach imperium i mogli podejmować decyzje bez każdorazowego zwracania się do cesarza. Było to absolutnie konieczne. W III wieku obowiązki cesarza stały się właściwie niemożliwe do wykonania przez jednego człowieka. Dzięki rozbudowanej administracji władca nie musiał już osobiście zajmować się wszystkim. Mógł skupić się na sprawach najważniejszych. Jeśli coś wydarzyło się w Germanii, byli na miejscu ludzie, którzy mogli podjąć decyzję. Jeśli pojawiał się problem w Syrii, tamtejsi urzędnicy również potrafili zareagować. W pewnych okresach funkcjonowało nawet kilku cesarzy odpowiadających za poszczególne regiony. Ten system był znacznie skuteczniejszy od wcześniejszego. Co ważne, kiedy Rzym doświadczał katastrof, na przykład utraty większości zachodniej Europy w V wieku albo znacznej części Bliskiego Wschodu w VII wieku, jego zdolność do działania rzeczywiście słabła. Kiedy jednak państwo się odbudowywało, robiło to poprzez odtwarzanie i przekształcanie struktur administracyjnych. W tym właśnie tkwił geniusz rzymskiego państwa.

    Rzymianie rozumieli, że państwo nie należy do cesarza. Należy do obywateli. Trzeba więc stworzyć takie instytucje, które potrafią odpowiadać na ich potrzeby, nawet kiedy człowiek stojący na szczycie władzy okazuje się niekompetentny albo po prostu nie jest w stanie wszystkim zarządzać. To zasadnicza różnica w porównaniu z monarchią, w której król mógł uważać państwo za swoją własność. Rzymski cesarz, przynajmniej w tym rozumieniu, był urzędnikiem, który miał obowiązki wobec obywateli.

    Ilustracja do artykułu: Rzymskie drogi, chore dzieci. Niespodziewane skutki podboju
    Jak podbój wpływał na zdrowie dzieci?
    Rzymskie drogi, chore dzieci. Niespodziewane skutki podboju

    Jest jeszcze jedna grupa, której często brakuje w historiach Rzymu, choć przecież stanowiła połowę społeczeństwa. Kobiety. Zresztą te nieliczne, które zapamiętaliśmy z podręczników, zwykle mają fatalną prasę. Jak duży był ich rzeczywisty wpływ na historię imperium?

    W rzymskim społeczeństwie istniało przekonanie, że mężczyźni i kobiety mają odrębne sfery działania, ale w praktyce często się one przenikały. Bywały sytuacje, w których mężczyźni nie mogli albo nie chcieli działać politycznie. Byli zbyt przestraszeni, nie było ich na miejscu, a czasami po prostu już nie żyli. Wtedy system potrzebował kobiet. Weźmy braci Grakchów, którzy prowadzili ruch polityczny skierowany przeciwko koncentracji bogactwa i nierównościom ekonomicznym. To ich matka, Kornelia, podtrzymywała pamięć o tym ruchu po ich śmierci. Organizowała spotkania, podczas których dyskutowano o ich ideach. Publikowała przemówienia synów i własne listy. Organizowała wyprawy do miejsc, w których zginęli. W pewnym sensie mówiła: „Nie ma już mężczyzn wystarczająco odważnych, żeby to robić, ale ja mogę. Jako kobieta mam inne możliwości działania i nie możecie mnie po prostu zabić”.

    Jeszcze bardziej niezwykła jest historia Hortensji. W czasach drugiego triumwiratu Oktawian, Marek Antoniusz i Lepidus prowadzili proskrypcje, zabijali przeciwników i konfiskowali ich majątki. Potrzebowali jednak pieniędzy, więc postanowili nałożyć podatek na zamożne kobiety. Hortensja, córka słynnego mówcy Hortensjusza, stanęła przed triumwirami i wygłosiła przemówienie. Powiedziała im mniej więcej tak: „Nie ubiegamy się o urzędy, nie walczymy o zaszczyty ani dowództwo wojskowe. Nie uczestniczymy w waszej politycznej grze. Dlaczego więc chcecie traktować nas jak mężczyzn, kiedy przychodzi do płacenia podatków i konfiskowania majątków?”. Proszę pomyśleć, jak wielkiej odwagi wymagało wystąpienie przed trzema ludźmi, którzy odpowiadali za śmierć setek osób, i powiedzenie im prosto w twarz, że postępują niesłusznie. Co ciekawe, Rzymianie doskonale rozumieli znaczenie tego wystąpienia. Chłopcy w szkołach uczyli się przemówienia Hortensji i wygłaszali je, wcielając się w jej postać, niczym aktorzy na scenie. Wiedzieli więc, co powiedziała, dlaczego było to odważne i dlaczego miało znaczenie.

    Problem pojawiał się wtedy, kiedy kobieta wkraczała w obszar polityki uznawany za męski i nie chciała się z niego wycofać. Właśnie takie kobiety później przedstawiano jako niebezpieczne, żądne władzy czy niemoralne. Dlatego opowiadając historię Rzymu, musimy pamiętać, że kobiety również były częścią tego państwa. Również uważały je za swoje i odgrywały w nim role, których znaczenie dostrzegali także mężczyźni.

    Rzymu już nie ma. Republika upadła, cesarstwo upadło, Konstantynopol został zdobyty. Ale czy Rzym rzeczywiście zniknął? Co z jego dziedzictwa jest dzisiaj najważniejsze?

    Bardzo wiele instytucji, które znamy, ma rzymskie korzenie. Systemy prawne wywodzące się z tradycji napoleońskiej są głęboko zakorzenione w prawie rzymskim. Chrześcijaństwo rozwijało się w świecie rzymskim. Nasze wyobrażenia o obywatelstwie i demokracji przedstawicielskiej również wiele zawdzięczają Rzymianom. Można powiedzieć, że Rzym dostarczył sporą część pierwotnego DNA współczesnego świata.

    Zrozumienie tych korzeni może pomóc nam diagnozować dzisiejsze problemy. Weźmy demokrację przedstawicielską. Rzymianie pokazali nam, jak niebezpieczne mogą być wielkie nierówności majątkowe. Kiedy dołączymy do nich populizm, robi się naprawdę groźnie. A kiedy pojawia się jeszcze ktoś, kto obiecuje, że osobiście rozwiąże wszystkie problemy, znajdujemy się w punkcie kryzysowym. Rzym już przez to przechodził.

    Inny przykład to chrześcijaństwo. W pierwszych stuleciach istniało wiele różnych sposobów praktykowania tej religii. Cesarstwo postanowiło jednak, przede wszystkim z powodów administracyjnych, że powinna istnieć jedna oficjalnie uznawana organizacja kościelna. Władza musiała wiedzieć, komu przekazywać pieniądze, z którym biskupem rozmawiać i kto ma dostęp do cesarza. Nie mogło być dziewięciu ludzi jednocześnie twierdzących, że są biskupami tego samego miasta. W efekcie zaczęto zwalczać różnorodność, która wcześniej była naturalną częścią chrześcijaństwa. A przecież nie musiało tak być. Przez niemal trzysta lat chrześcijaństwo funkcjonowało jako religia bardzo zróżnicowana. To jedna z tych sytuacji, w których historia Rzymu powinna skłonić nas do zastanowienia się, dlaczego właściwie wciąż spieramy się o pewne rzeczy. Nie żyjemy już w świecie Konstantyna, który musi rozstrzygać, komu przyznać najważniejszy kościół w mieście.

    Może więc pewne spory, które odziedziczyliśmy po Rzymianach, wcale nie są już potrzebne? Różnorodność nie musi być problemem, zwłaszcza kiedy powody, dla których dwa tysiące lat temu próbowano ją ograniczyć, dawno przestały istnieć.

    Edward J. Watts – amerykański historyk, profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego, specjalizujący się w dziejach cesarstwa rzymskiego oraz wczesnego Bizancjum. Autor książek poświęconych między innymi upadkowi republiki rzymskiej, chrystianizacji imperium i filozofce Hypatii. W swoich pracach analizuje także znaczenie rzymskich doświadczeń dla współczesnej polityki.

    Poniżej publikujemy fragment książki „Rzymianie. 2000 lat historii” (The Romans: A 2,000-Year History), która ukazała się nakładem Wydawnictwa Port.

    Rzymianie 2000 lat historii : Edward J Watts

    8 kwietnia największe okręty Wenecjan zajęły pozycje wzdłuż murów morskich, w sąsiedztwie terenów spustoszonych przez pożary poprzedniego lata. Następnego dnia rzymscy łucznicy odparli wstępne natarcie rozpoznawcze. Wenecjanie odpoczęli przez weekend, po czym zaatakowali ponownie 12 kwietnia. Zajęli jedną wieżę, położoną najbliżej bramy Petria, mniej więcej dwie trzecie drogi od wejścia do portu w głąb Złotego Rogu. Rzymianie stawili im jedynie symboliczny opór. Krzyżowcy sforsowali pospiesznie zbudowany mur z belek i wzniecili kolejną niszczycielską pożogę, aby usunąć zabudowania stojące wzdłuż murów morskich.

    Był to już trzeci wielki pożar Konstantynopola w ciągu zaledwie roku. Pozostawił on bez dachu nad głową tak wielu ludzi, że „błąkali się bez celu” w stanie zbiorowego szoku, niezdolni podjąć jakichkolwiek działań, by przeciwstawić się krzyżowcom. Aleksy V postąpił więc podobnie jak wcześniej Aleksy III: wrócił do pałacu, wsiadł na łódź rybacką i nocą z 12 na 13 kwietnia odpłynął z miasta.

    Gdy rzymscy dostojnicy dowiedzieli się o ucieczce cesarza, w wielkim pośpiechu zwołali zgromadzenie w Hagii Sophii, oddalonej o ponad sześć kilometrów od miejsca, gdzie krzyżowcy przełamali mury. Na nową głowę państwa rzymskiego wybrano Konstantyna Laskarysa, on jednak nie przyjął cesarskich insygniów ani nie włożył cesarskiej szaty. Nie chciał zostać ostatnim rzymskim cesarzem upadającego miasta. Zamierzał raczej wzniecić opór przeciwko krzyżowcom – wewnątrz miasta, jeśli będzie to możliwe, albo poza nim, jeśli okaże się to konieczne.

    Konstantyn zgodził się pójść z patriarchą do Miliona, symbolicznego kamienia, od którego mierzono niegdyś wszystkie odległości w cesarstwie. Tam próbował porwać zgromadzonych ludzi do walki z krzyżowcami, ale według Choniatesa „nikt z pospólstwa nie zareagował na jego apele”. Miasto nie tyle upadło, ile się poddało.

    Kiedy 13 kwietnia krzyżowcy wkroczyli do Konstantynopola, powitała ich pokonana ludność. Jak relacjonuje Choniates, ludzie trzymali „krzyże i czcigodne ikony Chrystusa” w nadziei, że wspólna wiara ułagodzi chrześcijańskich wojowników świętej wojny. Nie ułagodziła. Krzyżowcy zajęli domy, które przetrwały pożary, i wykorzystali je jako bazy. Z nich wyruszali na rabunek i zabierali wszystko, co udało im się znaleźć. Plądrowali kościoły, rozbierali pomniki i kierowali do Europy Zachodniej obfity strumień starożytnych skarbów.

    ***

    Śmierć państwa rzymskiego nie nastąpiła w wyniku złupienia jego stolicy ani kapitulacji jej mieszkańców. Umarło ono trochę później, gdy krzyżowcy zebrali się, by zdecydować o dalszych krokach. Teoretycznie mogli zachować się tak jak Teodoryk, który w 493 r., po przejęciu Italii z rąk Odoakra, postanowił utrzymać ciągłość rzymskich instytucji, praw i sposobu życia. Dla wszystkich jej mieszkańców Italia Teodoryka nadal była rzymskim państwem – przynajmniej dopóki propagandziści Justyniana nie zaczęli ich przekonywać, że jest inaczej. Gdyby krzyżowcy zgodzili się mianować cesarza, który rządziłby po rzymsku, zgodnie z prawem Rzymian – można by argumentować, że państwo rzymskie nadal trwało mimo podboju.

    Krzyżowcy zachowali się jednak jak Normanowie po zajęciu Italii. Zwołali zgromadzenie, które wybrało dwunastu elektorów – wszystkich co do jednego z Zachodu – a ci spotkali się w pałacu zarekwirowanym przez dożę Wenecji. Żadnego Rzymianina ani nie zapytano o zdanie, ani tym bardziej nie włączono w proces wyboru nowego władcy. Elektorzy wskazali Baldwina, hrabię Flandrii, i 16 maja koronowali go na nowego łacińskiego cesarza Konstantynopola. Wspólnie z innymi krzyżowcami i ich weneckimi pomocnikami Baldwin podzielił cesarstwo między Wenecjan i innych uczestników wyprawy. W swej arogancji odmówił nawet spotkania z rzymskimi dowódcami wojskowymi, urzędnikami państwowymi i namiestnikami prowincji, co byłoby właściwym krokiem ku zachowaniu ciągłości między jego władzą a rzymską przeszłością. Nie wydawało mu się to konieczne i prawdę mówiąc, nie obchodziło go, co mogli mu powiedzieć o rządzeniu państwem rzymskim. Byli jego poddanymi, a nie współobywatelami, i nie sądził, że mógłby czegokolwiek się od nich nauczyć.

    Duża część terytorium dzisiejszej Grecji dostała się we władanie łacińskich panów. Rzymskie miasta, takie jak Tesalonika i Ateny, stały się lennami krzyżowców, a ich rzymskich mieszkańców sprowadzono do statusu poddanych zachodnich możnowładców, którzy zgłosili do nich roszczenia. Krzyżowcy szybko rozprawili się także z Aleksym III Komnenem i Aleksym V Dukasem, dwoma ostatnimi żyjącymi cesarzami rzymskimi. Po ucieczce z Konstantynopola Dukas dołączył do Aleksego III w Tracji, ten jednak kazał go oślepić. Obaj zostali następnie schwytani przez krzyżowców. Dukasa zabrano do Konstantynopola i strącono ze szczytu obelisku Teodozjusza. Aleksy III do 1209 r. pozostawał w niewoli u łacińskiego władcy Tesaloniki. Żył do 1211 r., ale nigdy więcej nie sprawował realnej władzy politycznej.

    Kiedy łacińscy możnowładcy rozproszyli się, aby przejąć kontrolę nad lennami, które sobie przywłaszczyli, szybko zrozumieli skutki odmowy uwzględnienia zdania rzymskich elit przez Baldwina. Rzymianie, pozbawieni faktycznego udziału w administracji nowego cesarstwa łacińskiego, zaczęli stawiać opór jego władzy. Położone daleko na wschodzie Cesarstwo Trapezuntu, odłączone od państwa rzymskiego przez dwóch członków rodu Komnenów jakiś czas po upadku ich dynastii w 1185 r., całkowicie wymknęło się spod kontroli krzyżowców. Choć nigdy nie było bardzo duże ani pod względem terytorium, ani liczby ludności, zachowany w nim rzymski ustrój był chroniony przez góry, dzięki którym utrzymał niezależność aż do 1461 r.

    Bardziej żywotny ośrodek rzymskiego oporu objawił się w Epirze, górzystym regionie północno-zachodniej Grecji i południowej Albanii, który uniknął podboju przez krzyżowców dzięki wojskowym i dyplomatycznym talentom Michała Komnena Dukasa, kuzyna Aleksego III. Ten sprytny i inspirujący przywódca doprowadził do ataku połączonych sił Bułgarów i Wołochów na wojska krzyżowców w Tracji, odebrał Wenecjanom Dyrrachium, a potem odbił część Tesalii z rąk jej łacińskiego pana. Do 1224 r. Epir odebrał krzyżowcom także Tesalonikę, po czym jego przywódca, Teodor, ogłosił się cesarzem. Jego działania sugerują, że ruch oporu w tym regionie doprowadził do odrodzenia państwa rzymskiego, bez wątpienia jednak nie było ono kontynuacją cesarstwa podbitego dwadzieścia lat wcześniej przez krzyżowców.

    Najskuteczniej rzymski opór rozwinął się w Azji Mniejszej pod przywództwem rodu Laskarysów, zainspirowanego między innymi ideą wyrażoną przez Konstantyna Laskarysa, który próbował pociągnąć Rzymian do obrony ich miasta. Stwierdził on, że nawet jeśli ich państwo niebawem upadnie, Rzymianie powinni zachować wiarę, „ponieważ Bóg zarówno odbiera, jak i przywraca życie”. Wierzył, że Rzymianie mogą odrodzić się w ramach innego państwa niż to, które dobiegło kresu, gdy krzyżowcy parli na wschód przez miasto. I kiedy oni posuwali się w głąb Konstantynopola, Konstantyn Laskarys uciekł do Nicei.

    To właśnie w Nicei narodziło się nowe państwo rzymskie przepowiedziane przez Konstantyna. On sam spotkał się tam ze swoim bratem Teodorem i zorganizował zbrojny opór Rzymian przeciwko Cesarstwu Łacińskiemu w Azji. Ruch Laskarysów początkowo miał trudności z odparciem łacinników i poniósł poważną stratę, gdy Konstantyn zmarł po klęsce pod miastem Adramyttion w 1205 r. Ataki Epiru i Bułgarów w Europie zmusiły jednak krzyżowców do wycofania się z Azji i umożliwiły Teodorowi Laskarysowi konsolidację władzy wokół Nicei. Do początku lat trzydziestych XIII w. Cesarstwo Nicejskie zdobyło przyczółek w Europie. Nieco ponad dekadę później, za pomocą armii i zabiegów dyplomatycznych, podporządkowało sobie Epir i zdobyło Tesalonikę. Nicejczykom udało się też wyrugować Bułgarów z Tracji. Następnie w 1261 r. odbili Konstantynopol z rąk krzyżowców i zachowali kontrolę nad miastem aż do 1453 r.

    Owe zwycięstwa nad krzyżowcami były triumfami Rzymian, odnoszonymi pod wodzą rzymskich dowódców, w imieniu dwóch różnych państw rzymskich. Jednak zgodnie z tym, co wiedział już Konstantyn Laskarys, Rzymianie funkcjonowali teraz poza liczącym dwa tysiące lat państwem, w którym się urodzili i wychowali. Inni Rzymianie też o tym wiedzieli. Przywódcy Trapezuntu zdążyli odłączyć się od pierwotnego państwa rzymskiego, jeszcze zanim ono upadło. Michał Dukas w Epirze nie chciał ogłaszać się rzymskim cesarzem, dopóki jego reżim nie odniesie uzasadniającego ten krok doniosłego zwycięstwa. Kiedy zaś Laskarysowie w końcu sięgnęli po tytuł cesarski w 1205 r., nie wykorzystali w tym celu znanych z przeszłości procedur wyboru władcy. Teodor Laskarys został „obwołany cesarzem przez Rzymian ze wszystkich miast na wschodzie” – podgrupę niezależnych Rzymian, której wyodrębnienie odzwierciedlało rozpad jednolitego niegdyś organizmu politycznego. Komnenowie z Trapezuntu, Dukasowie z Epiru i Laskarysowie z Nicei byli rzymskimi przywódcami nowych rzymskich państw – potomków tego, które umarło w 1204 r. Kiedy jednak krzyżowcy zabili stare państwo, nieodwracalnie przerwali instytucjonalną linię łączącą Romulusa, Juliusza Cezara, Justyniana Wielkiego i Aleksego V Dukasa.

    ***

    Utrata instytucjonalnej łączności z osiemdziesięcioma pokoleniami dawnych Rzymian bez wątpienia miała ogromne znaczenie dla królów, senatorów i cesarzy, będących głównymi postaciami tej książki. Koniec państwa rzymskiego zrujnował jednak także życie ludzi skromniejszej kondycji, zależnych od zasad, wzorców i dróg do pomyślności, które Rzym oferował swoim obywatelom, zanim krzyżowcy je unicestwili.

    Na przykład historyk Niketas Choniates poruszająco pisze o życiu, które zbudował przed 13 kwietnia 1204 r., i o strasznych rzeczach, jakie spotkały go później. Niketas i jego starszy brat Michał, urodzeni około 1155 r., dorastali w anatolijskim mieście pogranicznym Chonai (dzisiejszym Honaz). Szybko ujawnił się w nich talent do nauki, zostali więc wysłani na dalszą edukację do Konstantynopola w nadziei na to, że ich zdolności oraz kontakty nawiązane w stolicy pozwolą im wejść do cesarskiej elity. Obaj odnieśli sukces. Michał został ostatecznie biskupem Aten, a Niketas wstąpił do cesarskiej służby cywilnej. Dzięki umiejętnościom retorycznym zdobył stanowisko urzędnika podatkowego w Poncie, a następnie dwukrotnie obejmował funkcję cesarskiego podsekretarza w Konstantynopolu. Jego kariera jeszcze bardziej przyspieszyła, gdy Izaak II Angelos wytypował go do wygłoszenia mowy z okazji małżeństwa cesarza z córką króla Węgier. Zaszczyt ten doprowadził do kolejnych awansów, aż wreszcie w 1195 r. Niketas został mianowany „najwyższym logotetą, zarządzającym wszystkimi sprawami”. Wygląda na to, że sprawował ten urząd, dopóki Aleksy V Dukas nie zdymisjonował go w 1204 r.

    To właśnie system rzymski umożliwił Niketasowi Choniatesowi przebycie wszystkich etapów trwającej trzy dekady drogi od dzieciństwa spędzonego w odległym prowincjonalnym mieście do kariery urzędniczej w samym sercu rzymskiej administracji państwowej. To ów system uczynił z niego „chodzący kodeks praw”, jak mawiano o Choniatesie, gdy pełnił funkcję sędziego. To dzięki działaniu systemu Niketas był najbardziej pożądaną partią w stolicy i mógł ożenić się z siostrą najlepszego przyjaciela, arystokraty Jana Belissariotesa. I to dzięki systemowi mógł kupić w Konstantynopolu piękną trzykondygnacyjną rezydencję ze złotymi mozaikami, położoną w ekskluzywnej dzielnicy Sphorakion, blisko Forum Konstantyna i Hagii Sophii.

    Upadek państwa rzymskiego w jednej chwili sprawił, że zaszczyty i bogactwa Choniatesa stały się zupełnie bezwartościowe, podobnie jak emblematy władzy, gromadzone przez dekady nie tylko przez niego, ale i przez wielu innych Rzymian o podobnym życiorysie. Bardzo poruszająco pisze on o tym, jak w wyniku drugiego wielkiego pożaru wznieconego przez krzyżowców stał się bezdomny. Znalazł schronienie u pochodzącego z Wenecji zaprzyjaźnionego kupca winnego o imieniu Dominicus, lecz nawet ich osobista więź nie wytrzymała naporu krzyżowców. Dominicus gościł Choniatesa i jego ciężarną żonę przez jakiś czas, ale w końcu kazał im odejść, ponieważ obawiał się, że nie będzie mógł dłużej chronić przyjaciela przed aresztowaniem przez krzyżowców, a jego żony – przed gwałtem. Gdy wylądowali na ulicy, byli już zdani sami na siebie. Służba ich opuściła, musieli więc „sami nieść na rękach dzieci, które nie umiały jeszcze chodzić, i niemowlę przy piersi”.

    Choniates i jego bliscy opuścili miasto 17 kwietnia, razem z innymi uchodźcami. W Konstantynopolu padał być może ostatni w tym roku śnieg. Kiedy przechodzili przez bramę miejską, minęli „obładowanych łupami” krzyżowców, którzy rozbierali i rewidowali uciekinierów, by sprawdzić, czy nie przemycają pod ubraniem jakichś kosztowności. Inni taksowali kobiety pożądliwym wzrokiem. Choniates radził dziewczętom, „by wysmarowały sobie twarze błotem dla zamaskowania urody” i uniknięcia gwałtu. Mimo tych środków zapobiegawczych jeden z żołnierzy wyrwał z tłumu córkę rzymskiego sędziego, idącego razem z grupą Choniatesa. Jej niemłody już ojciec próbował ratować dziewczynę, potknął się jednak, „wpadł do grząskiego dołu i leżąc na boku zawodził, uwalany błotem”. Uchodźcy, którzy zaledwie kilka dni wcześniej byli dystyngowanymi urzędnikami, doznali jeszcze większego upokorzenia po przybyciu na wieś, gdzie zostali bezlitośnie wyśmiani ze względu na ich ubóstwo i nędzny przyodziewek, będące niby naocznym dowodem „równości praw wszystkich Rzymian”, gdyż wszyscy, nawet elita, byli teraz jednakowo biedni. „Taki oto los – powiada Choniates – spotkał nas i innych ludzi naszego stanu” po upadku państwa rzymskiego.

    Choniates udał się wraz z rodziną do Nicei, gdzie chciał zaoferować swoje usługi nowemu państwu Teodora Laskarysa i w ten sposób odzyskać utracony status. Ponieważ jednak system rzymski upadł, ludzie wyszkoleni do zarządzania nim nie byli już potrzebni. Choniatesowie musieli zamieszkać w nędznych domostwach razem z innymi uciekinierami z Konstantynopola. „Musieliśmy żyć – skarży się kronikarz – jakbyśmy byli jeńcami […] stłoczeni wokół kościołów, gdzie patrzono na nas z góry, jak na obcych [a nie rzymskich obywateli]”.

    ***

    Tak to właśnie wygląda, kiedy człowiek musi być świadkiem śmierci swojego państwa. Wszystkie zdobyte w życiu kwalifikacje tracą znaczenie. Wszelkie zaszczyty i oznaki statusu okazują się bezwartościowe. Wszystkie serdeczne więzi z innymi ludźmi mogą nabrać charakteru transakcyjnego. A najgorsze jest to, że państwo przestaje gwarantować bezpieczeństwo życia i majątku. Dzieje się to tak szybko, że Choniates, który przez całe życie przestrzegał zasad systemu rzymskiego i dzięki ciężkiej pracy został wykształconym, zamożnym i wpływowym człowiekiem, stracił wszystko w niecały tydzień. 12 kwietnia 1204 r. należał do rzymskiego establishmentu. 17 kwietnia był uciekinierem bez grosza przy duszy, niosącym dzieci na rękach przez błoto ku nieznanej przyszłości. Sam Choniates się nie zmienił. Okoliczności jego życia uległy jednak takiemu przeobrażeniu, że wszystkie jego umiejętności, talenty i kontakty straciły jakiekolwiek znaczenie. Właśnie w tych pierwszych chwilach nieobecności państwa rzymskiego najłatwiej było dostrzec, jak wielkie znaczenie miało ono dla większości swoich obywateli.

    „Dla Rzymianina bycie obywatelem oznaczało, że państwo jest także jego własnością.”

    Prof. Edward J. Watts

    Kategorie

    Eksploruj

    Kontakt

    Ustawienia

    Kontakt academia@pan.pl
    Przejdź do treści